Zły bohater sam musi się obronić

Nie chcę tutaj uprawiać profesorstwa, ale uważam, że nie można próbować bronić złego bohatera przed widzem. Sam musi się obronić. To widz ma ocenić, czy jest dobry, czy zły, a nie ja – mówi Łukasz Konopka, pamiętny Karol Ryszkowski z „Czasu honoru”. Z aktorem rozmawiamy m.in. o bohaterach z aureolą nad głową, Powstaniu Warszawskim i pociągach.

EksMagazyn: Kim pan chciał być w młodości?

Reklama

Łukasz Konopka: - Mam starszego brata i jak byłem dzieciakiem, to stanowczo twierdziłem, że pójdę za niego odsłużyć obowiązkowe wojsko.

Nie było przebacz, każdy musiał iść...

- Tak, nie będę mówił, w jakich okolicznościach uniknąłem mojej własnej służby, ale się udało, a potem uratowały mnie studia. Oczywiście nie dlatego zostałem aktorem, żeby nie iść do wojska.

To dlaczego został pan aktorem?

- Nie mam bladego pojęcia. Pewnie wynika to z tego, że odkąd pamiętam, jestem odkurzaczem filmowym. Oglądam wszystko. A poza tym w szkole średniej trafiłem do amatorskiego teatru i siedziałem tam kilka lat. Każdy w tym okresie robi bardzo wiele rzeczy, ja trochę grałem w koszykówkę, trochę ją trenowałem, a w weekendy siedziałem w teatrze. Próbowaliśmy coś stworzyć i trwało to bardzo długo, czasem pół roku, rok. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że jest taki reżyser Krystian Lupa, który też tak długo pracuje i są spektakle, które trwają osiem godzin. Nasze trwały tylko 30 minut, ale mieliśmy do dyspozycji, tylko weekendy (śmiech). Dlatego tak długo nam schodziło.

Pochodzi pan z artystycznej rodziny?

- Nie, absolutnie. Rodzice nie mieli nic wspólnego ze sztuką. Nie wiem, na ile zawód aktora w tych czasach ma coś wspólnego ze sztuką... Był też taki moment, kiedy w ogóle nie chciałem iść do szkoły teatralnej, zawziąłem się i uważałem, że mogę być aktorem - o ile można to tak szumnie nazwać - który robi, co chce. Rzeczywistość jest taka, że w tym kraju w dalszym ciągu jest ciężko bez szkoły, niezależnie od tego, czy jest się dobrym czy złym. Dyplom jest ważny.

Otwiera wiele drzwi?

- Młody człowiek bez dyplomu nie ma o czym marzyć, jeśli chce pracować w teatrze. Może ewentualnie próbować sił w telewizji, ale ile jest takich osób? Niewiele.

Dostał się pan za pierwszym razem?

- Spróbowałem raz w Krakowie, ale to było szalone. Myślę, że komisja miała ubaw jak mnie zobaczyła. Wziąłem sobie jakiś kosmicznie trudny tekst Brunona Jasieńskiego. Do tej pory tego nie rozumiem, a wtedy wydawało mi się, że będę z tym walczył.

Młodzi ludzie są nieśmiertelni...

- Dokładnie. Potem miałem długą przerwę i drugi raz próbowałem, kiedy miałem 26 lat i wtedy mi się udało.

Co pan robił w międzyczasie?

- Różne rzeczy. Byłem handlowcem, kierownikiem handlowym, ale film i teatr cały czas się pałętał, więc pomyślałem, ze może w ten sposób trzeba zagospodarować swoją przestrzeń życiową. Nie wszystkie szkoły przyjmują studentów w tym wieku, ale mężczyźni różnie dojrzewają.

To było dobre, że dopiero w tak późnym wieku trafił pan do szkoły?

- Tak, myślę, że wcześniej kompletnie się do tego nie nadawałem i nie wiedziałem, o co chodzi. Pierwszy rok i tak był szokiem. Miałem taki natłok informacji, że myślałem że tego nie przeżyję (śmiech).

A co pan lubi w filmowym światku?

- Jestem zafascynowany inicjatywą Roberta Redforda - Sundance Festiwal. Całe to zjawisko bardzo mi się podoba. Zostało stworzone po to, żeby ludzie byli twórcami, spotykali się w jednym miejscu, razem pisali scenariusze i potem razem tworzyli filmy. Redford zrobił to z potrzeby serca. Pięknie to opisuje w książce, którą ostatnio czytałem. Wspaniałe w tym wszystkim jest to, że festiwal współtworzą ludzie, którzy mają 70. lat i dalej im się chce, a poza tym są tak ogarnięci, że czują np. potencjał w internecie. Cały festiwal można za kilka dolarów obejrzeć w sieci. A u nas tego się w ogóle nie widzi.

Internet to przyszłość filmu?

- Tak. Uważam, że seriale będziemy oglądać tylko w internecie, a w telewizji tradycyjnej, może jakiś towar ekskluzywny. Jest taka platforma Netflix, która wyprodukowała za ogromne pieniądze "House of cards". Oni skupują prawa do wszystkich filmów, które wychodzą, te filmy są w jakości hd, a wszystko to za nieduży abonament.

Wracając do pana. Co było po szkole teatralnej?

- Na III roku zrobiłem dwie premiery teatralne. Był spektakl o powstaniu warszawskim "Szkło bolesne", a w telewizji debiutowałem epizodem w serialu "Determinator".

A potem się potoczyło?

- Nie do końca. Po studiach poszedłem na pierwszą moją rozmowę o pracę do teatru w moich rodzinnych stronach - Teatru Zagłębie w Sosnowcu. W ciągu pięciu minut dostałem tam pracę etatową i zostałem na dwa sezony. Mało osób o tym wiem, że w dzień premiery w Sosnowcu przyjechałem na zdjęcia próbne do Warszawy, do nowopowstającego "Czasu honoru". Myślę, że jakieś małe opóźnienie pociągu mogło się skończyć moją katastrofą (śmiech). To byłby koniec...

PKP tym razem się spisało...

- Jakimś cudem, więc nie narzekam nigdy na opóźnienia, ważne, że wtedy pociąg się nie spóźnił. Na zdjęciach próbnych była Maja Ostaszewska i reżyser Michał Kwieciński. Bardzo się zdziwili, kiedy powiedziałem, że muszę kończyć, bo mam pociąg za 5 minut i premierę o 18.

Opłacało się, bo dostał pan najciekawszą rolę w serialu - Karola Ryszkowskiego, który uwikłany jest w dwa systemy, raz czarny, raz biały, szantażowany, a do tego beznadziejnie zakochany.

- Granie takiego niejednoznacznego bohatera jest bardzo wdzięczne, bo scenarzysta może wymyślać różne rzeczy i trzyma się to całości. Może odwracać jego losy do góry nogami, może iść do przodu, do tyłu, za chwilę na boki. Gorzej jest z pozytywnymi bohaterami.

Bo ktoś ma, od początku do końca, aureolę nad głową?

- Dokładnie. Za tę aureolę się zabrać, żeby ten bohater nie był mdły i przesłodzony, wcale nie jest łatwo.

Miał pan jakiś wpływ na jego losy?

- Nie, aktor ma wpływ na to, jak tę postać postrzega widz. Kiedy przygotowywałem się do tej roli, mocno opierałem się na książce Normana Davisa "Powstanie '44". On tam bardzo pięknie opisuje różne sytuacje z powstania. Takich ludzi, jak Karol były tysiące. Prawda jest taka, że on się znalazł w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie.

Karola poznajemy w momencie, kiedy ma pistolet przyłożony do skroni przez niemieckiego żołnierza...

- Próbuje ratować swoje życie i przechodzi na stronę gestapo.

Nie ma za bardzo wyjścia...

- Miał wyjście, mógł sobie dać pozwolić strzelić w głowę, co później i tak zrobił. Był szantażowany, a potem się to tak potoczyło. Jak się temu przyjrzeć, w każdym właściwie pojawieniu się w tym serialu, ma za plecami gościa, który go szantażuje. W końcu nie wytrzymuje i robi coś, co mógłby zrobić na samym początku (popełnia samobójstwo - przyp. red.), tylko że wtedy nie byłoby tej całej historii.

Współczuje pan temu bohaterowi?

- Nie. To nie jest tak, że nie podchodzę do roli emocjonalnie, ale w pracy nad czymkolwiek mam taką zasadę, że nigdy nie próbuję mojego bohatera bronić, ani mu współczuć. Biorę wszystkie paradoksy danej postaci i staram się jak najbardziej wiarygodnie je przekazać.

Czego pan szukał w postaci Karola? Jedni nazywają go kapusiem, ale większość - bohaterem tragicznym.

- Tylko się z tego cieszyć, jeśli ludzie o tym dyskutują, jeśli coś dla nich nie jest jednowymiarowe. Szukałem dobrych rzeczy, starałem się przemycać do jego historii to, że ma dylematy. Czasem aktorzy pracują w ten sposób, że próbują bronić postaci. Nie chcę tutaj uprawiać profesorstwa, ale uważam, że nie można próbować bronić złego bohatera przed widzem. Sam musi się obronić. To widz ma ocenić, czy jest dobry, czy zły, a nie ja go mam oceniać.

Widział się pan w rolach takich ciemnych typów z powikłanymi losami?

- Nie, bo praktycznie byłem dopiero szkole. Kompletnie się nad tym nie zastanawiałem, bardzo się cieszyłem, że dostałem tę role. Pamiętam, jak zadzwonił telefon, że mam tę robotę, zapytałem: "Kiedy ginę?", bo najczęściej tak jest w takich filmach. Niestety, rola Karola Ryszkowskiego trochę mnie osadziła, teraz mam z tym problem, bo wszystkie propozycje, które dostaję są bardzo podobne.

Nie ma propozycji ról ciepłych, pantoflowatych facetów?

- Nie, chociaż twórcy twierdzą, że takie są moje warunki fizyczne, że do końca się do tego nie nadaję. Dobrze, że w teatrze człowiek dostaje różne role, bo w końcu jest na etacie. Jest pewnego rodzaju odskocznia. W serialu "Na wspólnej" też gram podobnego bohatera, tzn. Krzysztof Smolny nie kapuje i nie donosi, ale też jest takim śliskim miglantem i kłamczuchem.

Podobno wszyscy kłamiemy.

- Dzieci są szczere i nieprzewidywalne, a potem zaczynamy kłamać. Zaczyna się w szkole.

Zmienił się pana stosunek do Powstania Warszawskiego po serialu?

- Nie. Prawda jest taka, że poza Warszawą bardzo mało mówi się o powstaniu. Ja jestem tym rocznikiem, któremu nie mówiło się o Katyniu, historię w szkole mieliśmy mocno ocenzurowaną. Wiedziałem, że było takie wydarzenie jak Powstanie Warszawskie i tyle. Warszawiacy tym mocno żyją. Przyjeżdża się tu i 1 sierpnia całe miasto stoi. Kiedy poznaje się ludzi, którzy brali w tym udział, dopiero wtedy człowiek odkrywa, czym to było, jak wyglądało.

Jak ważna była dla pana współpraca z Borysem Lankoszem, reżyserem obsypanego nagrodami "Rewersu", gdzie gra pan Arkadiusza, brata głównej bohaterki Sabiny?

- Zadzwonił do mnie, kiedy byłem na planie. On mnie wypatrzył w "Czasie honoru". Nagrał mi się na pocztę, że nazywa się Borys Lankosz i robi debiut, że ma dla mnie propozycję i chce się mną spotkać. Pamiętam, że pomyślałem: "Film fabularny, super, tylko dlaczego z debiutantem?". Spotkaliśmy się i znaleźliśmy wspólny język. A jego film nie mógł się nie udać.

Dlaczego?

- Miałem wrażenie, że między ludźmi na planie panowała niewyobrażalna chemia. Wystąpili tam wielcy aktorzy. Praca była niewiarygodnie przyjemna. Borys jest też takim reżyserem, że nie siedział za podglądami, tylko pod kamerą. Nie chciał oglądać kadrów, bo wiedział że Koszałka (Marcin Koszałka, operator filmowy - przyp. red.) dobrze to sfilmuje, ale chciał czuć energię danej sceny. Tak to wyglądało. Tak czasem jest ze spektaklami: robi się ich dziesięć, a tylko jeden wychodzi. Ma to coś. I właśnie "Rewers" to miał. To jak ten film został odebrany, ile nagród dostał, to mnie oczywiście zaskoczyło. Jest coś, czego nie mogę znieść w polskim kinie - że rozliczamy się z przeszłością w taki sposób, że ilość patosu wystarczyłaby na 300 milionowy naród. A "Rewers" bardzo ładnie rozlicza się z przeszłością i nie ma w nim patosu. Są mocne, wzruszające momenty, ale są tez takie chwile, kiedy człowiek się uśmiecha. Myślę, ze to jest klucz do dobrego kina w ogóle.

Gra pan dalej w teatrze?

- Zrezygnowałem z pracy w Teatrze Wybrzeże, trochę z tego powodu, że wystawia się tam dużo spektakli i praca etatowego aktora jest w tym przypadku bardzo wymagająca. Były takie sezony, że człowiek wchodził z premiery w premierę. Ja sobie uświadomiłem, że nie jestem takim typem, że muszę grać w teatrze. Gram jedynie gościnnie. Wychowałem się na filmie i kinie. Te kilka dni w miesiącu, kiedy przebywam na planie, wystarcza mi do uzyskania satysfakcji zawodowej. Teraz, kiedy odstawiłem teatr na bok, interesuję się kinem od drugiej strony: operatorskiej, technologicznej, reżyserii, itd. To bardzo ciekawe, a im lepiej się poznaje ten świat, tym lepiej się go rozumie. Mnie to pomaga w pracy, lepiej się odnajduję na planie. Wiem, dlaczego coś powstaje w taki, a nie inny sposób. Dzisiaj rano byliśmy z kolegą operatorem na zdjęciach, od czwartej jestem na nogach, więc mogę czasem wolniej myśleć.

Na co najbardziej narzekają aktorzy?

- Na pracę i brak pracy. Staram się tego oduczyć, ale też mam taką cechę. Jak człowiek siedzi w domu, to myśli sobie: "Boże, nie mam pracy", a jak już ją dostanie to jest: "Boże, ile razy jeszcze mam wstawać o piątej rano, żeby dojechać na plan". Michał Kwieciński powiedział mi, że w naszym zawodzie trzeba nauczyć się czekać. Tak ten zawód wygląda. Jak jest cisza z propozycjami, to nikt nie zadzwoni, a jak już zaczną, to wszyscy w jednym momencie. Ktokolwiek chce być aktorem musi być cierpliwy. A nasze pokolenie ogólnie jest niecierpliwe.

Co znaczy dla pana pojęcie prawdziwy facet?

- Mam z domu wyniesione takie wartości, że facet potrafi o siebie zadbać: zrobić zakupy, włączyć pralkę, zapłacić rachunki, zadbać o partnerkę. O wrażliwości nie ma co gadać, bo jako aktorzy jesteśmy rozgrzebani emocjonalnie. W moim domu tata i mama zajmowali się nami po równo, oboje o nas dbali.

Jak będzie miał panu dużo wolnego czasu i pieniędzy...

- To kupię sobie łódkę i będę na niej pływał.

 

Rozmawiała: Joanna Jałowiec

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje