Jak przygotować się do emerytury?

"Wybrać ZUS czy OFE? A może kupić złoto? Chyba lepsza byłaby lokata w banku! Tylko skąd pewność, że bank nie padnie...?" - takie pytania zadaje sobie wielu Polaków, którzy martwią się o finansową przyszłość.

Emerytura to dla wielu z nas odległa perspektywa, o której na razie staramy się nie myśleć. Jednak wizja bankructwa polskiego systemu ubezpieczeń społecznych, niski przyrost naturalny i masowa emigracja zarobkowa sprawiają, że nawet trzydziestolatkowie zastanawiają się, z czego będą żyć po zakończeniu pracy zawodowej.

Reklama

Konieczność wyboru między ZUS a OFE rozpoczęła dyskusję o tym, co może zapewnić nam godną starość. Bo skoro ZUS nie cieszy się naszym zaufaniem, to chyba pora wziąć sprawy we własne ręce.

Sama muszę zadbać o godną jesień życia

Elżbieta, 47 lat, inwestuje na własną rękę

- Nie wierzę doradcom finansowym. Każdy tylko zachwala swój produkt. Jaki właściwie mają interes w tym, żebym zarobiła? - zastanawia się Elżbieta, nauczycielka geografii. Jest przekonana, że w dzisiejszych czasach człowiek powinien liczyć tylko na siebie. I ewentualnie na rodzinę.

- Mój syn Czarek przekonał mnie, że pora zatroszczyć się o własną przyszłość. Im prędzej, tym lepiej. Ani się obejrzę, jak trzeba będzie skombinować sobie emeryturę. Bo na państwo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy. Moja matka pracowała zawodowo całe życie, a dostaje śmieszne pieniądze. Wystarczają tylko na podstawowe opłaty, więc muszę jej pomagać.

- Syn gra na giełdzie. Idzie mu raz lepiej, raz gorzej, ale odkłada na mieszkanie. Kiedy zobaczyłam, że ma zyski, zaczęłam zgłębiać temat. Czytałam o inwestowaniu, poznawałam zasady działania rynku, wypytywałam znajomych. Mąż umył ręce, powiedział, że najwyżej stracę spadek po babci, bo wspólnego majątku nie pozwoli tknąć. Ale uparłam się, że spróbuję...

- Zaczęłam od lokat bankowych. Krótkoterminowych, bo bałam się na dłużej zamrozić większe kwoty. Porównywałam oferty banków i studiowałam umowy. Zdanie po zdaniu, nawet te pisane najdrobniejszym drukiem. Mąż się wściekał, że na obiad znowu gotowe pierogi z garmażerki, ale mówiłam, żeby nie zawracał głowy, bo po pracy uczyłam się, co to jest kapitalizacja odsetek i czym różni się lokata progresywna od zwykłej.

Po dwóch latach Elżbieta z dumą oznajmiła rodzinie, że pomnożyła spadek po babci o kilka tysięcy złotych. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, zainteresowała się w obligacjami skarbowymi, czyli papierami wartościowymi emitowanymi przez Skarb Państwa: - Wybrałam czteroletnie i kupiłam je w PKO. Są podobnie oprocentowane jak lokaty, ale mniej się traci, kiedy chce się je wycofać przed czasem. Miałam nosa, bo dziewczyna Czarka zaszła w ciążę i trzeba było wyciągać pieniądze na ślub.

Mąż pogodził się z tym, że żona ma coraz to nowe pomysły na pomnożenie majątku. Zaczął jej nawet kibicować. Ostatnio Elżbieta zamierza tak jak syn spróbować szczęścia na giełdzie.

- To naprawdę nie jest aż tak skomplikowane. Najważniejsze to zachować umiar i zapomnieć o strachu. Mnie doświadczenia inwestycyjne wzmocniły. Przywróciły mi pewność siebie, dodały optymizmu. Nie boję się już przyszłości. Czarek obiecał, że pomoże mi z giełdą. A ja przyrzekłam, że połowę zysków odłożę na fundusz dla wnuka.

Oszczędzanie tak, inwestycje nie

Na pytanie: "Czy wierzysz w zadowalającą emeryturę z ZUS-u?", aż 88 proc. Polaków odpowiada przecząco. Lecz ponad połowa tych, którzy nie wierzą w swą dostatnią starość, nie robi nic, by samemu zatroszczyć się o przyszłość. Dlaczego? Jako powód podają brak środków.

Rzeczywiście, jak wynika z zeszłorocznego raportu OECD, pod względem oszczędności wleczemy się w europejskim ogonie. Wyprzedzają nas nie tylko kraje strefy euro, ale nawet Czesi, Węgrzy czy Słowacy. Tylko 1/3 Polaków odkłada, ale zazwyczaj nasza żelazna rezerwa to równowartość jednej pensji. Nic więc dziwnego, że z lękiem myślimy o chwili, kiedy przestaniemy pracować. Jedynie 6 proc. z nas ufa państwowemu ubezpieczycielowi, choć i 3 proc. z nich dodaje, że bezpieczniej jest mieć z czego dokładać.

Fachowcy zwracają uwagę na niski poziom świadomości finansowej. Według badań NBP, aż 72 proc. Polaków ma braki w podstawowej wiedzy na temat ekonomii. Skoro 51 proc. nie umie wyliczyć procentów, jak mogą zrozumieć zasady lokat i wysokości oprocentowania? Ale coś powoli drga w polskim portfelu, od niedawna oszczędności przybywa. Choć najchętniej trzymamy je na bieżących rachunkach w banku lub w domu. Niecałe 10 proc. z nich jest ulokowanych w funduszach inwestycyjnych, zaś w akcjach jedynie 6 proc. Polak uczy się więc oszczędzać, ale inwestować wciąż się boi.

Jestem patriotką, ale przede wszystkim realistką!

Olga, 35 lat, myśli o przeniesieniu firmy do Anglii

- Kocham swój kraj. Ale wygląda na to, że będę musiała przenieść firmę do Anglii, bo polskie podatki mnie dobijają - mówi Olga, drobna brunetka o wyglądzie nastolatki. A ponieważ, jak twierdzi, nie potrafi niczego poza rysowaniem, więc zawodu grafika nie porzuci.

Śmieje się, że szybciej nauczyła się malować niż chodzić. Kiedy w domu kończyły się kartki, mazała flamastrami po ścianach, a nawet liściach roślin doniczkowych. Studia na ASP były spełnieniem jej marzeń. Liczyła się tylko sztuka. Ale życie szybko pozbawiło ją złudzeń, bo po dyplomie długo szukała zajęcia, które pozwoliłoby jej się utrzymać. Wreszcie trafiła do agencji reklamowej: - Dobrze mi szło. Zaliczyłam dużo specjalistycznych kursów, podszkoliłam się w programach graficznych. Kiedy już poczułam się pewnie, zaszłam w ciążę. Z bliźniakami.

Córki Olgi mają pięć lat. Są o rok starsze od jej firmy, którą założyła, gdy po powrocie z urlopu macierzyńskiego okazało się, że jej etat przestał istnieć.

- Mój mąż, pracownik naukowy, zarabia niewiele. Tylko dzięki pomocy rodziców dało się żyć. Postanowiłam założyć działalność gospodarczą. Znalazłam świetną księgową. Pomogła mi przebrnąć przez rejestrację, wytłumaczyła z grubsza, o co chodzi z ZUS-em. Wstyd się przyznać, ale jedyne, co wcześniej do mnie docierało z finansowej rzeczywistości, to pojęcia: netto i brutto. Zrozumiałam, że to rodzaj analfabetyzmu. W tym kraju płaci się zbyt dużą cenę za ekonomiczną niewiedzę.

Nie wiem, śmiać się czy płakać...

Olga pracuje na zlecenie dla agencji reklamowych oraz wydawnictw, ilustruje książki dla dzieci. I to nie tylko w Polsce. Klientów ma m.in. w Korei i Japonii, gdzie bardzo cenią polskich ilustratorów. Zarabia nieźle, lecz nadal ledwo wiąże koniec z końcem.

- Mąż postawił na karierę naukową. Mamy nadzieję, że kiedyś będą z tego większe pieniądze, ale na razie Maciek dostaje grosze. Bierze wprawdzie chałtury, lecz to na moich barkach spoczywa ciężar utrzymania czterech osób. Wysupłanie ponad 1000 zł na ZUS co miesiąc to koszmar. Właśnie dlatego zaczęłam myśleć o przeniesieniu działalności do Anglii. Kosztuje to ok. 6 tys. zł rocznie, ale za to dostaje się obsługę biura, załatwianie wszelkich formalności, księgowość i wsparcie specjalistów.

- Transfer najlepiej załatwić przez zajmującą się tym firmę, a ja mam już jedną sprawdzoną i solidną - Olgę w przeniesieniu biznesu na Wyspy najbardziej kusi kwota wolna od podatku.

- W Polsce to zaledwie 3 tys. zł. W Anglii prawie 50 tys.! - tłumaczy podekscytowana. - Mogę oszczędzić rocznie co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy. Wystarczyłoby na dobrą prywatną szkołę dla dziewczynek. Patriotyzm patriotyzmem, ale żyć trzeba. A najważniejsze, że prowadząc firmę w Anglii, mam zagwarantowaną emeryturę i nie muszę sobie łamać głowy: OFE czy ZUS? Zresztą nigdy więcej moja noga w ZUS-ie nie postanie - już dla samej tej perspektywy warto zaryzykować.

- Wprawdzie muszę mieć też angielski adres i bywać tam przynajmniej raz do roku, lecz to się da załatwić. Jestem zła, że wykonuję takie akrobacje, ale nie mam wyjścia. Moi rówieśnicy jeszcze się emeryturą nie przejmują, ale dzieci sprawiły, że inaczej patrzę w przyszłość. Niedawno dostaliśmy z mężem prognozę wyliczenia naszych świadczeń. Nie wiedzieliśmy: śmiać się czy płakać?

Giganci uciekają na Cypr, szaraczki do Anglii

Przeniesienie firmy do kraju, w którym zapłacimy mniejsze podatki niż w ojczyźnie, staje się coraz bardziej popularne. Rachunek wydaje się prosty. Za granicą panuje dużo mniejsza biurokracja, a organy kontrolne mają do przedsiębiorców życzliwszy stosunek. Przede wszystkim jednak można na tym wiele zaoszczędzić.

Składki na ZUS w kraju to wydatek rzędu 10 tys. zł rocznie na osobę, a na przykład w Wielkiej Brytanii tylko od 800 do 1250 zł. Czyli zaledwie po roku od przeprowadzki mamy realny zysk. W dodatku do brytyjskiego systemu emerytalnego można zakwalifikować się już po pięciu latach.

Wizja pobierania świadczenia w funtach wydaje się tak kusząca, że siedzibę swej działalności w Anglii rejestrują coraz częściej także firmy mikro zatrudniające jednego lub dwóch pracowników. Z objęć naszego fiskusa uciekają najchętniej ci, którzy pracują przez internet. W drugiej kolejności firmy specjalizujące się w sprzedaży bezpośredniej.

A opłaca się to już przedsiębiorcom mającym obroty około 50 tys. zł rocznie. Trzeba tylko uważać na nieuczciwych pośredników, których jest, niestety, sporo. Najpotężniejsi także myślą, jak obniżyć koszty.

Niedawno media obiegła informacja, że LPP, właściciel marek Reserved, House czy Cropp, przeniósł swoje znaki towarowe na Cypr. To tzw. optymalizacja, która dzięki cypryjskim preferencyjnym stawkom podatków pozwoli zaoszczędzić LPP setki tysięcy złotych.

Najbogatsi Polacy są doskonale zaznajomieni z tą procedurą. Jan Kulczyk rozlicza się w Luksemburgu i Szwajcarii, Zygmunt Solorz-Żak także na Cyprze. A Michał Sołowow (trzeci na liście najbogatszych "Wprost") prowadzi spółkę w Luksemburgu i tam również odprowadza podatki.

Straciłam zaufanie do wszystkich instytucji

Jadwiga, 57 lat, chce utrzymywać się z wynajmu

- Mąż umarł trzy lata temu, dzieci nie mieliśmy - opowiada Jadwiga. - Przez większość życia nie pracowałam, bo Piotr prowadził znany zakład kowalstwa artystycznego i dobrze nam się wiodło. Ja zajmowałam się domem, pomagałam mu w papierkowej robocie i kontaktach z klientami. Kiedy dostał zawału, świat runął. Planowaliśmy prowadzić warsztat do jego 60. urodzin, potem używać życia. A zostałam bez męża, emerytury i dzieci, które by mi pomogły. Byłam przerażona.

Jadwiga sprzedała udziały w zakładzie wspólnikowi męża. Pieniądze postanowiła zainwestować. Spotkany na imieninach u znajomych kolega Piotra opowiedział jej o świetnym prywatnym funduszu inwestycyjnym. Zysk miał być niebagatelny, bo aż 20 proc. w skali roku, a lokaty krótkie, najwyżej trzymiesięczne. Wszystko wyglądało wspaniale. Zbyt wspaniale, jak się okazało.

- Spotkałam się z przedstawicielem funduszu w eleganckim biurze, rozmowa przebiegła profesjonalnie i w miłej atmosferze. Podpisałam umowę, po namyśle zostawiając sobie jednak część sumy, bo pomyślałam, że to nierozsądne lokować wszystko w jednym miejscu. Chyba Anioł Stróż mnie natchnął, bo zostałabym z niczym - wyznaje.

Kiedy po kilku miesiącach chciała wycofać pieniądze, okazało się, że fundusz był piramidą, a jego szef oszustem. - Okradł w sumie ponad sto osób - denerwuje się Jadwiga. - Trwa proces w sądzie, ale on kłamie w żywe oczy, że akceptowaliśmy ryzyko, a jemu nie udały się inwestycje. Dawno przestałam wierzyć, że odzyskam choć część moich pieniędzy.

Dziś Jadwiga nie chce słyszeć o powierzeniu oszczędności nawet państwowej instytucji. Uznała, że o ile nie będzie wojny ani trzęsienia ziemi, najpewniejszą lokatą kapitału są tradycyjnie nieruchomości.

- Po ciotce odziedziczyłam kawalerkę, w której mąż urządził swoje biuro. Zrobiłam generalny remont i teraz ją wynajmuję. Ale to nie koniec. Rozmawiałam z synem przyjaciółki, który dorabia jako złota rączka i właśnie znalazł jakąś ruderę w świetnym punkcie miasta. Ja mam jeszcze resztki oszczędności, wystarczą na wkład własny do kredytu. Kredyt weźmie on, bo ja już żadnego nie dostanę. Potem razem to mieszkanie odnowimy i sprzedamy, dzieląc się zyskiem. Ale choć znam go od dziecka, umowę spiszemy u notariusza. Bo ja już straciłam zaufanie do wszystkich i nie stać mnie na kolejne straty - mówi z żalem.

Chińszczyzna w banku

W ostatnich latach pojawiło się wiele nowych instrumentów rynku kapitałowego, niosących zarówno możliwości pomnożenia oszczędności, jak i ryzyko ich straty. Jak je zminimalizować?

Najlepiej zasięgając opinii niezależnego eksperta od finansów. Informacja, którą otrzymujemy od doradców, powinna być obiektywna i wyczerpująca. Bez niej zdecydowana większość Polaków zostanie na etapie ekonomicznego elementarza, czyli lokat bankowych. Okazuje się, że przeszkodą w inwestowaniu często jest hermetyczny język bankowy, który dla przeciętnego obywatela, nawet tego z wykształceniem wyższym, brzmi jak chiński. Ale i na to jest rada.

Możemy wziąć przykład z Wielkiej Brytanii, która w połowie lat 80. przeprowadziła Clear English Campaign, czyli Kampanię Czystej Angielszczyzny. W jej ramach namawiano firmy, by umowy zawierane z indywidualnymi klientami były pisane językiem potocznym, rozumianym przez wszystkich.

A skoro uproszczenie zawiłości urzędowego języka bankowego okazało się możliwe w Wielkiej Brytanii, dlaczego nie miałoby tak stać się i u nas? Polacy dojrzeli też do tego, by zaakceptować ewentualne ryzyko inwestycji. Boją się jednak, że padną ofiarą oszustwa.

W przeszłości nawet pozornie solidne fundusze z gwarancjami Skarbu Państwa, pozbawiały oszczędności swoich klientów. A dochodzenie sprawiedliwości na drodze sądowej kończy się w najlepszym wypadku karą więzienia dla nieuczciwych menedżerów, ale nigdy odzyskaniem choć części wkładów przez pechowych klientów.

Jaga Wojciechowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje