Uwaga, tata patrzy!

Reporter na peryferiach świata, prezenter w studiu telewizyjnym czy troskliwy tata w domu? Tylko w wywiadzie dla SHOW Piotr zdradza, która z tych ról odpowiada mu najbardziej.

Biłeś się kiedyś na gołe pięści ?
Piotr Kraśko: - W młodości na pewno. Trudno przejść bez tego przez podstawówkę. Po studiach przez jakiś czas trenowałem boks. To rewelacyjny sport. Choć może cię zaskoczę, że trening jest jeszcze ciekawszy niż oglądanie tego w telewizji. Każdy chłopak powinien spróbować. Samo uderzanie w worek treningowy przez trzy minuty wymaga niezłej kondycji, nie mówiąc już o walce, nawet sparingowej. Potem docenia się tych, którzy walczą przez 10 rund i wciąż stoją.

Reklama

A kiedy ostatnio biłeś się naprawdę?
- Dawno temu. Będąc w Nairobi poszliśmy razem z moim operatorem do niewłaściwej dzielnicy o niewłaściwej porze, ale to była raczej taka przepychanka. Gdyby ludzie tam chcieli nam coś zrobić, to na pewno by zrobili. We dwóch nie mieliśmy żadnych szans. Samego mnie dziwi, że w różnych częściach świata krzyki i poszturchiwania zdarzają się często, ale rzadko coś groźniejszego.

Byłeś w młodości urwisem czy prymusem?
- Kimś pomiędzy. Na pewno nie byłem prymusem z matematyki i fizyki. Ale to były jednak zupełnie inne czasy. Wtedy to było normalne, że po szkole, z kluczem od domu na szyi, biegało się po podwórku niemal do wieczora. Dziś w mojej dzielnicy nie ma już żadnego z tamtych podwórek. Piękne, nowe osiedla mają masę zalet, ale nie należy do nich integrowanie dzieci z podstawówek. Przynajmniej nie wszędzie.

Jako dziecko nie tylko biegałeś po podwórku, ale też występowałeś w "5-10-15"...
- To było naprawdę bardzo dawno, chyba 30 lat temu. Swojego w nim udziału właściwie nie pamiętam, to zdarzyło się może dwa, trzy razy. Ale sam program pamiętam doskonale. Dla dzisiejszych czterdziestolatków był absolutnie kultowy. Od programów, które były przed nim, różnił się tak jak ultraszybka kolej TGV od tramwajów. To, co zrobiła wtedy pani Bożena Walter, było absolutnie rewolucyjne.

Twoi synowie Konstanty (4) i Antoni (2) zdają sobie sprawę z ogromnej popularności taty?
- W ogóle się tym nie zajmują. Myślę, że dla czterolatka nikt nie jest bardziej popularny od Spidermana.

Co lubią oprócz Spidermana? Podobno fascynują ich konie!
- Bardzo. Do tego stopnia, że nawet zdarza im się, że sami po kolei wszystkie karmią, a przy sporej stajni to duże wyzwanie dla takich maluchów.

Zarówno ty, jak i twoja żona jeździcie konno. Chłopcy sami chcieli jeździć czy to wynik ambicji rodziców?
- Dzięki mamie to u nich po prostu dziedziczne. Ale też masę czasu spędzają w domu stojącym dosłownie naprzeciwko stajni (dziadkowie Kostka i Antka, rodzice Karoliny Ferenstein, mieszkają w Gałkowie na Mazurach, gdzie prowadzą stadninę - przyp. red.). Dla nich bieganie obok źrebaków jest tak samo naturalne, jak dla wielu dzieci w mieście chodzenie na spacery z psem.

A konie pokochałeś właśnie dzięki żonie Karolinie?
- Raczej poznałem ją dzięki temu, że konie pokochałem już wcześniej. Ona była jednak moim pierwszym prawdziwym trenerem.

Rywalizujecie czasami ze sobą?
- To nie miałoby sensu. Ja zacząłem jeździć konno, mając lat dwadzieścia siedem. Karolina cztery. Konno jeździł od zawsze jej ojciec, ale także dziadek.

Udaje ci się mieć dla rodziny tyle czasu, ile bliscy potrzebują?
- To nigdy nie jest wystarczająco dużo. Mój znajomy mówił kiedyś, że jedną ręką będzie pisał tekst, a drugą bawił się z synem. Życie uczy, że takie pomysły nie są dobre. Czasem największa satysfakcja zawodowa nie równa się szczęściu z przeczytanej wspólnie z dzieckiem bajki.

Wolisz stolicę czy Mazury?
- Na szczęście nie muszę wybierać. Uważam, że Warszawa to wspaniałe miasto, choć pewnie każdy chwali to, w którym się urodził. A Mazurom, moim zdaniem, absolutnie należało się miejsce wśród siedmiu cudów świata. Na szczęście możemy mieszkać i tu, i tu.

Lepiej się czujesz w ubłoconej panterce czy w garniturze w studiu telewizyjnym? Szczerze!
- W jednym i w drugim. Bardzo się cieszę, jeśli raz na jakiś czas mogę zrobić też materiał reporterski. Zupełnie inaczej patrzy się na świat, jeśli znamy go tylko z przekazów, a co innego, gdy jest się na miejscu.

Najważniejsze wyzwanie dziennikarskie: wojna, relacjonowanie pielgrzymek papieskich czy - jak ostatnio - relacje ze Smoleńska tuż po katastrofie?
- Nie sposób ich porównywać. Każde było zupełnie inne. Wciąż pamiętam np. swój pobyt w Bejrucie. Właściwie dotarłem tam zupełnie sam. Moja ekipa została w Hajfie, na północy Izraela. W Libanie pracowałem z tamtejszym operatorem. Wspaniały człowiek, przeżył 20 lat okrutnej, krwawej wojny domowej. Martwił się codziennie, czy następną przetrwa jego mała córka. Z zazdrością patrzył na mój polski paszport. Dla niego to było jak przepustka do lepszego świata, a przynajmniej takiego, gdzie nie musisz się martwić, czy snajper nie celuje w tej chwili w grupę dzieci idących do szkoły.

- Reporter często ma poczucie zupełnej nierównowagi sytuacji. Przez kilka dni jesteśmy tam razem

ze wszystkimi. Jeśli spadają bomby, mogą też spaść na nas, ale już nie na nasze domy. One są daleko, bezpieczne. W tylnej kieszeni spodni mamy bilet powrotny. Oni nie. Nie mają dokąd odlecieć. Dopiero z takiej perspektywy widać, jak bardzo nie doceniamy, w jakim wspaniałym miejscu na ziemi żyjemy. W Polsce.

Reporter wojenny ma tylko chłodnym okiem opisywać? Czy zdarza się, że pomaga?
- Panuje takie przekonanie, że dziennikarze są zimni i cyniczni. Że gdy widzą rannego na drodze, najpierw go sfilmują, a potem dopiero myślą, jak zatamować krwotok. W filmach widziałem takie sceny, w życiu nigdy. Oczywiście, że operatorzy włączają kamery, jeśli w pobliżu są inni ludzie i karetka pogotowia, ale jeśli byliby sami, to na pewno zaczęliby od tego, żeby pomóc.

Byłeś w takiej sytuacji?
- Kilka razy. Po jakimś czasie uczysz się, że jeśli jedziesz tam, gdzie uderzył huragan, przeszło tsunami czy zatrzęsła się ziemia, to musisz zabrać ze sobą jedzenie, lekarstwa, a czasem również benzynę. Zupełnie inaczej jest w Europie, gdzie o pomoc jest jednak łatwiej.

- Ale w Ameryce Południowej czy nawet w USA, to już co innego. Po huraganie Katrina było wiele takich miejsc, do których ekipy telewizyjne dotarły na wiele dni przed Gwardią Narodową czy jakimkolwiek transportem pomocy. I nie widziałem, żeby którykolwiek z dziennikarzy nie dzielił się tym, co ma, z tymi, którzy stracili tam wszystko.

Nie męczyły cię nigdy wspomnienia z dramatycznych wojennych sytuacji?
- Trudno to zapomnieć. Ale naprawdę bardziej się też docenia to, co mamy w Polsce. W wielu miejscach na świecie gdzie byłem, to wcale nie jest oczywiste, że w kranie jest woda. U nas rzadko się takimi rzeczami martwimy.

Opowiadasz synom o swoich przygodach?
- Na pewno nie o wszystkich. Jeśli o Japonii, to raczej o górze Fuji, a nie o zrozpaczonych ludziach. Gdy pytają o Afrykę, to mówię o żyrafach, a nie o wojnach.

Nie uważasz, że dziś mamy skłonność do tego, by sprzedawać dzieciom wizję świata w wersji light?
- Tak, ale moi synowie mają dwa i cztery lata. To jednak za wcześnie, by opowiadać im o przemocy i rozpaczy. To nie jest doświadczenie, które jakkolwiek wzbogaca.

Jak znajdujesz czas, by pisać książki? Nowa, "Świat według reportera", jest już w księgarniach.
- Im więcej mamy zajęć, tym więcej mamy czasu. Mnie pracuje się też tym łatwiej, im bliżej jest terminu. To przyzwyczajenie ze szkoły.

Oskar Maya

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 5 grudnia!

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Kraśko

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje