Zazdroszczę "Złotopolskim"

"Biorę odpowiedzialność za całą drużynę" - rozmowa z Tomaszem Stockingerem.

Gra pan już bardzo wiele lat rolę doktora Lubicza? Czy lubi pan tę rolę, czy też zdarza się, że jest pan nią znudzony?

Reklama

Tomasz Stockinger: Przez te 10 lat raz było lepiej raz gorzej. Jest to powiązane z tym, czy są ciekawe scenariusze, czy trochę mniej ciekawe. Natomiast czy ja jestem zmęczony rolą? Nie, ponieważ ja się również zmieniam. To już trwa 10 lat. Ta rola zmienia się również dlatego, że ja się zmieniam. Każdy z nas się zmienia. Podobno w ciągu siedmiu lat człowiek wymienia wszystkie komórki.

Czy doktor Lubicz i jego osobowość wpływa jakoś na pana charakter? Czy przejmuje pan jakieś jego cechy?



Tomasz Stockinger: Myślę, że tak. Myślę, że nawet nie sama postać, ale praca nad nią. Ta postać jest tworem pomiędzy mną, a zamysłem scenariusza oraz oczywiście wszystkim tym, co się dzieje na planie - reżyserią i wpływem innych kolegów . Na mnie wpływa praca z tymi ludźmi, z tą ekipą w prawie nie zmienionym składzie od tylu lat. Pracujemy trochę rodzinnie to też oczywiście na mnie wpływa. Oczywiście to w jakiś sposób się odkłada w moim prywatnym, osobistym rozwoju i odczuciach. Myślę, że każdy, z kim się spędza tyle czasu i to w różnych warunkach, czasami uśmiechając się i z satysfakcja, a czasami w zatargach i konfliktach - różnie to bywa - w jakiś sposób nas kształtuje. Przez te dziesięć lat, wytrzymaliśmy różne wzloty i upadki. Przede wszystkim z telekamerami choć to już było dawno, jakieś 7 lat temu. Myślę że gdyby moje życie miało się rozpocząć od nowa, to pewnie rozpoczęłoby się w momencie kiedy "Klan" się skończy, bo wtedy powstałaby jakaś wielka pustka. Póki co, tak długo jak jestem w "Klanie" to jestem przyblokowany na wiele innych ewentualności, wiec nie zastanawiam się nad tym. Należę do drużyny i musiałoby się dziać coś naprawdę bardzo złego żebym zdecydował, że nie chcę już brać w tym udziału. Ponieważ w takiej sytuacji biorę odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale też za całą drużynę. Za moją rodzinę filmową - tę bliższa i tę dalszą, za całość. To jest zespół, a w każdym zespole podstawa to jest lojalność i poczucie zespołowości. Tak to pojmuję. Oczywiście życzyłbym sobie żebyśmy mieli trochę lepsze warunki pracy, płacy, no i przede wszystkim scenariusze oraz żeby było trochę więcej grosza na wyjazdy w plener, na pola golfowe. Żeby widza bardziej przyciągnąć, żeby mu dać więcej interesujących kąsków. Niestety rzeczywistość jest taka, że jest konkretna ilość pieniędzy na konkretny odcinek i trzeba się w tym zmieścić. No i tempo pracy. Teraz mamy 5 odcinków tygodniowo mając do dyspozycji tę sama moc przerobową co w czasach, kiedy robiliśmy trzy odcinki tygodniowo - tak samo dwie ekipy, ta sama ilość osób w biurze. Przez to, że pracujemy szybciej i efektywniej możemy sobie pozwolić na takie dodatkowe obciążenie. Łącznie ze scenarzystami, którzy gonią w piętkę już teraz. To naprawdę jest ciężko iść wieczorem spać ze świadomością, że na rano muszą być kolejne trzy odcinki, a nie ma pomysłu.

Temat golfa pojawiał się w "Klanie" dosyć często...



Tomasz Stockinger: Teraz niestety bardzo rzadko się pojawia. Mówi się tylko o golfie i to raz na parę miesięcy. Żałuję, bo to jest taka ciekawostka - publiczność bardzo zapamiętała temat golfa z powiązaniu z "Klanem", więc szkoda, że scenarzyści mało eksploatują ten temat. Kiedyś mieliśmy nawet wyjazdy na pola golfowe. To bardzo trudne technicznie - pole golfowe w Warszawie jest właściwie tylko jedno. Jest ono pod ścisłą kontrolą klubowiczów i właścicieli, więc trudno tak nagle ekipie wjechać i wmieszać się w te gry i zabawy. Rozumiem, że jest ciężko, ale gdyby się chciało, to można wynająć jakąś łączkę i gdzieś tam pograć. No w każdym razie życzyłbym sobie i publiczności, żebyśmy wrócili w "Klanie" do tych spotkań na zielonej trawce. Były one sympatyczne również dla widza, jest miło kiedy oko oddycha od wnętrz i przez moment w jakimś odcinku ogląda się przestrzeń. Chwilami zazdroszczę "Złotopolskim", bo oni mają sporo plenerów wiejskich .

A jakie dyscypliny sportu najbardziej pan lubi?

Tomasz Stockinger: Sporty zmieniają się zgodnie z wiekiem. Koszykówka, którą kiedyś uprawiałem dała mi bardzo wiele radości i satysfakcji, ale to jest niezwykle trudny i kontuzjogenny sport obciążający głównie nogi, kolana i kręgosłup. Po wielu latach rozstałem się więc z koszykówką, ale to mi dało ogólnorozwojową koordynację i siłę. Tenis z kolei jest taką grą, którą można uprawiać przez długie lata w różnym wymiarze również towarzyskim. W ogóle życie towarzyskie wokół tenisa jest chyba najlepsze ze wszystkich dyscyplin. Wszystkim, którzy chcą połączyć fajną rekreację ze świetnym życiem towarzyskim polecam tenis. Ambitni i wytrwali mogą się oczywiście w tenisie doskonalić przez cały czas - nigdy nie zna się swoich możliwości do końca. To jest gra jeżeli nie miliona, to wielu tysięcy powtórzeń. Wystarczy potem przestać grać przez parę tygodni żeby zlecieć w rankingu, nie tylko na tablicy rankingowej ,ale w ogóle stracić dyspozycję. Ja gram w tenisa dziesiąty rok. Ja i moi przyjaciele aktorzy i artyści z Krakowa i z Warszawy tworzymy zgraną paczkę, co się niezwykle rzadko zdarza w tym zawodzie. My generalnie jesteśmy samotnikami, chociaż może trudno w to uwierzyć. Jeżeli mamy jakieś przyjaźnie to one są bardzo skrywane i nie na pokaz.

Z Tomaszem Stockingerem rozmawiała Izabela Grelowska

Dowiedz się więcej na temat: odpowiedzialność | stockinger | Tomasz Stockinger

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje