Zofia Wichłacz: Strzemiński szalenie fascynował młodych

Po roli "Biedronki" w "Mieście 44" Zofia Wichłacz stworzyła kolejną kreację na dużym ekranie. W ostatnim filmie Andrzeja Wajdy, "Powidoki", zagrała studentkę zakochaną w swoim profesorze, Władysławie Strzemińskim, który był pionierem polskiej awangardy w malarstwie.

Dostałaś rolę w "Powidokach" nie biorąc wcześniej udziału w typowym castingu, zgadza się?

Reklama

Zofia Wichłacz: - Było tak, że zaprosiłam Ewę Brodzką, reżyserkę obsady, na spektakl "Porozmawiajmy po niemiecku", który gram w Teatrze Polonia. Pani Ewa przyszła na spektakl z Andrzejem Wajdą! Porozmawialiśmy po przedstawieniu. Spotkanie z panem Andrzejem było niesamowitym przeżyciem. Kilka miesięcy później otrzymałam propozycję, aby zagrać Hanię. Czułam ogromną radość, że będę mogła pracować z mistrzem, legendą.

Jak wyglądała twoja współpraca z Andrzejem Wajdą?

 - Pan Andrzej dawał nam konkretne polecenia, miał jasną wizję tego, co chce uzyskać od aktorów. Z drugiej strony bardzo lubił, kiedy samemu coś się proponowało. Więc moja praca była wypadkową tych dwóch wektorów. To, od czego zaczynaliśmy, nie było bardzo przećwiczone. Nasze kreacje krystalizowały się dopiero na planie. Było to ciekawe doświadczenie. Pan Andrzej miał duże poczucie humoru. Właśnie nim rozbroił stres, który towarzyszył mi na początku zdjęć.

Kim jest twoja bohaterka?

 - Hania to studentka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi. Myślałam o niej jako o trochę starszej i odważniejszej od innych studentów. Zakochuje się w swoim profesorze Władysławie Strzemińskim. On szalenie fascynował młodych. Otaczała go grupa oddanych mu studentów. Niestety nie mieliśmy dostępu do wielu tekstów źródłowych na ich temat. Ale pamiętam genialne archiwalne zdjęcia, które zobaczyłam w okresie przygotowań. Widać na nich Strzemińskiego otoczonego wpatrzonymi w niego studentami. Na tych zdjęciach bije od niego jakaś niesamowita energia. To musiało przyciągać jak magnes.

Czy polubiłaś kostiumy z początku lat 50-tych?

 - Tak, jak najbardziej. Świetnie pracowało mi się z Kasią Lewińską, która jest absolutną mistrzynią w swoich fachu. Poza początkową sceną, noszę właściwie jeden kostium: prostą czarną bluzkę, spódnicę i fioletowy płaszcz. Był genialny. W filmie, którego akcja rozgrywa się w latach 50-tych w Polsce, nie ma mowy o pokazie mody i przebieraniu się co scenę. Nasza współpraca opierała się na wzajemnej akceptacji. Gdybym się w czymś źle czuła, na pewno nie wypuściłaby mnie w tym na plan. Kostium musi być jak druga skóra.


Czy to ty wpadłaś na pomysł, żeby Hania miała kręcone włosy?

 - Nie. Kiedy przyszłam na pierwszą próbę, miałam bardzo długie włosy. Charakteryzator, Janusz Kaleja, zaproponował mi, aby je skrócić i zakręcić. Przyjęłam ten pomysł. Równolegle grałam w filmie "Zgoda" Macieja Sobieszczańskiego, do którego ta długość również pasowała. Nawiasem mówiąc, w "Zgodzie" w jednej ze scen włosy zostały obcięte do długości zaledwie kilku centymetrów. Teraz po roku wreszcie mi odrosły (śmiech).

Znalazłaś się w gronie 10 młodych i utalentowanych aktorów europejskich, których wyróżniono tytułem wschodzącej gwiazdy Shooting Star 2017. W związku z tym zostałaś zaproszona na festiwal filmowy w Berlinie. Jak zareagowałaś na to wyróżnienie?

 - Gdy się dowiedziałam, byłam wniebowzięta. To rzeczywiście było moje marzenie od kilku lat. Filmem, który zawarłam w aplikacji, był "Amok" w reżyserii Kasi Adamik. Moją kandydaturę zgłosił Polski Instytut Sztuki Filmowej.

"Zofia rozświetla ekran pogodnym współczuciem i wewnętrzną energią i zostaje w naszych oczach jeszcze na długo po tym, jak zgasną światła" - napisało jury w uzasadnieniu. Prawie jakbyś była dla nich powidokiem. Wyjaśnij proszę czytelnikom, czym są tytułowe powidoki z filmu Wajdy.

 - To koncepcja, która pojawia się w książce Strzemińskiego "Teoria widzenia". Jest omawiana na samym początku filmu. Kiedy się na coś patrzymy i szybko przeniesiemy wzrok na coś innego, to jeszcze przez sekundę widzimy zamazany kształt tego, na co patrzyliśmy wcześniej. Tym zjawiskiem jest powidok. Strzemiński mówił o tym na swoich wykładach, dopóki nie zostały one zakazane.

Rozmawiamy w wyjątkowo mroźny dzień. Powiedz na koniec, jaki jest twój sposób na przejmujące zimno?

 - Czasami oglądam na YouTube'ie wykłady genialnego mnicha buddyjskiego, który nazywa się Ajahn Brahn. Mówi on: "Kiedy jest ciepło, miej chłodną głowę. A kiedy jest zimno, miej gorące serce"(When it's hot, keep your head cool. When it's cold, keep your heart warm.). Ja o to gorące serce dbam otaczając się bliskimi. To od nich czerpię ciepło.



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje