Niepijące, ale uzależnione

Miałam poczucie, że życie polega na tym, żeby cierpieć. Być w jakiś sposób nieustannie nieszczęśliwą i robić dużo, dużo rzeczy, żeby o tym poczuciu nieszczęścia na chwilę zapomnieć. Później odkryłam, że to właśnie współuzależnienie.

Agnieszka

35 lat. Mieszka w Warszawie. Jest szefową jednego z oddziałów dużego banku. Wysoka, okrągła brunetka z długimi włosami. Zawsze nienagannie ubrana: garsonka i buty na obcasie, ale nie za wysokim, takie, żeby można było w nich przechodzić cały dzień. Matka dwójki dzieci. Mężatka. Rozwiedziona. Mówi o sobie: Jestem DDA i na szczęście już jestem tego świadoma.

Joanna

Reklama

32 lata. Mieszka w Krakowie. Jest przedszkolanką. Wysoka blondynka o bardzo kobiecej, zgrabnej figurze. Prawie nigdy nie zakłada spódnic ani sukienek. Zwykle ubrana w spodnie na kant i ciemny sweterek. Jak mówi, źle czuje się w kolorach innych niż brązy i szarości. Zaręczona. Nazywa się "genetyczną niepijącą alkoholiczką".

Agnieszka: Miś i wino

Pamiętam nieprzespane noce, kiedy czekałam w swoim pokoju na powrót ojca. Zawsze wracał pijany. A kiedy wracał trzeźwy, robił w domu awanturę. Po pijaku zwykle zasypiał. Wszędzie: w kuchni, w łazience, czasami na klatce schodowej. A ja, każdego wieczoru czekałam na to, żeby przyszedł, zapytał, czy dostałam piątkę w szkole, żeby się mną zainteresował. Czasami przynosił czekoladę albo batonika, zwykle pogniecione i połamane, czasami śmierdzące alkoholem, bo akurat miał je w torbie z butelką, której nie domknął pijąc w drodze do domu...

W moje 13 urodziny czekałyśmy na niego z mamą i z tortem, takim śmietankowym, z truskawkami, bo bardzo lubię truskawki. Miał przyjść wcześniej z pracy i mieliśmy wszyscy razem pojechać do dziadków. Oczywiście ojciec nie pojawił się w domu. Wrócił nad ranem. Pijany. Przyniósł mi białego misia. Niósł go w torbie z otwartą butelką wina, więc miś był mokry, śmierdział alkoholem i nie był już do końca biały... Wręczył mi go ledwie trzymając się na nogach. Mama później próbowała uprać tego misia, ale plamy z wina nie zeszły... Mam go do dziś.

Joanna: Piwo dla 8-latki

Matka piła odkąd pamiętam. Jako dziecko, a nawet jeszcze jako nastolatka, nie widziałam w tym niczego złego. Może dlatego, że długo nie widziałam jej pijanej do nieprzytomności. Może bardziej się pilnowała, a może po prostu na początku nie piła aż tak dużo i jakoś mogła to kontrolować...

Matka pracowała z ojcem za granicą, kiedy siostra i ja byłyśmy małe, zajmowali się nami wujkowie i ciocie. Kiedy miałam 16 lat, zostawałam głową rodziny na dwa, trzy miesiące, kiedy rodzice wyjeżdżali zarabiać. Ojciec zawsze twierdził, że to właśnie za granicą mama zaczęła pić. Ale długo nie widział problemu - kilka głębszych na dobry sen, od czasu do czasu impreza ze znajomymi. Kiedy rodzice wracali, spędzali w domu kilka tygodni. I tu było tak samo - kilka piw na dobranoc, późne wstawanie, odwiedziny gości i wódka.

Ale nadszedł taki czas, że zaczęłam zauważać, że coś jest nie tak. Kończyłam wtedy liceum. Matka zaczęła być coraz bardziej zdenerwowana, nie interesowały jej nasze szkolne historie, coraz częściej zdarzało się tak, że, jak już była w domu, a nie za granicą, nie wstawała rano, żeby zrobić siostrze i mnie śniadanie i kanapki do szkoły. Robiłam je sama, umiałam to. Czasami, kiedy wracałam do domu wcześniej, bo nie było lekcji, matka jeszcze spała. Pewnego dnia, robiąc zakupy, usłyszałam od sprzedawczyni w naszym osiedlowym sklepiku, żeby rodzice nie wysyłali mojej młodszej siostry po alkohol, bo inni kupujący zwracają jej uwagę, że podaje alkohol 8-latce...

Nie minęło kilka miesięcy, a matka zaczęła pić oficjalnie. Przy obiedzie piwo, przy kolacji wino, a wieczorem, przy oglądaniu telewizji - wódka. Upijała się tak, że często albo ojciec musiał zanosić ją do sypialni, albo spała zwyczajnie w fotelu przed telewizorem.

Była na odwyku kilka razy, kilka razy sprzątaliśmy dom z każdego możliwego alkoholu. Kilka razy, przez kilka tygodni wydawało się, że wszystko wróci do normy. Zawsze jednak wszystko wracało na stare tory.

Pamiętam doskonale dzień, kiedy znienawidziłam swoją matkę do końca życia i przyrzekłam sobie, że nigdy nie wezmę alkoholu do ust. Wróciłam wcześniej ze szkoły, siostra została w domu, bo miała grypę. Weszłam do mieszkania, zawołałam matkę, jak zwykle, nikt mi nie odpowiedział. Poszłam do siostry, miała straszliwą gorączkę, majaczyła. Pobiegłam do pokoju rodziców, nikogo tam nie było, zadzwoniłam po tatę. I zajrzałam do łazienki. Matka leżała nieprzytomna na podłodze. W swoich wymiocinach. Wypiła perfumy i spirytus kosmetyczny, bo w domu nie było innego alkoholu... Od tego czasu nie przypominam sobie, żebym z nią rozmawiała czując coś innego niż obrzydzenie.

Agnieszka: Dwa odwyki

Marka poznałam na studiach. Był wulkanem energii. Studiował prawo, był jednym z najlepszych studentów na roku. Rodzina - z dwupokoleniową tradycją prawniczą. Byliśmy parą przez cztery lata - to było "to" - mężczyzna moich marzeń. Wiedziałam, że on i nikt inny. Po prostu. Był ideałem. Zaradny, opiekuńczy, rodzinny, chciał mieć do najmniej dwójkę dzieci, dokładnie, jak ja.

O tym, że pije dowiedziałam się kilka lat po ślubie... Może nie chciałam tego widzieć. A może po prostu był sprytny...

Ślub był jak z bajki, huczne wesele, podróż poślubna na Tajlandię. Nowe duże mieszkanie i pierwsza ciąża rok po ślubie. Żyłam w bajce. Ale, kiedy pojawiło się dziecko, coś zaczęło zgrzytać. Marek dużo pracował, coraz więcej. Po kilkanaście godzin dziennie. Wracał coraz bardziej podenerwowany. Robił awantury o byle co, coraz częściej, podnosił głos, krzyczał, kiedy dziecko wieczorem płakało, bo był zmęczony i nie mógł odpocząć. Kilka razy zdarzyło się, że w środku nocy koledzy odprowadzali go prawie nieprzytomnego. - Ciężko pracuje, ma dużo stresów, musi odreagować - myślałam. - Przejdzie, jak dziecko podrośnie, będę miała więcej czasu, pójdę do pracy, odciążę go trochę...

Niestety, szybko zaszłam w drugą ciążę. Wtedy już zaczął się koszmar. Marek pił prawie codziennie, z kolegami na mieście i po powrocie do domu. Kiedy byłam w ósmym miesiącu ciąży, stracił pracę. Przez alkohol. Siedział w domu i nie trzeźwiał. Kiedy zaczęłam rodzić, nie było go w domu, bo właśnie spotykał się z kolegami. Pojechałam do szpitala taksówką, z moją przyjaciółką. Nie dotarł na poród, ani w ciągu kilku kolejnych godzin po. Pojawił się rano następnego dnia. Pijany, w garniturze, którego nie zdjął od trzech dni, z kwiatami w ręku... Zrobił awanturę na oddziale, bo pielęgniarki nie chciały go wpuścić do dziecka... Po powrocie do domu było już tylko gorzej. Marek pił, krzyczał, a następnego dnia trzeźwiał, przepraszał, obiecywał poprawę. Jakimś dziwnym sposobem, nawet nie przyszło mi do głowy, że właśnie na moich oczach w mojej rodzinie dzieje się to, co w domu rodziców...

Mój koszmar trwał prawie osiem lat. Kiedy dzieci były na tyle duże, żeby pójść do przedszkola, poszłam do pracy, bo Marek nie mógł znaleźć niczego na dłużej. Pił. I obiecywał poprawę. Dwa razy był na odwyku. I dwa razy nic z tego nie wyszło. Ciągle jednak wierzyłam, że się uda. Że potrafię mu pomóc. Że muszę być dla niego silna. Dla niego i dla dzieci.

Zrozumiałam, jak bardzo się mylę, kiedy pewnego dnia starsza córka wróciła ze szkoły z jedynką z jakiegoś testu. Marek był pijany. Nazwał ją idiotką, zamknął w pokoju mówiąc, że nie wyjdzie stamtąd, dopóki nie nabierze rozumu i nakrzyczał tak bardzo, że jak wróciłam z pracy, zastałam dziecko roztrzęsione, zapłakane i przerażone. Kiedy chciałam z nią porozmawiać, sama znalazłam się na celowniku męża. Zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć. Kiedy nazwałam Marka alkoholikiem i nieudacznikiem, uderzył mnie w twarz. Po czym się rozpłakał i zaczął przepraszać.

Joanna: Wyjątkowa księżniczka

Janusz był moją pierwszą miłością. I chyba jedyną, taką do szaleństwa. Poznałam go podczas wakacji nad morzem, jako niespełna 25-latka. Był handlowcem, starszym ode mnie o pięć lat, wykształconym, zabawnym, nieziemsko przystojnym. Ja - wtedy szara myszka, byłam w siódmym niebie, że ktoś taki się mną zainteresował. Nazywał mnie swoją księżniczką, zupełnie wyjątkową osobą, jedyną na świecie, przy której czuje się wspaniale. Powtarzał, że czekał na mnie całe swoje życie...

Spotykaliśmy się przez ponad trzy lata. Wiedziałam, że Janusz zagląda do butelki częściej niż na imprezach ze znajomymi, ale nigdy nie przekraczał granic. Kiedy był bardzo pijany, szedł po prostu spać. Byłam przekonana, że to minie. Nie wiem, dlaczego. Sama od 18 roku życia nie miałam alkoholu w ustach. Zawsze, kiedy widziałam na stole wódkę, przypominała mi się pijana matka i po chwili widziałam siebie w takim stanie, jak ona. Napawało mnie to obrzydzeniem. Ale nie czułam tego obrzydzenia do Janusza, a powinnam, to byłoby logiczne.

Po dwóch latach znajomości zamieszkaliśmy razem. Po pewnym czasie jednak z piciem Janusza zaczęło być coraz gorzej. Kłopoty w pracy, coraz więcej alkoholu, kłótnie o nic, trzydniowe melanże, kiedy nie pojawiał się na noc. Stracił pracę. Ale miał bogatych rodziców, którzy nie żałowali pieniędzy, więc za bardzo się tym nie przejął, zresztą mieszkaliśmy w jego mieszkaniu, w centrum miasta, które dostał od rodziców, kiedy skończył studia...

Dlaczego odeszłam? Pewnego wieczoru wróciłam z pracy, a mieszkanie wyglądało tak, jakby przeszło przez niego tornado. Marek leżał nieprzytomny w salonie, koło kanapy, z rozbitą głową, obok dwie rozbite butelki po wódce. Przed oczami stanęła mi scena z pijaną matką. Poczułam wstręt do mężczyzny, który jeszcze jakiś czas temu był dla mnie całym światem.

Zadzwoniłam po pogotowie. Kiedy w szpitalu okazało się, że przyszłam w ostatniej chwili, bo gdyby nikt go nie znalazł, pewnie nie przeżyłby nocy, wróciłam do mieszkania, spakowałam się i już nigdy tam nie wróciłam. Z Januszem nie rozmawiałam od tej pory osobiście ani razu. Zadzwoniłam tylko po kilku dniach, żeby powiedzieć, że już nigdy się nie zobaczymy. Nie wiem, co teraz się z nim dzieje.

Dowiedz się więcej na temat: uzależnienie | alkohol | kobieta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje