Zbrodnia bez kary

Doktor Jekyll i Mr Hyde. Spokojny filolog klasyczny (z obsesją na tle czystego obuwia) i demoniczny detektyw (ze skłonnością do uzależnień). Marek Krajewski, autor kryminałów o Eberhardzie Mocku, podbija Europę.

Nam opowiada o swoim alter ego, szaleństwach pisarza i pewnym błysku w oku, za którym zdarza mu się tęsknić.

Reklama

Spotykamy się rankiem na wrocławskim rynku. Szukamy czynnego lokalu, bo Marek Krajewski musi napić się kawy. Niedawno wrócił ze stypendium w Szwajcarii. Skończył tam pisać kolejny odcinek swojego cyklu o Eberhardzie Mocku, policjancie z Breslau.

Twój STYL: We Francji "Le Monde" rozpływa się nad Pana książką. Na Wyspach chwali "The Times". Oprawił Pan sobie recenzje w ramki?

Marek Krajewski: Bardzo się z nich cieszę. Mam segregator, w którym zbieram recenzje. I przychylne, i druzgocące.

Następne wakacje w Monte Carlo?

Jeszcze nic nie wiem o wynikach sprzedaży. A wakacje spędzam od lat w tym samym miejscu: w małym domku 80 kilometrów od Wrocławia lub nad Bałtykiem, w Darłówku.

Podobno nie lubi Pan opuszczać rodzinnego miasta?

To prawda, nie lubię wyjazdów z Wrocławia. Kiedy wchodzę na dworzec, serce mi bije. Na lotnisku jestem podenerwowany.

Zostając poczytnym pisarzem, strzelił Pan sobie w nogę. Wciąż musi Pan jeździć po Europie.

Nie zawsze może być tak dobrze, żeby profesja miała same plusy. Ale z wieczorów autorskich przywożę same dobre wspomnienia.

Z ostatniego Festiwalu Kryminału w Krakowie też?

Tamte wspomnienia są wciąż bolesne. Przewróciłem się na oblodzonym chodniku, biegnąc do taksówki. Złamałem rękę w łokciu.

W krakowskich knajpach artyści podobno tęgo piją?

Nie wiem. Nie miałem w sobie - niestety - ani kropli alkoholu. Mówię: niestety, gdyż lekarz na pogotowiu powiedział mi, że alkohol mógłby rozluźnić mi mięśnie. Zastanawiałem się nawet, czy nie dochodzić odszkodowania. Miasto powinno przecież zadbać o chodniki. Ale machnąłem na to ręką.

Którą?

Prawą. Zdrową. Lewą musiałem poddać intensywnej rehabilitacji. Zbiegło się to z moim pobytem w Szwajcarii na stypendium.

Pół roku poza domem. Jak Pan wytrzymał?

Miałem urocze mieszkanie z widokiem na przyklasztorny ogród. W pobliżu jezioro, w którym kąpałem się, gdy się ociepliło. Woda przejrzysta, pode mną ryby, nade mną ośnieżone szczyty Alp. Pisałem po dziewięć, dziesięć godzin dziennie. W sobotę zabierałem sześć toreb z sześcioma rodzajami śmieci i zanosiłem do miejsca, gdzie Szwajcarzy segregowali odpadki. W niedzielę chodziłem na spacery.

Samotność nie doskwierała?

Tęskniłem za domem, rodziną, żoną. Cierpiałem na bezsenność. Zawsze tak się dzieje, gdy opuszczam Wrocław. Nawet w mojej literackiej samotni w Wielkopolsce gorzej sypiam.

W domku, gdzie narodził się Mock?

Tak. Pierwsza książka powstała jedenaście lat temu w czasie wielkiej wrocławskiej powodzi. Wyjechałem z miasta, zanim zostało odcięte od świata. Miałem zamiar w spokoju napisać jeden lub dwa rozdziały pracy doktorskiej. Ale w zamieszaniu spowodowanym żywiołem zapomniałem materiałów. Żeby się czymś zająć, zacząłem pisać powieść. Marzyłem o tym od lat.

Jak długo?

Całe życie. Ale nie mówiłem o tym nikomu. W biograficznej historii filozofii istnieje termin: "noc filozofa". To chwila, w której filozof - jak Kartezjusz - w błysku oka ujrzał cały swój system. Miałem moje popołudnie przyszłego pisarza. Pracowałem wtedy w Ossolineum w dziale starych druków. Był rok 1992, końcówka moich studiów, wakacje, upalny dzień. Porządkowałem magazyn. Szybko uporałem się z pracą, nie miałem co robić, więc zacząłem przeglądać książki o treści okultystycznej po łacinie. Zainspirowały mnie. W ciągu kilku godzin wymyśliłem fabułę mojej książki Śmierć w Breslau. Zapisałem plan i pokazałem go żonie.

Co ona na to?

Przyjęła to jako fantastyczne rojenia. Zawsze stąpała mocno po ziemi. To w niej lubię.

"Kochanie, jak to dobrze, że niszczysz moje marzenia!"?

Tak nie powiedziałem. Wiedziałem, jak wygląda sytuacja na rynku wydawniczym. Jako debiutant byłem bez szans. Byliśmy ubogim małżeństwem humanistów. Mieliśmy dwójkę małych dzieci. Miałem wszystko rzucić i zacząć pisać? Byłbym idiotą!

Czym zajmował się człowiek, który nie chciał być idiotą?

Pracowałem na uniwersytecie, brałem mnóstwo tłumaczeń z łaciny, dawałem korepetycje. Nie miałem czasu nawet na wakacjach. Żona zabierała dzieci nad morze do rodziny w Koszalinie, ja zostawałem we Wrocławiu. Gdy ja wyjeżdżałem z dziećmi, żona pracowała. Po raz pierwszy wspólne wakacje z Małgorzatą spędziliśmy dopiero w tym roku. W Szwajcarii.

Dowiedz się więcej na temat: zbrodnie | mieszkanie | morderca | żona | Marek Krajewski | krajewski | książki | wakacje | kara

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje