Zygmunt Chajzer: Ryzyko się opłaca

Mnie zawsze zależało na tym, żeby ludzie wygrywali, a z drugiej strony musiałem być obiektywny. Czasami aż mnie korciło, żeby powiedzieć: "Co ty robisz człowieku? Przecież wszyscy widzą, że robisz źle, zmień decyzję", ale nic nie mogłem zrobić...


 EksMagazyn: Jak wyglądało pana dzieciństwo?

Reklama

Zygmunt Chajzer: - Urodziłem się na Pradze, w okolicach Zacisza. W tej chwili to integralna część stolicy, kiedyś były to głębokie przedmieścia. Pętla i ostatni przystanek autobusu nr 119 znajdowały się właśnie na Zaciszu. Dalej nie było już nic. Mama, jadąc na zakupy, mówiła, że jedzie "do Warszawy". Kilka pokoleń mojej rodziny jest związanych z tymi terenami. Dziadek przed wojną był dorożkarzem, więc miał tam swoją stajnię. Dzieciństwo było bardzo radosne, rozbiegane, chociaż pod względem materialnym nie było zbyt kolorowo. Rodzice wykonywali dosyć proste zawody, w domu nigdy się nie przelewało. Nie było to jakimś problemem - nie odczuwałem z tego powodu żadnych braków czy kompleksów. Generalnie można powiedzieć, że czasy były biedne. Wszyscy mieliśmy mniej więcej po równo.

  Dzieciaki pewnie nie bawiły się na placach zabaw...

- Mieliśmy swoje miejsca, wolne place niedaleko naszych domów, na których urządzaliśmy boiska. Ba! Powstawały całe stadiony, była bieżnia, skocznia, boisko do siatkówki. Nikt nie oczekiwał, że dostaniemy miejsce do grania - trzeba było samemu o to zadbać. Samodzielnie robiliśmy też przyrządy do ćwiczeń. Pamiętam sztangę, która składała się z metalowego pręta i odlanych w betonie odważników.

 Samodzielnie zrobiliście je z betonu?!

- Takie były czasy (śmiech). Ktoś zdobył trochę cementu, ktoś trochę piasku. Inwencja twórcza była dosyć mocno rozwinięta (śmiech). Sami konstruowaliśmy też przeróżne pojazdy np. sanie z płozami. Było w tym dużo radosnej twórczości, ale myślę, że jednocześnie rozwijającej.

  W co się bawiliście na podwórkach?

- Sport, sport i jeszcze raz sport. Wyścigi, biegi, gra w piłkę, jazda na rowerze, czasami jakieś dalsze wyprawy kolejką wąskotorową do Radzymina, na stawy. Kolejka jeździła w takim tempie, że można było wysiąść, nazbierać i jeszcze wsiąść do ostatniego wagonu. Parowóz z tej kolejki stoi do tej pory w Markach.

  Zdarzały się niebezpieczne zabawy?

- Owszem. Jazda na po zamarzniętym jeziorkach na przykład... Chociaż nawet jeśli ktoś wpadł do przerębli, to zazwyczaj po kolana w wodę, co groziło najwyżej przeziębieniem. Właściwie chyba nawet się nie przeziębialiśmy, bo byliśmy zahartowani. To były czasy dla twardych ludzi (śmiech).

  Przyjaźni się pan do tej pory z jakimś kolegą z dzieciństwa?

- Miałem przyjaciela, Janka Falkowskiego, który niestety już nie żyje. Był starszy o dwa lata i nauczył mnie wielu rzeczy. Wtedy były to całe lata świetlne, więc Janek był dużo mądrzejszy i umiał dużo więcej. Miał zdolności techniczne, więc kiedy budowaliśmy bobslej, imponował mi tym, że wiedział, jak się to tego zabrać. Był moim mistrzem.

  Jak wyglądały randki z dziewczynami?

- Wszystko działo się w sposób bardzo naturalny. Zapraszało się koleżankę do kina, na lody, na bitą śmietanę, na ciastko. Potem można było delikatnie wziąć ją za rękę i odprowadzić pod dom. Nie wiem, jak to teraz wygląda, ale kiedyś było chyba fajniej.

  W domu panowały surowe zasady?

- Rodzice dawali mi dużo swobody, za co jestem im bardzo wdzięczny. Wiedzieli, że głupot nie robię. W końcowych latach szkoły podstawowej byłem członkiem zespołu teatralnego, który działał przy Domu Kultury na Zaciszu, jeździłem na treningi sportowe. W domu pojawiałem się rzadko. Wychodziłem rano z książkami i często bywało tak, że wracałem późną nocą.

  Wszyscy uprawiali sport?

- Nie było pytania czy, tylko jaki. W którymś momencie bardzo popularnymi postaciami na Zaciszu stało się rodzeństwo zapaśników - Kudelscy. Zdobywali mistrzostwa Polski, mistrzostwa Europy i nagle wszystkie dzieciaki dookoła stwierdziły: "Zostaniemy zapaśnikami!!!" (śmiech). I ja też wpadłem na ten dziki pomysł. Zapisałem się do kółka zapaśniczego, udało mi się nawet zdobyć jakiś medal na mistrzostwach Polski i nawet dostałem się do kadry narodowej. Potem stwierdziłem, że to sport kompletnie nie dla mnie i owczy pęd do wszystkiego, co robią inni, to niekoniecznie dobry pomysł. Wtedy pojawiła się siatkówka, która towarzyszy mi do tej pory i jest najbliższa mojemu charakterowi. Gram od ponad 40 lat.

  Czy to prawda, że mam pan uprawnienia trenera siatkówki?

- Tak, skończyłem AWF i pierwszym moim zawodem jest trenerstwo. Dopiero potem pojawiła się politologia i dziennikarstwo.

  - Kiedy pojawiła się myśl, żeby zostać dziennikarzem? Na AWF wydawana była gazetka studencka "Miniatury", do której zacząłem pisać pierwsze artykuły. Bardzo mi się to spodobało. Naczelnemu też i przez ponad dwa lata redagowaliśmy wspólnie to pismo. Pierwszą moją współpracą dziennikarską była redakcja sportowa pierwszego programu Radia Polskiego. Potem zostałem przyjęty na próbę do redakcji "Sygnałów dnia" - tam zawsze byli potrzebni tacy wariaci, którzy wstaną o 3 w nocy i przygotują coś do audycji. Najstraszniejsze było to poranne wstawanie... Pierwszą godzinę programu zaczynaliśmy o 4. Trzeba było mieć sporo samozaparcia, żeby wstać, albo się nie kłaść. Na początku robiło się herbatę redaktorom (śmiech). Udało się przetrwać ten pierwszy, bardzo ciężki okres i tak jestem związany z radiem już ponad trzydzieści lat. Choć w innym miejscu. Radio ma coś w sobie. Ktoś powiedział, że to teatr wyobraźni i pewnie tak jest. Zresztą moja żona, tak naprawdę poznała mnie poprzez radio.

  Opowie pan całą historię?

- Najpierw znała głos, a dopiero potem człowieka (śmiech). Dorota słuchała "Lata z radiem" i mój głos na tyle się jej spodobał, że postanowiła poznać jego właściciela. Zgłosiła się do konkursu Miss Lata z Radiem, bo wpadliśmy na taki szalony pomysł, żeby wybierać miss, chociaż nie było ich widać (śmiech). Dorota wystartowała w tym konkursie. Miss nie została, ale za to dostała nagrodę pocieszenia w postaci męża (śmiech).

 

Syn Filip (wywiad ukazał się w 18. numerze EksMagazynu - przyp. red.) twierdzi, że pana żona jest najbardziej bezproblemową osobą na świecie...

- To prawda, jest optymistką i do tego nie przejmuje się drobiazgami. Nie dochodzi między nami do konfliktów w codziennych sprawach, bo one tak naprawdę nie mają znaczenia. Ważne jest zdrowie, fajne samopoczucie, harmonia, spokój i szczęście na co dzień. W związku z czym nie zawracamy sobie głowy tym, że ktoś się trochę spóźnił, czy zrobił nie takie zakupy jak trzeba. To nie są problemy.

  Są państwo przeciwieństwami?

- O tak. Absolutnie. Uwielbiam sport, Dorota go nie znosi. Ja jestem obieżyświatem, lubię zmienne sytuacje, wyjazdy, jestem takim niespokojnym duchem, natomiast Dorota, jakby mogła, to by najchętniej w ogóle z domu nie wychodziła. Albo wychodziła wyłącznie na spacery z psami, bo to jej ukochany świat. Różnimy się, ale to nie jest najważniejsze. Gdybyśmy chcieli przeciągnąć kogoś na swoją stronę, nastąpiłaby katastrofa.

  Jaka jest recepta na długi, udany związek w dobie szybkich rozwodów?

- Na początku musi być wybuch, eksplozja, kometa, która sprawia, że świat nagle zwariuje. Bez tego trudno ten związek poukładać. Później, oczywiście wszystko robi się spokojniejsze, codzienne. Liczy się umiejętność zaakceptowania odmienności, tolerancja i rzecz niezwykle ważna - poczucie humoru. Jeśli będą nas śmieszyć te same żarty, to mamy bazę na długie lata.

  A co pan sądzi o kryzysie męskości? Młodsze kobiety narzekają, że brakuje im męskiego, silnego ramienia...

- Bo czasy są inne. Kiedyś świat był pełen zasadzek i wymagał od nas dużo więcej, niż w tej chwili. Kiedyś brakowało specjalistów od naprawy samochodów, więc trzeba się było tego samemu nauczyć. Trzeba było brać na siebie większą odpowiedzialność, żeby to wszystko dobrze funkcjonowało. Teraz jest łatwiej i faceci chyba zbyt szybko i zbyt łatwo dają sobie odebrać inicjatywę, dają sobie wmówić, że na niczym się nie znają. Nieprawda, znam się, umiem, potrafię. Nawet, jak mi się czasami coś nie uda, spróbuję za drugim razem.

Teleturnieje to ogromne emocje.

- Podstawą są emocje i sukces może zagwarantować wielka ich amplituda - od kompletnej depresji po euforię. Bez emocji nie ma dobrego programu. Im większa jest ta różnica "od dołu do góry", tym lepiej. Wtedy utożsamiamy się z tymi, którzy są po drugiej stronie szklanego ekranu. Poza tym, widzowie lubią być mądrzejsi od tych, którzy coś wygrywają. No jak to? To ja powinienem być w tym programie, a nie ten beznadziejny uczestnik! Przecież od początku wiedziałem!

  Co jest najważniejsze dla ludzi biorących udział w takich programach: smak zwycięstwa, podziw tysięcy osób przed telewizorami czy materialna nagroda?

- Na początku na pewno jest nagroda, jako motywacja, świadomość tego, że za chwilę mogę stać się bogaty lub wygrać coś, o czym marzyłem. W którymś momencie nagroda chyba przestaje być taka istotna, a ważniejsza staje się chęć wygrania. Ma wyjść na moje. Bez względu na to, czy są to małe czy duże pieniądze, chcę pokazać, że jestem lepszy.

  Zdarzyło się, że któryś z teleturniejów bardzo komuś pomógł, zmienił czyjeś życie?

- Czy można zmienić swoje życie wygrywając przedmiot, mniejsze lub większe pieniądze? Chyba nie. Tylko od nas zależy, czy to życie potrafimy zmienić, natomiast zmieniała się sytuacja, w której znajdowali się ludzie. Jeśli w programie "Idź na całość" ktoś na wózku wygrał samochód, i jeszcze fundator tej nagrody dopasował auto do potrzeb tej osoby, to pewnie życie się zmieniło. Przynajmniej na jakiś czas. Ktoś wyjechał na fajną wycieczkę, ktoś sprawił sobie przyjemność za pieniądze, które wygrał. Dosyć często ludzie mówili, że pieniądze są im potrzebne, bo chcą spłacić długi czy kredyt. I jeśli wygrywali, spłacali je, było im trochę lżej.

  Udzielały się panu emocje uczestników?

- To była największa frajda! Mnie zawsze zależało na tym, żeby ludzie wygrywali, a z drugiej strony musiałem być obiektywny i w żadną stronę nie mogłem nic podpowiedzieć. Czasami aż mnie korciło, żeby powiedzieć: "Co ty robisz człowieku? Przecież wszyscy widzą, że robisz źle, zmień decyzję", ale nic nie mogłem zrobić.

  Zdarzały się trudne sytuacje?

- Mieliśmy taką niesamowitą sytuację w programie "Chwila prawdy". Polegał on na tym, że przez cały tydzień zawodnicy uczyli się wykonywać jakieś zadanie, a potem mieli je zaprezentować w studiu. Zadanie polegało na biegu po ruchomej bieżni i rzucaniu rzutkami do baloników w określonym czasie. Rozpoczyna się próba, zawodnik biegnie. Pierwszy balonik pęka, drugi też. Od trzeciego lotka się odbija, do czwartego on trafia, ale lotka znowu się odbija. Okazuje się, że trafił w 10 baloników, ale kilka z nich nie pękło. I co robić? Zawodnik schodzi i mówi: wygrałem! A ja nie wiem. Teraz musimy cofnąć się do regulaminu i sprawdzić, czy było w nim napisane: trafić czy przebić. Produkcja to sprawdza, Grzegorz, bo tak miał na imię ten człowiek, chodzi po bieżni i się nakręca. Cały czas cieszy się, że wygrał. Pomyślałem, jak będę mu musiał powiedzieć, że jednak nie, to mogę się żegnać z życiem... Tym bardziej, że wiedziałem, że on przez tydzień harował jak wół. Po kilkanaście godzin dziennie ćwiczył bieganie po tej bieżni, schudł z 15 kilogramów. Robi się gorąco... Po kilku minutach reżyser mówi mi do słuchawki: "Słuchaj on wygrał, ale utrzymaj napięcie do samego końca". Wracamy do programu i mówię: "Wprawdzie trafiłeś w 10 balonów, ale w regulaminie...", on podchodzi do mnie i za chwilę będzie dramat, "ale w regulaminie było napisane, że ... (napięcie sięga zenitu) wystarczy trafić. Wygrałeś". I ten chłop jak wyskoczył z radości w powietrze, to pofrunął na dwa metry, a potem skoczył na mnie. Mój kręgosłup ledwo to wytrzymał, ale co to były za emocje! Coś niesamowitego... Na tym polega siła tych programów...

  Prowadzenie teleturniejów wymagało zapewne umiejętności kierowania tłumem...

- Nawiązania kontaktu. Myślę, że mam w tym niezłą wprawę. Mam za sobą i przed sobą mnóstwo imprez live. Ponad 300 koncertów "Lata z radiem", które graliśmy w plenerach z udziałem czasami nawet 100 tysięcy ludzi. Poza tym lubię kontakt z publicznością, lubię nieoczekiwane sytuacje, w których trzeba sobie poradzić.

  Nie stresuje się pan?

- Stres zawsze powinien być. Jeśli podchodzi się zupełnie na luzie, będzie katastrofa. I zamiast powiedzieć alfabet, mówi się analfabet. Stres, koncentracja, skupienie są potrzebne w każdej takiej publicznej sytuacji, bo nigdy nie wiadomo, kiedy padnie grom z jasnego nieba i która klapka się w mózgu zamknie. A to się zdarza.

  Najtrudniejsza sytuacja, z którą zetknął się pan w pracy prowadzącego?

- Najtrudniejsza była chęć pomagania, a jednocześnie był na to zakaz. Przykre były sytuacje, kiedy sporo wiedziałem o sytuacji domowej uczestników. Wiedziałem, czy grają o pieniądze dla przyjemności, kaprysu czy dlatego, żeby np. zapłacić za leczenie. Smutne było, kiedy ludzie przegrywali, a ja wiedziałem, że to dla nich ważna przegrana.

  Który teleturniej miał najbardziej wymagająca dla pana jako prowadzącego formułę?

- Trudnym programem był "Moment prawdy", ten z wykrywaczem kłamstw. O zawodnikach, którzy zgłosili się do programu wiedzieliśmy więcej, niż oni sami o sobie. Na podstawie wywiadów środowiskowych, rozmów z rodziną, znajomymi, z kolegami z pracy, a do tego znaliśmy wyniki badań na wariografie. Wiedzieliśmy, kiedy skłamali, a kiedy nie. Coś, co było dla nas oczywiste, nie zawsze było oczywiste dla tego, który grał. Okazało się na przykład, że uczestnik programu ma skłonności homoseksualne, z czego on nie bardzo zdawał sobie sprawę. Wyszło to na jaw w programie, w obecności ludzi w studiu, rodziny i kilku milionów widzów. Ludzie dowiadywali się o zdradzie partnerów. Czasami bywało tak, że gasiliśmy kogoś, kto miał zbyt wybujałe mniemanie o sobie, ale to jeszcze było w porządku. Natomiast uświadamianie komuś jego słabości, zwłaszcza takich wypieranych, było bardzo trudne. Dla mnie był to stresujący program i trochę niedokończony. Miałem nadzieję, że zrobimy kolejną serię i uda się niej zaprosić osoby znane publicznie. Myślę, że wizerunek, który wiele gwiazd buduje wokół siebie, jest kompletnie inny od tego, co tak naprawdę siedzi w środku. To mogłoby być ciekawe. Przymierzamy się do wznowienia teleturnieju "Idź na całość". Mam nadzieję, że się uda. Ta zasada, że ryzykujesz i wychodzisz z czymś dużym, albo zadowala cię to małe, które masz i opuszczasz studio ze świadomością, że mogłeś mieć dużo więcej, na pewno zostanie zachowana. Sprawdzimy, kto jest predysponowany, do tego, żeby iść na całość.

  A pan co by zrobił?

- Ryzykowałbym. Uważam, że jeśli w życiu pojawia się szansa, nawet jeśli ona nie jest duża, to trzeba spróbować ją wykorzystać. Bo potem sami będziemy mieć do siebie żal, że było coś, co mogliśmy osiągnąć, a nie udało się tylko dlatego, że nie spróbowaliśmy.

 

Rozmawiała: Joanna Jałowiec

 

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.
Dowiedz się więcej na temat: Zygmunt Chajzer

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje