Wychowana na kawiorze

Babcia aktorki żartuje, że to dzięki niezwykłej diecie Weronika wyrosła na dziewczynę z ikrą. Teraz radzi, by kawiorem karmić jej synka Borysa.

Późne lata 70. Mama Weroniki wyjeżdża do Moskwy na stypendium na wydziale pedagogiki i choreografii baletu. Tam poznaje przystojnego studenta medycyny Fiodora. Kilka lat potem, w marcu 1981 roku, parze rodzi się córeczka o okrągłej buzi i blond włoskach. Jak dwie krople wody podobna do mamy Beaty. Kiedy dziewczynka kończy dwa miesiące, rodzice zabierają ją po raz pierwszy do Poznania, by poznała rodzinę.

Reklama

Przez pierwsze lata Weronika wychowywała się w Poznaniu i Moskwie, bo jej rodzice zdecydowali, że w ZSRR skończą studia. Wspomnienia Weroniki z tamtych czasów są bardzo kolorowe i różnorodne. Jest w nich babcia Janina i dziadek Bogdan oraz klimat ich mieszkania w starej poznańskiej kamienicy. "Od siódmej rano przychodziły do nas sąsiadki, by napić się kawy. Do dziś widzę taki obrazek: siedzę między starszymi paniami przy stole i wymuszam, by nalały mi na łyżeczkę odrobinę czarnego, gęstego płynu" - opowiada.

Tak bardzo podobał się jej zapach i smak prawdziwej kawy, że nigdy nie dała się oszukać zwykłą Inką. Jako pierwsza wnuczka w rodzinie, była rozpieszczana przez bliskich. Od drugiego miesiąca życia jadła... kawior, który tata przywoził dla niej z Moskwy. "Babcia twierdzi, że dlatego wyrosłam na dziewczynę z ikrą i apeluje, by dziś kawior jadł mój syn Borys" - śmieje się aktorka. Fantastycznie wspomina też czas spędzany z rodzicami w ZSRR: upalne wakacje nad Morzem Czarnym na Ukrainie i zimowe weekendy na daczy pod Moskwą.

"Ojciec budował dla mnie zjeżdżalnię z lodu. Usypywał serpentyny ze śniegu i polewał torowisko wodą. A potem była już tylko szalona wspólna jazda na sankach.

Fantastycznie wspomina też czas spędzany z rodzicami w ZSRR: upalne wakacje nad Morzem Czarnym na Ukrainie i zimowe weekendy na daczy pod Moskwą. "Ojciec budował dla mnie zjeżdżalnię z lodu. Usypywał serpentyny ze śniegu i polewał torowisko wodą. A potem była już tylko szalona wspólna jazda na sankach. Bajka!".

Od rodziców dostawała też piękne zabawki, jakich w Polsce na początku lat 80. nie było. "Miałam więc szczekającego pieska i chodzącą lalkę na baterię". Moskiewski sklep z zabawkami Dietskij Mir był dla niej światem absolutnie oszałamiającym. "Wydawał mi się wtedy gigantycznym pałacem, którego nie sposób porównać do naszego Smyka. Musiał mieć chyba kilkanaście pięter!" - mówi.

Kiedy Weronika skończyła cztery lata, rodzice postanowili, że zamieszkają na stałe w Poznaniu. "Byłam wtedy dzieckiem śmiałym, wesołym i lubiłam się stroić" - wspomina. Szalała ze szczęścia, kiedy przyjeżdżała do nich ciocia Bożenka, solistka z zespołu Mazowsze. Ciocia otwierała torebkę, a tam kryło się wielkie bogactwo szminek, pudrów i kredek do oczu. Zwykle Weronice udawało się wyprosić jakiś drobiazg, np. zieloną szminkę, która utleniała się dopiero na wargach na różowy kolor. Albo sztuczne rzęsy - próbowała je sobie przykleić na krem Nivea.

W rodzinie mówi się, że urodę i talent aktorski Weronika odziedziczyła po mamie, a charakter po babci Janinie. "Być może dlatego do dziś mam z babcią tak silną wieź. Obie jesteśmy wesołe. Obie potrafimy też być szczere do bólu" - śmieje się.

Jedno jest pewne: z Weroniki był kiedyś gagatek. Kiedy chodziła do szkoły mistrzostwa sportowego, ciągle w domu tłukła żyrandol, bo podczas ćwiczeń artystycznych wysoko podrzucała maczugę. Potem cztery lata spędziła w szkole baletowej. Panował tam straszny rygor. Nie wolno było mieć np. rozpuszczonych włosów ani jeść pieczywa - obowiązywała ścisła dieta. "Bagietki z pobliskiej piekarni wnosiłyśmy w rękawach, żeby nikt ich nie zobaczył" - wspomina.

Ale granica pomiędzy dyscypliną a rygorem jest cienka. "Ciągle słyszałyśmy, że za mało się staramy, ponieważ... jesteśmy za mało spocone. Niektóre dziewczyny połykały aspirynę, by odpowiednio się spocić" - dodaje. Weronika jednak podkreśla, że tej szkole dużo zawdzięcza, bo nauczyła się ciężko pracować.

Była szaloną nastolatką. Z przyjaciółką Klaudią potrafiła urwać się ze szkoły i pojechać nad morze, by zjeść smażoną rybę. Jako dowód wyczynu przywoziła znajomym piasek znad Bałtyku. "Dziś jestem już inną osobą. Od roku mam w Poznaniu swoją kotwicę - Borysa. Nie mogę już być tą dawną postrzeloną dziewczyną. I dobrze mi z tym!" - mówi.

W Poznaniu tworzą dom wielopokoleniowy, z rodzicami i dziadkami. "Babcia ma 70 lat i niesamowitą energię. Ufam jej bezgranicznie. Kiedy Borys płacze, jest nieomylna. Może dlatego, że kiedyś pracowała w żłobku tygodniowym jako wychowawczyni? To ona pomogła wychować mnie, siostrę, a teraz mojego syna!". Dzięki kobietom z rodziny, Weronika wróciła niedawno do pracy w Warszawie. "Czy mogę im w SHOW za to podziękować?" - pyta z uśmiechem.

Iwona Zgliczyńska

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 28 marca!

Dowiedz się więcej na temat: Weronika Książkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje