Znam przepis na to, by restauracja się udała

Ze swobodą wcieliła się w rolę rewolucyjnej restauratorki. Zjawia się tam, gdzie kulinarny biznes idzie kiepsko i właściciele proszą o pomoc. Nie przebierając w słowach udziela rad, wytyka błędy. A wszystko na oczach kilkumilionowej telewizyjnej widowni!

Jedyna w Polsce właścicielka kulinarnego imperium. Ma ponad 14 restauracji i kawiarni m.in. w Warszawie, Żelazowej Woli. "Ale Gloria", "U Fukiera", "Gar", "Polka", "Słodko... Słony", "Zielnik" to tylko kilka z nich. Gościła koronowane głowy, prezydentów, polityków, gwiazdy światowego kina. Królowa Hiszpanii, Królowa Danii, Księżniczka Anna, Naomi Campbell, Claudia Schiffer, Catherine Deneuve, Bill Clinton, Lionel Richie, George Busch. To tylko niektórzy z jej słynnych gości.

Reklama

Pełna energii, uśmiechnięta, promienna, o smakach i zapachach może opowiadać godzinami. Obywatelka świata: studia ASP skończyła w Madrycie, mieszkała w Bułgarii, w Hiszpanii, na Kubie. Dziś kursuje pomiędzy pomiędzy Warszawą a Toronto, gdzie praktykę lekarską prowadzi jej mąż. Od paru miesięcy gwiazda programu TVN "Kulinarne rewolucje Magdy Gessler", w którym radzi podupadającym restauracjom, jak wydobyć się z kryzysu. Już pierwsza edycja programu przyciągnęła przed telewizory ponad trzy miliony widzów, teraz mamy okazję oglądać kolejną.

Pytana o przepis na kulinarny sukces, mówi: "Gotować trzeba z miłością".

Co panią zachęciło do udziału w "Kulinarnych rewolucjach"?
Magda Gessler: - Mam wiedzę na temat prowadzenia restauracji, a to była świetna okazja, by się tą wiedzą podzielić. I z tymi, którzy restauracje prowadzą, i z tymi, którzy do nich chodzą. Nie jestem zawodową restauratorką. W Polsce w zasadzie takich osób jest niewiele. Ja na przykład skończyłam wydział malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w Madrycie. Gdy dwadzieścia lat temu wróciłam z Hiszpanii, tutaj była wtedy kulinarna pustynia. Nikt nie robił w tej dziedzinie nic ciekawego, ja byłam prekursorką.

- dziś mogę śmiało powiedzieć, że mam przepis na to, by restauracja się udała! Bo sama wiem, jaką masę błędów można przy tej okazji popełnić. Błędy popełnia się zawsze, gdy człowiek bierze się za robotę, ale też nie ma innego sposobu, by nabrać doświadczenia.

Dziś coś się zmieniło? Poziom polskich restauracji jest wyższy?
- W dalszym ciągu jest trudno. Oczywiście są miejsca, w których aż roi się od ludzi i ci ludzie prawdopodobnie znajdują tam to, czego szukają: smak, jakość, ilość i cenę zgodną ze swoimi oczekiwaniami. I absolutnie nie wolno tego lekceważyć, przeciwnie: opinie przypadkowych ludzi są ważne, nie tylko celebrytów. W ogóle zawsze warto chodzić tam, gdzie są ludzie, bo tam jest szansa na dobre jedzenie.

- Ale my popełniamy jeden zasadniczy błąd: usiłujemy być światem, a powinniśmy być Polską. Powinniśmy zrobić w tył zwrot, wrócić do tego, co zostało zniszczone przez lata wojen i niedostatku. Na przykład do tradycji kulinarnych przedwojennej Warszawy, gdzie na dobrą kolację w zajeździe czy restauracji zjeżdżał się cały świat. Tu panowała wschodnia gościnność i niezwykła szczodrość, obecne były tradycyjne smaki, dodatki.

- Ja na przykład od lat walczę o prawdziwą polską, kwaśną śmietanę. Niehomogenizowaną, bez konserwantów. Czy wie pan, jak smakuje lin pieczony w kwaśniej śmietanie? Albo kurki? To jest coś niesamowitego, symfonia smaku, którą trudno opisać...

Pierwsza rzecz, na którą zwraca pani uwagę wchodząc do lokalu?
- Zapach, wystrój, kolor, światło, załoga... To wszystko jest bardzo ważne. Restauracja to trochę teatr, w którym spektakl kończy się wieczorem, a rano znów trzeba go wznowić. Tyle, że nie ma braw, jak na dobrej sztuce. Teoretycznie cały czas powtarza się te same czynności, ale nigdy nie jest to naprawdę to samo, bo każdego wieczoru jest inna publiczność. A to goście tworzą temperaturę, nadają ton. I oni są najważniejsi.

Dowiedz się więcej na temat: błędy | restauracja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje