Umarł? I bardzo dobrze!

Przywykliśmy do myślenia o sobie, jako o narodzie, który odczuwa szczególny szacunek do śmierci. Jednak ta pozytywna samoocena ma się nijak do tego, co o zmarłych wypisuje część internautów. Czyżby zasada, w myśl której " o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale”, przestała być aktualna? O przyczynach „pośmiertnego hejtu” opowiada Jakub Kuś, psycholog internetu z Uniwersytetu SWPS.

Aleksandra Suława: Ostrzegam, że posłużę się wulgaryzmami.

Reklama

Jakub Kuś: W rozmowie o języku internetu to raczej norma. Proszę bardzo.

“Dla mnie to jednego pedzia mniej", "Luksusowa dziwka", "Moczymorda", "Cwaniaczek"  - to wszystko fragmenty komentarzy, które pojawiły się w internecie pod informacjami o śmierci pewnych osób. Co myśli psycholog, kiedy czyta takie wypowiedzi?

- Przede wszystkim jest mi przykro, że w ogóle dochodzi do takich sytuacji i komuś przychodzą do głowy takie teksty po czyjejś śmierci. Że ludzie nie są świadomi, jak dużą krzywdę wyrządzają swoją bezmyślnością, chęcią zabawy, źle pojętym poczuciem humoru. Żal mi też ofiar tej agresji, w tym przypadku rodzin zmarłych, które nie zdają sobie sprawy z tego, że ta nienawiść bardzo często tak naprawdę nie jest wymierzona w nich. To agresja dla agresji, hejt dla hejtu, zabawa kosztem zmarłego, która wynika z jakiś patologicznych frustracji tych, których nazywamy hejterami i trollami.

Za co można nienawidzić młodą blogerkę, która umiera po ciężkiej chorobie? Albo nastolatka - homoseksualistę, który popełnił samobójstwo?

- W tego typu sytuacjach internetowa agresja zaczyna przypominać odrażający rodzaj sportu. Hejterzy prześcigają się w obraźliwych komentarzach, nienawiści, pogardzie, zawartych w wypowiedziach. Autorzy tych najbardziej agresywnych doskonale się kojarzą. To, że w internecie istnieje swoisty "klub hejterów" można zauważyć, analizując komentarze na portalach informacyjnych - tam ciągle pojawiają się te same nicki. Ich właściciele budują rodzaj hierarchii, na szczycie której stoją ci, którzy zachowują się tak, jakby nie obowiązywały ich żadne zasady. Taka postawa jest dla mnie zjawiskiem z pogranicza psychopatologii.



Jak zdiagnozowałby pan hejtera?

 - Przede wszystkim hejter jest sadystą. Do tego narcyzem. Ma poczucie, że może sobie pozwolić na manipulowanie innymi ludźmi, agresję, dokonywanie obraźliwych prowokacji względem innych internautów, tylko po to, żeby zapewnić sobie dobre samopoczucie. Do tego świetnie się bawi, bo dla niego pisanie nienawistnych komentarzy jest czystą rozrywką. Jego nawet nie interesuje dokopanie tej konkretnej osobie, ale zabawa i zamęt jaki wywołuje swoimi wpisami. To, że po drugiej stronie monitora są ofiary jego agresji, które realnie cierpią, niewiele go obchodzi. 

Ta ofiara w oczach hejtera jest w ogóle realnym człowiekiem czy może tylko bohaterem artykułu?

 - Dla hejtera to w ogóle nie jest człowiek. Internet, jak każde urządzenie techniczne, służące do komunikacji, depersonalizuje i dehumanizuje kontakty z innymi ludźmi. Dlatego też, z założenia, nie sprzyja empatii, altruizmowi, wczuwaniu się w sytuację drugiego człowieka. Jeżeli do tych czynników dochodzą pewne predyspozycje osobowościowe, jak choćby wspomniany już sadyzm, to u tego typu internautów może pojawić się myślenie, że zmarły i jego rodzina to nie są do końca ludzie, ale jakieś cyfrowe awatary. Taki awatar nie ma uczuć, nie ma rodziny, nie ma swojej historii, więc łatwo jest z niego szydzić. Nawet po śmierci.



Nie tak dawno głośno było o akcji Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, w ramach której  na jednym z portali społecznościowych publikowano hejterskie wpisy wraz ze zdjęciami ich autorów. Okazało się, że nienawiścią epatuje np. ojciec pięciolatka, pani kochająca psy,  miłośniczka wycieczek górskich, tak zwani normalni ludzie. Gdyby opublikować zdjęcia tych, którzy cieszą się z cudzej śmierci, też by tak było?

 - Pewnie tak. Ludzie mają tendencję do traktowania internetu jako platformy całkowicie swobodnej wymiany myśli.  Jeżeli takiemu ojcu czy miłośniczce wycieczek górskich nagle przyjdzie do głowy  nieprzemyślana myśl, dotycząca drugiej osoby, to on czy ona po prostu usiądzie przy komputerze i to napisze. Mało komu przychodzi do głowy, żeby przed kliknięciem opcji "wyślij",  zastanowić się czy to, co pisze, faktycznie może do kogoś trafić i kogoś zranić. Perspektywa wielu internautów kończy się na tym małym okienku, w które wpisują swój obraźliwy komentarz.

Jakie emocje ma w głowie ten ojciec czy turystka, kiedy tworzą swoje hejterskie wpisy?

 - Z jednej strony czują satysfakcję płynącą z budowania sobie pewnej, dość patologicznej, pozycji w grupie internautów.  Z drugiej, niechęć, zazdrość, zawiść w stosunku do tego, z kim oni, czy jakikolwiek inny troll, próbują walczyć.  Trzeba jednak pamiętać, że mimo, iż te komentarze ociekają nienawiścią, agresja, która za nimi stoi, jest słaba. Wystarczy jej na napisanie komentarza, ale na wyjście na ulicę, protesty czy też fizyczne zaatakowanie tego, kogo wcześniej niszczyło się w internecie, już nie.

To pocieszające.

 - I tak, i nie. To dobrze, że hejter nie ma wystarczającej motywacji, żeby rzucić się na kogoś z nożem. Ale z tego, że ludzie nie mają świadomości, że ich wpis zainspirowany chęcią poprawienia sobie humoru, może bardzo mocno zranić adresata, już nie ma się co cieszyć. Istnieje ogromna dysproporcja, miedzy tym jakie emocje odczuwa hejter, a tym jaki efekt mogą one wywołać. Bo cyfrowa krzywda boli jak najbardziej analogowo.

Stawia pan diagnozy, analizuje, interpretuje cudze zachowania w internecie. A rozmawiał pan kiedyś z hejterem?

 - Zdarzyło mi się.

I jak? Tłumaczył się ze swoich wpisów?

 - Ci, z którymi rozmawiałem, uważali, że nie mają powodu do tłumaczeń. Bo, jak mówili, nie robią niczego poważnego, tylko się bawią, żartują.  Duża ich część mówiła też o chęci wyrażenia swoich poglądów. Często słyszałem stwierdzenia, że w Polsce mamy wolność słowa, więc każdy może sobie napisać, co chce.  

Podobno każda aktywność, jaką podejmujemy w internecie, zaspokaja pewne społeczne potrzeby. Jaką potrzebę może zaspokajać opluwanie zmarłego?

 - Takim opluwaniem hejter zapewnia sobie poczucie wpływu i kontroli nad otoczeniem. Kiedy siada przed komputerem i pisze swój agresywny komentarz, wydaje mu się, że ma wpływ na świat. W swoich oczach jest kimś aktywnym, wojownikiem, działaczem, który wpływa na rzeczywistość.  To oczywiście bzdura, bo realne oddziaływanie takiego komentarza, poza aspektem emocjonalnym, jest najczęściej żadne. Ci ludzie z jakiś względów mają jednak poczucie, że ich opinia jest niezwykle istotna i muszą się nią koniecznie podzielić ze światem. Nawet jeśli świata ta opinia wcale nie interesuje.

Przychodzi panu do głowy jakieś zjawisko znane z realnego świata, do którego można by porównać internetowy hejt?

 - Porównanie, które wydaje mi się trafne w kontekście depersonalizacji i dehumanizacji, to działania amerykańskiej propagandy w czasie wojny w Wietnamie. Konkretnie sposób w jaki mówiono o Wietnamczykach. To już nie byli "Wietnamczycy" czy "mieszkańcy Wietnamu" tylko "żółtki". Takie pogardliwe określenie można bardzo łatwo odnieść do różnego typu epitetów, które pojawiają się w internecie.  Na przykład w kontekście walki politycznej to określanie wyborców PiS jako "pisiorów" albo zwolenników PO jako "popaprańców".  To jest wręcz podręcznikowy przykład dehumanizacji. Takim samym przykładem jest określanie milionera jako złodzieja, a młodego homoseksualisty jako pedała.

Albo Żyda jako "podczłowieka", tak jak to czyniono w nazistowskich Niemczech.

 - Dokładnie, to ten sam mechanizm. Żółtka, złodzieja, pedała łatwiej jest obrazić niż Wietnamczyka, biznesmena, czy nastolatka. Łatwiej, bo tak nazwani, w świadomości hejtera nie są już ludźmi. Te procesy dehumanizacji często zachodzą na poziomie bezrefleksyjnym, automatycznym, niemniej jednak działają i odnoszą czasem tragiczny skutek.



Tylko ja mam wrażenie, że te skutki możemy dzisiaj obserwować częściej niż kiedyś?

 - Niestety, to nie jest wrażenie tylko fakt. Hejtu i agresji w sieci jest coraz więcej. To bardzo niedobre zjawisko, choćby dlatego, że coraz więcej wiemy o internecie, coraz sprawniej go umiemy obsługiwać, a mimo tego nie potrafimy wypracować skutecznych zasad zachowania w tym środowisku.

Dlaczego?

 - Bo nie uczymy się na dobrych przykładach, tolerujemy złe zachowania, zgadzamy się na równanie w dół. Brakuje szeroko zakrojonych kampanii społecznych, które uświadamiałyby, jakie konsekwencje ma zachowanie w internecie. I wreszcie, bo nie uczymy naszych dzieci, że pewne zachowania są bezwzględnie niedopuszczalne. I tak, jak nie wolno być agresywnym na ulicy, w rozmowie twarzą w twarz, tak samo nie wolno okazywać agresji w sieci. Od takiej zasady nie ma odstępstwa.

Część z tych, którzy obrażają zmarłych w sieci, pewnie za kilka dni z okazji Wszystkich Świętych odwiedzi groby własnych bliskich. Jak można tak bardzo rozdzielić te dwie sprawy?

 - Można, bo internet tworzy poczucie odrębnej rzeczywistości. Tę alternatywną rzeczywistość spora grupa ludzi traktuje jako przestrzeń, w której wszystko jest dozwolone. To jest moim zdaniem praprzyczyna wszystkich patologii pojawiających się w tym środowisku. Jeżeli nie zmieni się tego myślenia, nie uświadomi się, że internet jest częścią naszego życia, to poziom agresji w sieci będzie wciąż narastał.

 

 

 

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje