Najpiękniejsza kobieta świata - II

Druga część opowiadania Jerzego Pilcha "Najpiękniejsza kobieta świata".

3
Jeszcze po drodze, w taksówce, byłem absolutnie pewien, że zaraz popłynę. Byłem zmęczony, przemoknięty, głodny. (Prawie nigdy z nerwów nie jadam na bankietach, a tu na dodatek, zanim się na jakiś płatek sera zdążyłem zdecydować, całe żarcie zabrała powódź). Byłem sam, bo w desperacji szukania bezpowrotnie zaginionej gwiazdy ani mi powstało w głowie rozglądanie się za jakimś zastępstwem na wieczór. O to też byłem na siebie wściekły. W końcu parę bardzo efektownych dublerek, a nawet, można powiedzieć, parę bardzo odważnych i sprawnych kaskaderek przyzwoleńczo, bardzo przyzwoleńczo, przechadzało się po ogrodach.

Reklama

Ale teraz ogrody i miasto były w deszczu i ciemności. Temperatura spadła co najmniej o dziesięć stopni. Nie miałem ani jednego powodu, żeby się nie napić. Przeciwnie, miałem czternaście powodów, by się napić. W lodówce czekało czternaście pięćdziesiątek gorzkiej żołądkowej. Od pewnego czasu preferowałem tylko tak rozdrobniony i wygodny do rozparcelowania po kieszeniach bilon. Każdy z osobna z czternastu wymienionych powodów był dobry na początek i wszystkie razem dobre na koniec.

Zapłaciłem taksówkarzowi, wbiegłem do domu i tak jak mam to we zwyczaju, kiedy jest źle (a tym razem było bardzo źle), bez zdejmowania butów od razu poleciałem do lodówki, żeby jak najprędzej otworzyć, odkręcić, wypić, słowem, żeby wykonać trzy rytualne obrzędy, po których przestanie być źle. Ale zanim pogrążyłem się w obrzędowości, a nawet zanim doleciałem do lodówki, przypomniałem sobie o wiatrówce. Tak jest. Było sobie o czym przypomnieć. Miałem o czym pamiętać. A nawet powiem dobitniej: jest o czym opowiadać.

Tydzień temu spełniłem odwieczne marzenie mojego dzieciństwa, mojej młodości i mojej dojrzałości - kupiłem sobie strzelbę. Kupiłem sobie karabin pneumatyczny, zwany potocznie wiatrówką. Od tygodnia jestem posiadaczem olśniewającej hiszpańskiej flinty marki Norica. Od tygodnia przykładam gładką kolbę z wiśniowego drewna do policzka, unoszę czarną oksydowaną lufę ku górze i moje roztrzęsione ręce uspokajają się, i moje słabnące oczy z powrotem widzą każdy szczegół. Odbezpieczam, pociągam za spust i wszystkie zestrzelone przeze mnie na odpustach, w wesołych miasteczkach i parkach sztuczne kwiaty, lepkie lizaki i biało-czarne fotografie gwiazd filmowych fruwają wokół mojej głowy. Wszystkie zapałki, patyczki i szklane rurki, które w napotkanych na drodze żywota strzelnicach (a nie omijałem żadnej) udało mi się przestrzelić, wirują pod sufitem. Wszystkie tarcze, do których udało mi się trafić, nadlatują niczym eskadry papierowych jaskółek. Nie chciałbym być ordynarnie sentymentalny, ale ładuję moją strzelbę (kupiłem, ma się rozumieć, znaczny zapas amunicji), przymierzam się do strzału, słyszę metaliczny szczęk i jestem szczęśliwy - jak byłem w dzieciństwie.

Zanim tedy doleciałem do lodówki, przypomniałem sobie o mojej broni i postanowiłem jednak na nią wpierw zerknąć, przekonać się, czy to prawda, że jest. Wciąż miałem poczucie nierzeczywistości. Dla ludzi mojego pokolenia wiatrówka należy do kategorii tych przedmiotów, które, jak nam się zdawało, nigdy zwykłym śmiertelnikom nie będą dostępne. W jakichś pilnie strzeżonych arsenałach było miejsce takich rarytasów. Tylko najbardziej uprzywilejowani i najwyżej stojący mieli do nich dostęp, a i oni nie zawsze mogli zabierać je do domu. Nawet właściciele odpustowych strzelnic, często zaniedbani, zarośnięci, cuchnący alkoholem sprawiali (może przez to tym bardziej) wrażenie przynależnych do jakiegoś ciemnego aeropagu. Zdawało się, że tak będzie zawsze, że zawsze trwał będzie świat niedostępnych wiatrówek. A tu proszę, świat się zmienił i moja własna nieskończenie piękna hiszpanka stoi oparta o ścianę. Poza wszystkim, jakiż to jest w swych celowościach nieskończenie harmonijny przedmiot!

Zapaliłem światło w pokoju - była. Ona jest. Bez zdejmowania butów, bez przebierania się (i bez zaglądania do lodówki) zbliżyłem się, ująłem, złamałem, naładowałem i zacząłem strzelać.

Jak człowiek staje się posiadaczem broni (nawet tak, jak chcą niektórzy, dziecinnej jak wiatrówka), zmienia się obraz świata. Świat przeistacza się w zbiór celów. Jak masz strzelbę, to z automatu zaczynasz przyglądać się światu pod kątem strzeleckiej przydatności. W nieskończonej liczbie tworzących powierzchnię rzeczywistości przedmiotów zaczynają się liczyć tylko te, które są dobre do odstrzału. W tym znaczeniu żarówka pod sufitem przestaje być żarówką, a staje się doskonałym i bardzo kuszącym celem. Gołąb na parapecie nie jest już tylko gołębiem, pień drzewa przestaje być wyłącznie pniem, puste pudełko po papierosach jedynie pustym pudełkiem po papierosach itd. W moim przypadku żółte nakrętki na butelkach coca-coli w wyjątkowo radykalny sposób przestawały być żółtymi nakrętkami samymi w sobie, a stawały się olśniewającymi narkotycznymi celami. Na balkonowym parapecie umieszczałem karton, w karton wbijałem ołówek, na ołówku wieszałem nakrętkę i z głębi pokoju: Cel! Pal! Cel! Pal! Cel! Pal! Ponieważ jestem - pragnę dodać - uzależniony od coca-coli, nakrętek mam zawsze spory zapas.

Dowiedz się więcej na temat: ziemie | ITD | niebo | wiatrówka | fiat | PSY (Park Jae-Sang) | świat | miliard | Brzeg | Bóg

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje