Nie byliśmy dla siebie stworzeni

Dla Mariusza, typa spod ciemnej gwiazdy, byłam w stanie zrobić wszystko...

Londyńskie ulice były szare i mokre od dobrych kilkunastu dni. Głowę skuliłam w ramionach i starałam się ochronić przed kroplami starannie wytuszowane rzęsy. Do stacji metra miałam jeszcze dobry kawałek.

Reklama

- Monika? - ktoś złapał mnie na łokieć, a ten głos...

Obróciłam się gwałtownie.

- Ewa? To ty? - poczułam, że blednę.

Siostra Mariusza, mojego eks. Była ostatnią osobą, którą spodziewałabym się tutaj spotkać.

- Dziewczyno! - Ewa uśmiechnęła się. - Więc tu się ukryłaś!

- Ukryłam?

- No, zniknęłaś tak nagle... Dzwoniłam nie raz, ale chyba zmieniłaś numer.

- To zabronione? - najeżyłam się.

- Nie, no coś ty... - Ewie wyraźnie zrobiło się głupio. - Monia... No wiesz, kumplowałyśmy się...

- Nie mów, że tęskniłaś.

- Żebyś wiedziała, że tak - zaprotestowała gwałtownie i nie wyczułam w tym ani grama fałszu.

- Przepraszam cię - powiedziałam. - Ja po prostu... - machnęłam ręką.

- Serce wciąż się nie zrosło? Monika, przecież wiesz, ile bym oddała, żebyś wciąż żyła z moim bratem. Naprawdę byłaś dla niego najlepsza.

- To już przeszłość... - szepnęłam.

- Masz chwilę? Może wejdziemy do jakiejś knajpki? Wypijemy kawę, pogadamy  - zaproponowała Ewa.

Zawahałam się.

- Proszę...

- Dobra, niedaleko jest przyjemny pub. Usiadłyśmy przy stoliku pod oknem.

- Najpierw powiedz, co tu robisz - poprosiła Ewka, kiedy kelnerka podała nam parującą, aromatyczną kawę.

- Mieszkam. Pracuję. Staram się jakoś żyć - rzuciłam.

- To był dobry pomysł, że wyjechałaś, powiem ci. W takich sytuacjach kobieta właśnie to powinna zrobić. Uciec, odciąć się, zmienić środowisko, zmienić wszystko. Gdzie pracujesz?

Siedząc naprzeciwko Ewy, opowiadając o swojej pracy i patrząc w jej oczy, tak samo niebieskie jak oczy jej brata, poczułam dziwną radość.

- Tak jakbym widziała Mariusza... - wyrwało mi się.

- Monika... - Ewa chwyciła mnie za rękę i ścisnęła mocno. - On na ciebie nie zasługiwał. Zaczęłaś nowe życie, jesteś młoda, piękna, zapomnisz. I spotkasz kogoś wartościowego. Taka dziewczyna jak ty i mój brat... To właściwie nie miało prawa się udać.

- Może - potrząsnęłam głową. - Powiedz lepiej, skąd tu się wzięłaś?

Ewka zaśmiała się gorzko.

- Miałam podobne przejścia co ty.

- Serio? - zamrugałam.

- Przerosło mnie to wszystko. Rodzice są załamani, a Mariusz już tyle czasu siedzi w więzieniu...

Te słowa były jak uderzenie obuchem w głowę.

- W więzieniu?

- No chyba wiedziałaś... - Ewka odchyliła się na krześle.

- Miałam świadomość, co robił, ale nie wiedziałam wszystkiego...

- Mój Boże, przecież on dostał wyrok ze sto czterdziestego ósmego. Zabójstwo...

Poczułam, że mi słabo.

- Przepraszam cię na chwilę - podniosłam się od stolika.

Na trzęsących się nogach dotarłam do toalety. Puściłam zimną wodę, zanurzyłam w niej twarz. Tusz spływający po policzkach mieszał się ze łzami. Więc posadzili go za to zabójstwo? Jak to? Dlaczego? Jakim prawem?! Przecież tego nie zrobił!

Kiedy wróciłam do stolika, Ewa wypiła już swoją kawę.

- Płakałaś? Rany, Monika... Ale teraz sama widzisz. To nie był facet dla ciebie...

- Posłuchaj - przerwałam jej w pół zdania. - Dam ci moją wizytówkę. Proszę - podałam kartonik. - Zadzwoń do mnie za jakiś czas. Przez chwilę mnie nie będzie w Londynie, bo jutro wyjeżdżam.

- Dokąd? - zdumiała się.

- Do Polski - odpowiedziałam. - Mariusz tego nie zrobił - rzuciłam i skierowałam się w stronę wyjścia, zostawiając zdumioną Ewkę.  

- Monika?! - usłyszałam jej krzyk za plecami. - Monika, poczekaj!

Nie czekałam. W strugach deszczu pobiegłam z powrotem do firmy. Musiałam złapać jeszcze szefa, ubłagać go, żeby dał mi parę dni wolnego. Potem dopadłam do swojego komputera i zabukowałam najbliższy lot do Warszawy, pozbawiając się moich marnych oszczędności.

Nie mogłam spać całą noc. Wszystko wróciło, jakbym przeżywała to nie dalej niż wczoraj...

Mariusz nie pasował do mnie pod żadnym względem. Nie ukończył szkół, nie znał języków i wyglądał jak bandyta. Bo był bandytą. Wiedziałam o tym od samego początku, bo chłopcy z miasta cieszyli się wątpliwą, ale jednak sławą. Znali ich wszyscy. Również ci, którzy byli na tej dyskotece, na którą poszłam z koleżankami ze studiów.

- Uwaga, mafia - rzuciła Marta.

Oczywiście natychmiast spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam prawdziwego mężczyznę. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na krótki moment i właśnie w tym momencie zupełnie straciłam głowę.

Podszedł do mnie chwilę później i poprosił do tańca. Nie zważając na zatrwożone miny koleżanek, podałam mu dłoń. Przetańczyliśmy całą noc. Tak to się zaczęło.

Nigdy nie kochałam nikogo tak bardzo. Jego ramiona, plecy, mocno zaciśnięte szczęki, siła, zdecydowanie, nawet jego mrukliwość - to wszystko doprowadzało mnie do szaleństwa, o które nawet się nie podejrzewałam. Pierwszy raz czułam coś podobnego i oddałam mu całą siebie. Nie zwracałam uwagi na komentarze, na żadne ostrzeżenia. Po zajęciach wsiadałam do jego BMW i jechałam tam, dokąd miał akurat ochotę mnie zawieźć.

Był starszy ode mnie, zamknięty w sobie i otoczony tajemnicą, przez którą ja - zakochana małolata - usiłowałam się przebić. Czasem w swojej naiwności myślałam, że to już. Że to właśnie ten moment. Że go mam.

A tak naprawdę nie miałam go nigdy. Owszem, poznałam jego rodziców i jego siostrę. Ewa na początku trzymała dystans, ale z czasem bardzo się polubiłyśmy. Ona jedna nie dociekała, nie ostrzegała mnie, nie komentowała.

Wiedziałam, że Mariusz ma pieniądze, których pochodzenie wciąż pozostawało dla mnie zagadką. Przestałam pytać, skąd je bierze, kiedy tylko zorientowałam się, że to go denerwuje.

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy - powtarzał. - Lepiej ucz się do egzaminu.

Koleżanki ze studiów odsunęły się ode mnie, plotkowały za moimi plecami. Miałam to gdzieś, bo miałam jego. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Okazało się, że nie traktował mnie poważnie. Nie żeby się zabawił, to nie tak... Po prostu nie byłam dla niego dość dojrzała, tak to sobie potem tłumaczyłam.

- Monika, nie pasujemy do siebie - powiedział tego strasznego wieczoru. - Mądra z ciebie dziewczyna, zaraz skończysz studia. Masz przed sobą całe życie, a ja...

- A ty co?! - starałam się być silna, bo powtarzał, że tylko takie kobiety lubi.

Głos jednak mi drżał. Nie potrafiłam ukryć emocji, tego strasznego bólu, który rozsadzał mi serce.

- A ze mną nic nie wiadomo - otarł łzę toczącą się po moim policzku.

Nie potrafiłam się powstrzymać, chwyciłam jego rękę, zaczęłam ją całować w niemym błaganiu.

- Przecież możesz się zmienić, sporządnieć - przemawiałam do niego, jakbyśmy byli przedszkolakami. - Przecież mnie kochasz...

- Moniczko...

- Nie kochasz mnie?

- To nie tak... - wymigiwał się.

- Więc znajdź pracę, taką uczciwą...

Ten uśmiech błąkający się po jego ustach... Do teraz widziałam każde drżenie mięśnia.

- Nie jesteśmy dla siebie stworzeni. To od początku był błąd, nie powinienem...

- Więc to już koniec? - płakałam, nie mogąc zrozumieć, że to się naprawdę dzieje. - Nie znałam cię! - wyrzuciłam z siebie.

- Może to i lepiej - odparł, zakładając kurtkę. - Chodźmy, odwiozę cię do akademika.

- Wal się! - wykrzyknęłam, bo czułam złość niczym mała dziewczynka.

Mariusz wstał od stolika, skierował się do wyjścia. Nie wyglądał najlepiej, co później analizowałam na sto sposobów. Wciąż miałam nadzieję, że do mnie wróci. Na dźwięk dzwonka w telefonie serce omal wyskakiwało mi z piersi, bo myślałam, że to on. Nigdy jednak nie zadzwonił. Ale wtedy, z restauracji, w której ze mną zerwał, nie wyszedł od razu. Zatrzymał się w pół drogi, zawrócił. Podszedł do mnie, ale widziałam go przez łzy.

- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć - powiedział.

I dopiero wtedy wyszedł.

Boże, jak rozpaczałam... Jak tęskniłam... W środku nocy potrafiłam podjechać pod mieszkanie, które wynajmował w centrum, żeby zobaczyć światło w salonie. Musiałam wiedzieć, że tam jest.

Dopiero po kilku tygodniach wzięłam się w garść. Smutek zamienił się we wściekłość. Zmusiłam się, żeby zająć się nauką, jakoś obroniłam pracę magisterską, choć kiedy ją pisałam, guzik mnie obchodziła analiza cząstek białkowych, które były jej tematem. Myślałam tylko o Mariuszu i tak naprawdę nie potrafiłam skupić się na niczym więcej. Tłumaczyłam sobie, że go nienawidzę, że zrobił mi krzywdę i że nie zasługuje na ani jedno wspomnienie, ale efekt był taki, że wciąż myślałam tylko o nim.

Którejś nocy, zaraz po obronie magisterki, pojechałam nocną linią pod jego dom. Bardzo go potrzebowałam, tęskniłam, a on powiedział, że mogę na niego liczyć...

- Monika? - otworzył drzwi dopiero po dłuższej chwili.

Musiał przysnąć przed telewizorem, jak to miał w zwyczaju. Teraz stał przede mną, przecierając zaczerwienione oczy. Miał bose stopy, a na sobie dżinsy i białą podkoszulkę, a ten widok sprawiał mi fizyczny ból, chciałam, żeby mnie przytulił.

Nagle poczułam się jak idiotka.

- Coś się stało?

Mój Boże, nie spodziewałam się takiego pytania, takiej reakcji. Obojętnej, porażająco neutralnej.

- Jak tu przyjechałaś?

- Nocnym autobusem.

- Nie powinnaś jeździć sama w nocy... Wejdziesz? - powiedział sucho, otwierając szerzej drzwi.

Nie takiego zaproszenia pragnęłam. On mnie tutaj wcale nie chciał, po prostu był na tyle przyzwoity, że zaproponował mi schronienie. Zrozumiałam, że wygłupiłam się tylko. Nie zależało mu na mnie i pewnie nigdy mnie nie kochał...

- Przepraszam - obróciłam się na pięcie.

- Monika!

Zbiegłam po schodach, połykając łzy.

To wtedy postanowiłam wyjechać. Następnego dnia kupiłam bilet na samolot. Mama akurat przelała mi pieniądze na kolejny miesiąc życia w stolicy, ale ja nie zamierzałam zostawać tu ani chwili dłużej. Po prostu nie mogłam. I kiedy ściskałam bilet w ręce, czułam moc, jakiej dawno nie doświadczałam. Otwierałam właśnie kolejny rozdział, a Mariusz... Niech go szlag!

Telefon zadzwonił tuż przed moim wyjazdem. Odebrałam, nie patrząc, kto to, bo Mariusza już się nie spodziewałam. Jednak to był on.

- Musisz mi pomóc - powiedział bez zbędnych wstępów.

- Ja? - prychnęłam. - Tobie?

- Pamiętasz tę noc, kiedy do mnie przyszłaś?

Nie chciałam pamiętać. Ale jednocześnie poczułam, że miękną mi nogi. Przecież tak naprawdę nie byłam wyleczona.

- A co? - zapytałam łagodniej.

- Musisz zeznać, że u mnie byłaś...

- Zeznać? - zdziwiłam się.

Spodziewałam się czegoś innego.

- Jestem oskarżony o coś, w czym nie brałem udziału. To się wydarzyło właśnie wtedy... Między drugą a trzecią nad ranem tej nocy.

Pamiętałam dokładnie, że z autobusu wysiadłam dwadzieścia po drugiej. Potem chwilę kręciłam się pod jego mieszkaniem, więc na górę weszłam pewnie przed trzecią.

- Proszę, maleńka, przyjedź do prokuratury. Powiedz o tym. To dla mnie sprawa życia i śmierci.

- Słucham? - wciąż nie rozumiałam.

- Jestem oskarżony o zabójstwo, w którym nie brałem udziału, Monika!

Nagle poczułam gniew. Jak śmiał mnie prosić o coś takiego?! Zrobiłam z siebie idiotkę przed nim, a teraz miałam błaźnić się jeszcze przed jakimś prokuratorem?

- Ale przecież tego nie zrobiłeś...

- Nie.

Wiedziałam, że mówi prawdę. Znałam go na tyle... Ale co mnie to teraz obchodziło? Dlaczego miałabym mieszać się w coś takiego? Byłam dla niego nikim. Zerem. Wyłącznie przeszłością.

- Wiesz co, Mariusz? Znajdź sobie innego świadka, OK? Ja już nie mam dla ciebie czasu, bo jutro rano wyjeżdżam, żeby zapomnieć o tobie raz na zawsze - rozłączyłam się, a on drugi raz nie zadzwonił.

Przez jakiś czas miałam wyrzuty sumienia, że mu nie pomogłam, ale jednocześnie do głowy by mi nie przyszło, że człowieka można wsadzić do więzienia za coś, czego nie zrobił...

W Warszawie prosto z lotniska pojechałam do prokuratury. Mężczyzna, który prowadził jego sprawę, wysłuchał mnie uważnie...

Minęło kilka tygodni. Nie wiem, jak to się stało, ale w moim życiu zaszły pewne zmiany... I właśnie wtedy do mojego londyńskiego mieszkania przyszło pismo. W związku ze wznowieniem postępowania w sprawie Mariusza miałam stawić się w warszawskim sądzie.

List otworzyłam rano, kiedy usiedliśmy z Johnem do śniadania.

- Jesteś pewna, że dasz radę? - zapytał mój chłopak z troską w głosie.

Nie myślałam, że w ogóle się zakocham, a jednak stało się, i to tak szybko... Może dlatego, że John był wyjątkowy...

- Chciałabym, żebyś pojechał ze mną - popatrzyłam w jego dobre, brązowe oczy. - Zadzwonię do Ewy, pewnie też będzie chciała tam być...

Raz na zawsze zamknę tę sprawę.

 

Monika D., 26 lat

Dowiedz się więcej na temat: gangsterzy | historia związku | morderstwo | Życie | mężczyzna

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje