Wszystkiego było mniej

W pokoju meblościanka, w szafie stylonowy fartuszek, tylko trzy lalki... A centrum świata był trzepak na podwórku.

Rodzina Edyty była typowa dla lat 60. i 70. Młodzi, zapracowani ludzie, dość wcześnie posiadający dzieci. "Mój brat urodził się, gdy mama i tata mieli po 21 lat. Ja cztery lata później. Z dzisiejszej perspektywy moi rodzice wydają mi się kompletnymi małolatami, którzy bardzo szybko musieli dorosnąć. Jak całe ich pokolenie" - opowiada aktorka.

Zawsze czekał obiad

Reklama

Jej mama, pani Adela, była pielęgniarką. Wstawała codziennie przed piątą rano i robiła dzieciom kanapki. "Zawsze też czekał na nas ugotowany obiad" - mówi Jungowska. Dziwi się: kiedy jej mama znajdowała na to wszystko czas? Posiadanie młodych rodziców miało ewidentne plusy: między nimi a dziećmi nie było dystansu, nie wydawali absurdalnych zakazów. "Miałam dużo swobody, ale czułam też respekt. W naszym domu nie wolno było np. trzymać łokci na stole. Ale kto by się przeciwko temu buntował?" - śmieje się.

W czasach jej dzieciństwa sobota była dniem roboczym. Za to w niedzielę Jungowscy jeździli za miasto, "na zieloną trawkę", najczęściej w okolice Urli, 70 km od Warszawy. Taka podróż trwała wtedy ponad dwie godziny. Jeździli... motorem. "We czwórkę pakowaliśmy się na osę. Najpierw siedziałam ja, potem ojciec, brat i na tyle mama. Zupełnie nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach" - wspomina ze śmiechem.

Wakacje w... samochodzie

A kiedy w latach 70. ojciec Edyty kupił gigantyczną warszawę kombi, przygoda zrobiła się jeszcze bardziej ekscytująca, bo... w samochodzie można było nocować. Edyta spędziła dzieciństwo na osiedlu kolorowych trzypiętrowych domów na warszawskiej Woli. Dookoła rosły karłowate jabłonki (pozostałość po sadach). W maju drzewka kwitły i wtedy wszystko cudownie pachniało. "Na podwórku stała też gigantyczna wierzba płacząca. Jej gałęzie sięgały ziemi i właśnie wśród nich się chowaliśmy. Centrum naszego świata był jednak trzepak przy śmietniku. Graliśmy tam w gumę, kapsle, klasy, zbijaka" - opowiada.

Co ciekawe, na osiedlach nie było wtedy jeszcze tabliczek w stylu "zakaz gry w piłkę". "Tylko co jakiś czas wychylała się z okna sąsiadka i krzyczała, żebyśmy nie hałasowali". I jeszcze jedno: w latach 70. wszystkie mieszkania wyglądały prawie jednakowo. "Popularna była meblościanka Kowalski, dostępna w dwóch odcieniach forniru. Dzięki niej u wszystkich dzieciaków czułam się jak u siebie. Najfajniejsze były łóżka składane na ścianę, w celu powiększenia przestrzeni życiowej. Gdy wieczorem rozkładaliśmy je z bratem, to w pokoju już nie można było się ruszyć".

Tylko u Małgosi, przyjaciółki Edyty, było inaczej. Mieszkała z dziadkami, którzy mieli piękne przedwojenne meble i bajeczną porcelanę. Półmiski z ich zastawy były fantazyjnie zdobione pucołowatymi aniołkami.

Ukochana Pippi

Edyta pamięta natomiast, że w jej domu wszechobecne były książki. Tata Jerzy interesował się historią, a mama lubiła czytać dzieciom bajki. Edyta nie potrafiła bez tego zasnąć. Ulubione lektury? "O psie, który jeździł koleją", "Pyza na polskich dróżkach" i oczywiście ukochana Pippi. "W latach 70. mieliśmy wszystkiego mniej: mniej było bohaterów z książek i filmów, mniej zabawek i mniej znajomych. Dlatego też łatwiej i mocniej się przywiązywaliśmy" - mówi.

Edyta niedawno wróciła do opowieści z dzieciństwa: wydała audiobooki dla dzieci: "Pippi Pończoszankę" i "Dzieci z Bullerbyn". Nie była jednak pewna, czy trafi w gust dzisiejszych kilkulatków. "Jeśli chodzi o Pippi, miałam mniej obaw, bo to szalona i bardzo współczesna postać" - mówi. Ale co do gromady z Bullerbyn, to takiej pewności już nie było. "Czy nasze miejskie dzieci potrafią jeszcze pokochać opowieści o kopaniu tuneli w stogach siana czy przesyłaniu sobie listów między domami za pomocą sznurka? A może młodzi ludzie, zamknięci na strzeżonych osiedlach, interesują się już tylko komputerami?" - zastanawiała się.

Z jej obserwacji wynika, że teraz dzieci czują się często samotne i znudzone. Być może potrzebują fikcyjnego przyjaciela, jak przed laty córka Astrid Lindgren, Karin. Dziewczynka wymyśliła Pana Liliową Miotełkę, znikającego za obrazem, gdy pojawiali się dorośli, i tak zainspirowała mamę do stworzenia niesfornego "Karlsona z dachu".

Jungowska w dzieciństwie miała prawdziwych przyjaciół: na podwórku Małgosię, a w szkole Anię. "Z Małgośką prowadziłyśmy pod blokiem stołówkę: sprzedawałyśmy potrawy 'ugotowane' z trawy i błota. Nawet ustawiały się do nas kolejki"- śmieje się. Z Anią łaziły po drzewach i zajadały się czereśniami. Z obiema koleżankami nie straciła kontaktu. "Bo kiedyś więzi były silniejsze" - mówi.

To, że wydawane przez nią audiobooki stają się bestsellerami, świadczy o tym, że wszyscy wciąż tęsknimy za prawdziwymi relacjami i przygodami, które łączą na całe lata...

Iwona Zgliczyńska

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 6 czerwca!

Dowiedz się więcej na temat: Edyta Jungowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje