Moda lat 80.

Lata 80. to w modzie polskiej rozkwit niezwykłej inwencji twórczej Polaków (głownie jednak Polek), spragnionych kolorów i jakości. Na tle szaroburych uniformów serwowanych przez państwowe sklepy tekstylne wyróżniała się produkcja własna, rękodzieło.

Puste wieszaki zmuszały do uruchomienia wyobraźni, konieczności kombinowania, ale też miały swoją dobrą stronę. W tamtych czasach większość Polek - nawet nastolatek - umiało szyć, haftować czy dziergać na drutach i szydełku. Dziś te umiejętności niemal zupełnie zanikły, bogata oferta rynku odzieżowego nie wymusza przeróbek, a jeśli stają się one konieczne, to korzystamy z punktów krawieckich w galeriach handlowych i na osiedlach, które wykonają każdą usługę, i to błyskawicznie.

Moda na miarę PRL

Reklama

W tamtych czasach maszyna do szycia była jednym z podstawowych sprzętów domowych. Służyła do przerabiania starych ubrań i szycia nowych, pod warunkiem jednak, że było z czego. Sklepy z tkaninami, podobnie jak inne, na co dzień świeciły pustkami, a przyjaźń z ekspedientką bywała naprawdę bezcenna. Zdobycie materiału to jedno, ale potem zaczynały się "schody", ponieważ kupno zamka błyskawicznego, nici czy guzików w odpowiednim kolorze nie było łatwe.

Nie śledziliśmy wówczas modowych nowinek w kolorowych czasopismach ani na poświęconych modzie kanałach telewizyjnych, bo ich po prostu nie było. Tylko w niektórych gazetach dla pań pojawiały się rubryki dotyczące nowych trendów, ale i tak nie mieliśmy wtedy pewności, czy trendy te są na pewno nowe.

Wszystko, co docierało do Polski z Zachodu, było mocno spóźnione. Nawet filmy, które także bywały dla nas źródłem wiedzy o modzie. Wyjątkiem była publikowana w polskiej wersji językowej i znikająca jak ciepłe bułeczki "Burda" - niemieckie czasopismo z wykrojami. Towarem pożądanym stały się zagraniczne ubrania. Przyciągała ich jakość i inność. Jednak ich zdobycie graniczyło z cudem. Ratunkiem okazywały się niekiedy paczki od rodziny z USA czy Europy Zachodniej. Ci, którzy je dostawali, i ci, którym udało się wyjechać za granicę i przywieźć tekstylia, handlowali nimi na bazarach, ale ceny, jakich żądali, niejednokrotnie przekraczały możliwości portfela nie tylko młodego człowieka. Używane, ale ciągle w niezłym stanie ubrania i sprzęty można było kupić w komisach, które były bardzo popularnymi sklepami i powstawały głownie w dużych miastach. Na targowiskach znajdowaliśmy niekiedy zagraniczne czasopisma i katalogi zachodnich domów mody. Były to prawdziwe skarbnice trendów!

Epoka kiczu

Często widok uśmiechniętych, pięknie i kolorowo ubranych ludzi w zderzeniu z szarą polską ulicą potęgował uczucie beznadziei i wywoływał zazdrość. Te uczucia bywały jednak twórcze, bo chcąc być na czasie, uruchamialiśmy wyobraźnię. Skoro nie było kolorowych tkanin, trzeba je było wykonać domowym sposobem. Najlepsze do tego były pieluchy tetrowe. Z barwionych w kuchennych garnkach na różowo, turkusowo czy czerwono powstawały bluzki oraz zwiewne spódnice i sukienki ozdabiane zdobywanymi - nie bez problemów - cekinami, koralikami i frędzlami. Lata 80. to także czas noszenia zbyt dużych ubrań. Kobiety tonęły w obszernych grubych swetrach, potężnych marynarkach i szerokich płaszczach, które koniecznie musiały mieć wielkie poduszki wszyte w ramiona. Obowiązującym trendem była litera V. Im szerzej w ramionach, tym lepiej. W rozmiarach XXL zupełnie gubiła się sylwetka i kobiece kształty.

Mniej więcej w połowie dekady nadeszła epoka kiczu - dużych plastikowych klipsów, kolorowych makijaży, opasek na włosach, dresów (tzw. gnieciuchów) i najbrzydszych spodni, jakie kiedykolwiek wymyślono.

Marmurki, "odrzaki" i Dżinsy z Peweksu

Marzeniem nastolatków stały się dekatyzowane dżinsy inaczej zwane marmurkami, bo pokrywające je jasne plamy na granatowym tle przypominały marmur. Można je było wykonać chałupniczo. Dżinsy (a raczej podróbki zwane teksasami, bo te oryginalne można było dostać tylko w Peweksie) wycierało się pumeksem lub traktowało wybielaczem, co oczywiście nie pozostawało bez wpływu na ich trwałość. Popularne "dekatyzy" najczęściej nie miały klasycznego kroju, tylko modny wówczas fason - szeroko na górze i wąsko na dole. A przez to były jeszcze brzydsze...

W większych miastach działały sklepy zaledwie kilku firm odzieżowych, które w tamtych latach szyły dla Polaków i na eksport - głownie do krajów bloku wschodniego. Najczęściej jednak ubrania tych marek były drogie. Dlatego ogromną popularnością cieszył się stworzony przez Barbarę Hoff i kochany przez Polki Hoffland. Oferował on modne ubrania w przystępnej cenie. To stamtąd wyszły bananowe spódnice, sztruksowe i aksamitne marynarki, modne dzianiny i płaszcze z koca. Gdy w Hofflandzie pojawiał się nowy towar, przed firmowymi sklepami ustawiały się gigantyczne kolejki. Znane były przypadki wybijania szyb z okien wystawowych i interwencji milicji.

Inną znaną wtedy rodzimą marką byłą Moda Polska. Miała około 60 salonów. I choć stała się wówczas synonimem dobrego gustu, to jednak odzież była jedynie dla wybranych - z uwagi na bardzo wysokie ceny. Tym, dla których dżinsy z Peweksu stanowiły obiekt marzeń, musiały wystarczyć "odrzaki", czyli spodnie wzorowane na fasonach z Zachodu, ale z materiału, który dżins jedynie przypominał. Szyła je firma Odra, która w czasach Polski Ludowej przeżywała swój złoty okres.

Kultowe marki

Nie wszystkie zakłady odzieżowe przetrwały próbę czasu i zawieruchę przekształceń po 1989 roku. Wiele z nich upadło, nie wytrzymując konkurencji, zasad wolnego rynku czy prywatyzacji. Ale są takie, które szyją do dziś i wciąż cieszą się renomą. Należą do nich na przykład Vistula i Wólczanka. Zarówno w PRL-u, jak i teraz są kojarzone z dobrą jakością i elegancją, a klienci - i to nie tylko w Polsce - cenią garnitury i koszule tych marek.

W opowieści o latach siermiężnego komunizmu nie może zabraknąć zimowego symbolu PRL-u, czyli popularnych wtedy relaksów. Na czas mroźnej zimy, szczególnie że podróżowanie komunikacją miejską było wtedy powszechne, Polak musiał wyposażyć się w ciepłą odzież. Królowały kożuchy, futrzane czapki i właśnie relaksy. Nosiły je dzieci, nosili dorośli, bez względu na płeć. Grube kozaki z podeszwą niczym opona traktora zapewniały doskonałą przyczepność do podłoża. Występowały w kilku kolorach. Dzieci czasem narzekały, bo w relaksach nie można było uprawiać "łyżwiarstwa", czyli ślizgać się na zamarzniętych kałużach i jeziorkach, ale przynajmniej stopy były w nich zawsze ciepłe.

Przez jednych uwielbiane, przez innych znienawidzone, ale wspominane z rozrzewnieniem relaksy wracają! W wersji współczesnej. Rok 2011 to czas, w którym firma Wojas postanawia je odświeżyć i na fali powrotów do stylistyki lat 80. przypomnieć tę kultową markę. Nie tylko relaksy wróciły. Moda na trendy z lat 80. pojawia się co i rusz. I choć dla młodszych pokoleń niektóre tendencje z tamtych lat wydają się ciekawe i warte kopiowania, dzisiejsi około czterdziestolatkowie woleliby o nich zapomnieć.

Gdy przeglądamy zdjęcia z tamtych lat, oczywiście łza się w oku kręci - cóż, tęsknota za młodością jest rzeczą naturalną - jednak chwilę później przypominamy sobie dzisiejszy świat z jego możliwościami i natychmiast stwierdzamy, że teraz podobamy się sami sobie o wiele bardziej!

Dzisiejsza swoboda, łatwość, z jaką zdobywamy stroje i dodatki, oraz nieograniczony dostęp do informacji o najnowszych trendach pozwalają nam bez ograniczeń kreować swój wizerunek.

Fragment książki Beaty Tadli Niedziela bez Teleranka wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło.

Śródtytuły pochodzą od redakcji INTERIA.PL

Dowiedz się więcej na temat: lata 80. | moda

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje