Tomasz Pągowski: Spowiedź jurora ekscentryka

Artysta, mężczyzna po przejściach, ojciec trzech synów. Do bólu szczery wobec siebie i innych. Nam juror "Bitwy o dom" opowiedział o życiowych wyborach i porażkach.

Oskar Maya: Twoja historia jest niebanalna. Zanim zostałeś jurorem "Bitwy o dom", byłeś gwiazdą muzyki klubowej. Wcześniej ochroniarzem... 

Reklama

Tomasz Pągowski: - Przeniosłem się do Łodzi, żeby tworzyć muzykę w dużym mieście. Szukałem roboty. Najszybciej znalazłem posadę bramkarza w undergroundowym klubie. Po prostu zapytałem, czy "nie szukają kogoś kulturalnego", i zostałem przyjęty. Przez cały okres mojej pracy raptem kilka razy musiałem naprawdę interweniować. Zazwyczaj wystarczało trochę psychologii. Mój sensei (mistrz karate - przyp. red.) uczył, że 90 procent walk się kończy, zanim ktokolwiek kogokolwiek dotknie. Na tym bazowałem.

Miałeś chyba doświadczenie w takich interwencjach? Wychowałeś się w typowym blokowisku w Zduńskiej Woli.

- Jestem "dzieckiem ulicy". Dorastałem bez ojca, wszystkie męskie zachowania przyswajałem "organoleptycznie" - po prostu dostawałem w czapę, kiedy czegoś nie rozumiałem i się stawiałem, później nauczyłem się walczyć o swoje racje... Byłem punkiem, hardcore’owcem, aż dojrzałem do tego, by nie identyfikować się z żadnym konkretnym nurtem.

Urodzony buntownik?

- Zwyczajnie szukałem inspiracji, innej wartości energetycznej. Chciałem się odróżniać od szaroburej rzeczywistości i na pewnym etapie również od nadużywających kolegów. Pamiętam jeden z pierwszych koncertów w Zduńskiej Woli, na który przyjechała grupa hardkorowców z Łodzi - byli kolorowi, okolczykowani, ale zadbani i, co mnie zaskoczyło, niezwykle ładnie pachnieli. To był dla mnie jeden z wielu powiewów świeżości, których ciągle szukam w życiu.

Rzeczywiście musiałeś się odróżniać... Podobno nigdy nie sięgnąłeś nawet po papierosa.

Bo zawsze uważałem, że papierosy są bez sensu. Mam matematyczny umysł i po prostu wykalkulowałem, że w paleniu nie ma żadnej logiki.

Budziłeś respekt jako karateka?

Trenowałem karate tradycyjne i byłem w tym dobry. Doszedłem do brązowego pasa, występowałem kilkakrotnie na mistrzostwach Polski juniorów. Byłem typem zawodnika turniejowego, lubiłem wygrywać (śmiech). Zrezygnowałem, bo jako senior w pewnym momencie musiałem zdecydować, czy chcę się tym zajmować zawodowo. Stwierdziłem, że w sensie zawodowym mam kilka bardziej kreatywnych i perspektywicznych pomysłów na siebie.

Szkoła cię raczej nie inspirowała. Podobno na egzaminie maturalnym bez słowa wyszedłeś z sali...

Miałem "systemowy" uraz do języka rosyjskiego i mimo bardzo dobrych wyników z matematyki i polskiego, wyszedłem z egzaminu z rosyjskiego... Wróciłem po siedmiu latach. Z pokorą zdałem rosyjski u tej samej pani rusycystki. A potem wręczyłem kwiaty ku jej szczeremu wzruszeniu.

Bez matury nie mogłeś zdawać na studia. Jak udało ci się uniknąć poboru do wojska? W tamtych czasach służba była obowiązkowa.

Przed komisją stawałem trzy lata z rzędu. Za pierwszym razem zrobiłem performance i wysłali mnie do psychologa. Próbowałem przekonać "szanowną komisję", że mam ciekawsze plany na najbliższe dwa lata, więc kazali mi się leczyć. Za trzecim razem przyszedłem już stylistycznie zdefiniowany. Miałem wtedy długie czarno-białe włosy, bardzo kolorowe ciuchy, no i pierwszy tatuaż. Ale wtedy uznali już, że nie ma po co "brudzić" mi w papierach. Rozstaliśmy się pełni wzajemnego zrozumienia.

Ile tatuaży masz teraz?

Na razie cztery i wszystkie bardzo symboliczne. Większość to moje koncepcje graficzne, choć ten największy wymagał opracowania przez fachową ekipę Szerytattoo, którą przy tej okazji serdecznie pozdrawiam! O moim "rękawie" (tatuaż pokrywający całe przedramię - przyp. red.) mógłbym napisać długi elaborat. Cóż, taka fantazja ekstrawertyka.

Ale na tym nie kończy się lista twoich nietypowych fascynacji. Masz kilka zawodów...

Zmuszony byłem podejmować wiele różnych dorywczych prac, by się utrzymać. W końcu jednak muzyka pozwoliła mi zarabiać na życie. Przełom wieków był bardzo dobry dla polskiej muzyki klubowej. Mieszkałem w Łodzi, która wówczas była stolicą drum&bass. Na imprezy mojego zespołu (Sonic Trip - przyp. red.) przychodziły 2-3 tysiące osób. Potem przeniosłem się do Warszawy, gdzie studiowałem konserwację drewna zabytkowego na ASP.

To prawda, że przystąpiłeś wtedy do grupy Hare Kryszna?

Tak naprawdę miałem z nimi styczność dwa razy. Raz na obozie wędrownym gościliśmy na ich wegańskiej wieczerzy. Potem zaprosili mnie na swój festiwal. Po powrocie z tej imprezy nie zjadłem już mięsa. Nie jem go do dzisiaj. Jako rozsądny i praktyczny człowiek moją granicę wegetarianizmu postawiłem na jajku. Kiedyś miałem ambicję wychowywać na wegetarianina pierwszego syna. Ale kiedy poszedł do przedszkola, połykał wszystko, co było z mięsa. Zrozumiałem, że to nie ma sensu. Teraz syn ma szesnaście lat, a od dwóch jest wegetarianinem z własnej woli. Młodsi na razie są wszystkożerni (śmiech).

Masz trzech synów, ale z żadnym z nich nie mieszkasz. Jak w tej sytuacji wywiązujesz się z roli ojca?

Najstarszy syn mieszka we Wrocławiu, ale jest już w tym wieku, że najłatwiej utrzymywać kontakt na Facebooku. To akurat bardzo ważne, jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, czym żyje twoje dziecko. Młodsi mają dziesięć i sześć lat, mieszkają niedaleko mnie w Warszawie i jesteśmy w stałym kontakcie.

Pierwszy syn pochodzi z nieformalnego związku, dwóch młodszych - z małżeństwa z aktorką Sylwią Juszczak (teraz Arnesen - przyp. red.).

- Pierwszego syna mam z tzw. wpadki. Odkąd pamiętam, szukałem kobiety, z którą można przysłowiowe konie kraść. Ze związku na związek obserwuję postęp. Dla większości kobiet bycie razem nierozerwalnie związane jest z dziećmi, a to znacząco wpływa na relacje. Dzieci to dla mnie osobny temat, to dar i lekcja na całe życie. Kocham moich synów, jestem z nich dumny i staram się im poświęcać każdą wolną chwilę.

Mam rozumieć, że z obecną partnerką możesz "konie kraść"?

- Tak. Jesteśmy ze sobą niemal 24 godziny na dobę. Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę w takim związku, prawdopodobnie stwierdziłbym, że nie życzy mi najlepiej... Razem żyjemy, pracujemy, tworzymy. Wyjątkiem jest udział w programie, co daje chwilowe rozłąki, które jedynie utwierdzają nas w przekonaniu, że dobrze nam razem.

Planujecie dzieci?

- Nie. W tym zakresie już się zrealizowałem. Monika w pełni realizuje swoje instynkty w kontaktach z moimi synami.

Teraz stawiasz na karierę i pasje? Dlaczego przyjąłeś propozycję od TVN-u?

- Najpierw zostałem gospodarzem programu "Samowkręt". Dałem się namówić, bo w tej produkcji wykorzystano moją muzykę. Po paru latach zadzwonili do mnie z TVN-u i zaprosili na zdjęcia próbne do "Bitwy o dom". Propozycja tak mnie zaskoczyła, że... się zgodziłem.

Nie miałeś obaw, że stracisz uznanie w swoim środowisku artystycznym? Tak jak stracił je Nergal u części swojej publiczności?

- Zawsze są jakieś obawy. Nie znam osobiście historii Nergala. Każdy człowiek jest inny, inne są okoliczności i nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy finalnie wyjdzie mu to na plus czy minus. Nie czuję się celebrytą, nie biegam jak opętany pozować na "ściankach". Jeśli gdzieś mnie zapraszają, mam czas i leży to w moim kręgu zainteresowań, przychodzę. Jeśli ktoś ma szczerą ochotę dowiedzieć się czegoś o mnie, tak jak ty, opowiadam. Ale przede wszystkim robię swoje. Zajmowałem się tyloma rzeczami w życiu właśnie po to, by nie iść na kompromisy w jednej kwestii: muzyce.

Nie bałeś się pracy na planie wyłącznie z kobietami?

- Nie, bo ja lubię kobiety. Chociaż po wizycie w programie "Automaniak" doszedłem do wniosku, że z facetami jednak łatwiej się pracuje. Nie trzeba na każdym kroku uważać, aby ich czymś nie urazić. Ale na przykład z Małgośką (Rozenek - przyp. red.) totalnie po sobie jedziemy. Ona nie lubi się "certolić", więc mam nadzieję, że praca ze mną też daje jej dużo radości.

Widać, że między tobą a Małgosią jest chemia. Plotkowano nawet o waszym romansie...

- To był dla mnie wyjątkowo absurdalny "news", ale znajomi wypytywali... Był ubaw.

Będziesz rozczarowany, jeśli twoja przygoda z telewizją nagle się zakończy?

Programy trwają jeden lub kilka sezonów. Ja mam co robić w życiu i moim jedynym poważnym problemem jest to, że prawdopodobnie nie zdążę wszystkich pomysłów zrealizować.


Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Pągowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje