"Trzeba zwalczać słabsze momenty"

- Walczyłam do końca, a co się stanie później to się zobaczy. Widziałam, że mnie wyprzedza, ale to już było to 50 metrów z mroczkami, włączył się automatyzm i jak dopłynęłam do mety to nie wiedziałam co się dzieje – tak o igrzyskach sprzed 36 lat opowiada Agnieszka Czopek – pierwsza pływaczka, która wywalczyła dla Polski olimpijski medal.

Pochodzi ze sportowej rodziny. Jej siostry trenowały siatkówkę i wioślarstwo, a pieczę nad jej własną, pływacką karierą trzymał ojciec, Czesław Czopek. Uczyła się w krakowskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego i była zawodniczką klubu Jordan.

Reklama

Jej największym sukcesem jest brązowy medal  (400 m stylem zmiennym z czasem 4:48,17), wywalczony na Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Był to pierwszy w historii medal wywalczony przez Polkę  - pływaczkę.

Czopek wywalczyła również brązowe medale podczas I Pucharu Świata w Tokio w 1979 roku oraz podczas mistrzostw Europy w Splicie. Rekord Polski pobijała 37 razy.

W wieku 20 lat, ze względu na zły stan zdrowia, musiała zakończyć karierę.  Nie pożegnała się jednak ze sportem - do dziś trenuje młodych zawodników, bo jak sama mówi mimo że mogłaby żyć ze sportu, patrzenie na postępy młodych pływaków, daje jej wiele radości i satysfakcji.

Rozmowa z Agnieszką Czopek

Paweł Nowak: Czym jest zwycięstwo?

Agnieszka Czopek: - Na pewno jest to wielka radość z tego, że praca którą włożyłam w dany aspekt mojego życia przyniosła efekt.

Zwycięstwo często łączone jest z medalami, pucharami...

 - Dla mnie nigdy zdobywanie medali nie było czymś ważnym, nie brałam tego pod uwagę. Dla mnie bardziej liczyło się to, żeby pokazać sobie, że robię systematyczne kroki do przodu, że się rozwijam. W pływaniu można sobie prognozować wynik, w momencie kiedy udało mi się zdobyć ten prognozowany wynik, odnosiłam sukces.

Czyli według Pani istnieje zwycięstwo bez medali, pucharu?

 - Oczywiście, że tak. Zrealizowanie celu, sprawienie radości osobom, które na mnie liczą. To się liczy najbardziej.

Czy w tych wspomnianych przewidywaniach, przewidywała pani medal IO?

 - Nie, nie, nie. Osobiście nie przewidywałam tego, ale mój trener już tak. Pewnego razu powiedział mojemu ojcu, że pojadę na Igrzyska, a on tak w to uwierzył, że oprócz treningów w klubie, tata dokładał mi swoje treningi.

Wtedy nie myślałam o wysokich celach, wolałam stawiać sobie mniejsze cele, zrobić wynik, zdobyć miejsce, po prostu stawiać sobie małe cegiełki.

Pływała pani stylem zmiennym, który styl był ulubiony?

 - Najlepiej pływałam na plecach, z prozaicznego powodu, bo najlepiej mi się w tym stylu oddychało. Dobrze pływało mi się również "motylkiem", dlatego tymi dwoma stylami musiałam odjeżdżać, robić sobie przewagę.

Możesz być dobry w czterech stylach, ale nie będziesz dobrze pływał na 400m zmiennym jeśli nie będziesz potrafił płynnie ich zmieniać. Do perfekcji musi być dopracowane przejście z jednego do drugiego, braknie "niesienia" i idziesz na dno.

Noszenie na wodzie, istnieje coś takiego?

 - Oczywiście, że tak (śmiech). Lekkie ruchy dające dużą odległość. Czujesz, że jest forma i niesie!

A to prawda, że bała się Pani wody?

 - (śmiech) Tak, to prawda! Wielu pływaków na początku boi się wody.

W moich latach, myśl szkoleniowa była taka, że im więcej podniesiesz kilogramów, im więcej potrenujesz tym będziesz lepszy. Nie do końca było to dobre, bo czasami czułam się przemęczona. A mimo wszystko trzeba było dźwigać.

Jakie to jest uczucie być pierwszą Polką, która zdobyła medal w wodzie?

 - Ja na Igrzyskach, byłam jedną z najmłodszych, szesnaście lat i kilka miesięcy. Traktowałam Igrzyska jak kolejne zawody, każde zawody traktowałam bardzo poważnie. Jak zdobyłam ten medal, to... fajnie. Poszłam na odprawę antydopingową, trochę czasu tam zeszło. Wracając w nocy do wioski, na wejściu prześwietlali torby i ochroniarze mi gratulują, pokazują coś, a ja mówię, że to pomarańcza, chcecie Panowie? A oni, że nie, że medal! A ja w ogóle o tym zapomniałam, zrobiłam rekord Polski w eliminacjach i już byłam przeszczęśliwa. Moim celem był finał, ten cel osiągnęłam i już byłam usatysfakcjonowana.

Czyli każde zawody były dla Pani takimi Igrzyskami?

 - Tak, tak. Założyłam sobie cel i chciałam go osiągnąć, dla mnie porażką byłoby zdobycie złotego medalu, ale nie spełnienie założonego sobie celu.

Szczytu formy nie da się zbudować na cały sezon, na kilka imprez, najczęściej udawało się to zbudować dwa razy do roku. Dlatego na ten okres stawiałam sobie cel i małymi kroczkami chciałam do niego dochodzić, spełniając po drodze te mniejsze cele, cegiełki.

Odnoszę wrażenie, że była Pani dla siebie największy przeciwnikiem.

 - Dokładnie, ten prawdziwy przeciwnik był na dostawkę. Zawsze chciałam spełnić swój cel, a co się z nim wiązało to była sprawa drugorzędna. Wtedy czułam się dobrze sama ze sobą, jeśli udało mi się ten cel osiągnąć.

Jak wyglądały te olimpijskie zawody? Jaka była taktyka?

 - W eliminacjach poszłam na maksa, bo celem był finał. Nie mogłam zostawić sobie żadnej rezerwy. W momencie finału, gdzieś tam może w głowie tlił się medal, ale ja chciałam poprawić wynik z półfinału i zobaczymy co się stanie.

Przed Igrzyskami byłam bardzo poważnie chora na zatoki, a woda nie wybacza. Proszę mi wierzyć, że po takiej ilości treningów jakie wykonywałam, odpuszczenie wody na kilka dni jest kolosalnym krokiem wstecz, strasznie traci się czucie i noszenie.

W tym finale pamiętam, że 350 metrów płynęłam o własnych siłach, ale ostatnie 50 metrów to już miałam mroczki przed oczami, nadludzki wysiłek.

Pani przez cały wyścig płynęła druga i na końcu straciła Pani srebro...

 - Walczyłam do końca, a co się stanie później to się zobaczy. Widziałam, że mnie wyprzedza, ale to już było to 50 metrów z mroczkami, włączył się automatyzm i jak dopłynęłam do mety to nie wiedziałam co się dzieje.

Na Olimpiadzie byłam 2,5 dnia, bo zaraz były Mistrzostwa Polski i znowu było trzeba wrzucać kolejne kilogramy.

Ogromny talent czy ciężka praca?

 - Ciężka praca. Koleżanki trenowały mniej niż ja, a były blisko mnie. Nie koncentrowałam się na tym, tylko miałam swoje cele i chciałam je osiągać. Ciężka praca doprowadziła mnie do tego, że moja technika była dobra i mogła dać te wyniki, które osiągnęłam.

W "motylku" byłam rekordzistką Polski, w grzbiecie podobnie, kraulem na krótkim dystansie byłabym w finale, na dłuższym dystansie lepiej, bo miałam lepszą wytrzymałość.

Gdzieś przeczytałem, że była Pani "Za niska, za ciężka" - zgodzi się Pani z tym?

 - Ciężka byłam, nie gruba. Byłam szczupła, ale miałam ciężkie kości, dodatkowo mięśnie też ważą więcej. Naprawdę ciężko trenowałam, były dwa treningi na basenie, a wieczorem trener wymyślił sobie bieganie po górach, można było wypluć płuca, ale dawało to końską wytrzymałość.

 

Ciężka praca sprawiła, że musiała Pani zakończyć karierę w wieku 20 lat.

Im więcej tym lepiej, dlatego mój organizm każdego roku dostawał więcej, aż doszedł do momentu, w którym nie był w stanie już więcej przyjąć. Miałam przeciążenia, były one tak bolesne, że czułam, że nie mogę już więcej na siebie nałożyć.

Ciężko było podjąć tę decyzję?

I tak i nie. Gdybym po operacji czuła się dobrze, pewnie byłoby ciężej. Jednak ból mi nie odpuszczał, dlatego było łatwiej. Próbowałam, ale bałam się wskoczyć do basenu, po niektórych treningach zwijałam się z bólu w szatni, nie dało się tego przezwyciężyć.

Doszłam do wniosku, że nie ma się co maltretować, coś tam osiągałam, zdrowie jest jednak jedno i trzeba o nie dbać. W pewnym momencie miałam też wodowstręt, myśmy pływali po "x" kilometrów. W pewnych fazach jest to potrzebne, ale nie przez cały rok. Ledwo kończyłam zawody i już na obciążenia, ładować, ładować.

Nie było żalu?

Nie było żalu, tylko raczej taka duża chęć odpoczęcia i regeneracji organizmu.

Nie odeszła Pani od sportu, bo zajęła się Pani trenowaniem. Korzysta Pani ze starych metod?

Niektóre schematy są konieczne, to jest podbudowa, ale te obciążenia i jakości zadań, urozmaicenia, podejścia do zawodników, starałam się zmienić. Staram się uniknąć tego, co mi sprawiało przykrość.  

Cegiełki, krok po kroku, jest nadzieja, jest radość i widoczne efekty. Rzucenie sobie kosmicznego celu jest złe, bo jest on daleko i się zniechęcamy. Miałam podopiecznego, który chciał zdobyć złoto olimpijskie oraz takiego, który chciał stanąć na podium w jednym z turniejów międzyszkolnych, później powiatowych i ten chłopak dużo szybciej "rósł".

Pogadanki, jest to w mojej opinii bardzo ważne. Tłumaczyłam im, że właśnie te mniejsze cele, doprowadzą do medalu na Igrzyskach. Dzielę się z nimi swoimi doświadczeniami, że trzeba zwalczać słabsze momenty. Dla mnie to jest ogromna radość, móc podzielić się z dzieciakami swoimi przeżyciami.

Który sukces bardziej cieszy, swój czy podopiecznego? Widząc Panią można się domyślać, że podopiecznego.

Najbardziej mnie cieszy jak dzieciaki słuchają i same doświadczają tego, że to co trener mówi jest prawdą.

Sport jest chorobą?

Nie do końca, mogłabym bez tego żyć, ale skoro mogę przekazać swoją wiedzę to cieszy mnie to, że mogę ją przekazać. Jednak potrafiłabym bez sportu żyć, nie zaraziłam się tak bardzo. Sport jest takim dopełnieniem, jem, śpię i sport też jest, bo potrzebny jest dla zdrowia, dla odstresowania się.

 

INTERIA.PL/Informacja prasowa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje