Reklama

  •  

    Nikt nie widział moich łez

Zdjęcie

Ewa Juszko-Pałubska z synem Michałem_arch. rodzinne
Ewa Juszko-Pałubska z synem Michałem_arch. rodzinne
Co się wtedy działo z pani rodziną?

- Na początku prokurator próbował mi wmówić, że rodzina o mnie zapomniała. Nie dostawałam listów. Dopiero kiedy wychodziłam z aresztu dostałam je wszystkie, podobno gdzieś się zapodziały w szufladzie. Dostawałam co miesiąc paczki z domu, więc wiedziałam, jak jest naprawdę za murami. Mojej rodzinie najbardziej pomagał ksiądz Stefan Miecznikowski, kapelan Solidarności z Łodzi. Przyjechał do mnie do więzienia do Krzywańca, spotykał się z moim mężem i dziećmi, dbał, żeby mieli co jeść. To był człowiek wielkiej charyzmy. Dzieci go pokochały. Ksiądz Miecznikowski odprawiał msze św., ludzie modlili się za mnie i moją rodzinę. Bardzo pomagał nam też po moim powrocie z więzienia. Miałam przecież zakaz pracy, powiedzieli mi, że nawet do pisania podań się nie nadaję. Poza tym byłam schorowana, znerwicowana.

- To były bardzo trudne lata dla mojej rodziny. Żebym mogła starać się o zwolnienie warunkowe po dwóch latach, musiałam rozwieść się z mężem, niby z jego winy. Jako samotna matka dwójki dzieci mogłam wyjść na wolność. Potem jeszcze długo musieliśmy się ukrywać, mąż oficjalnie mieszkał u swojej mamy. Pobraliśmy się ponownie zaraz po moim wyjściu z więzienia, ale aż do 1989 roku ukrywaliśmy to przed wszystkimi.

Reklama

O pani sprawie było wtedy głośno w opozycyjnych mediach.

- O moim procesie i uwięzieniu mówiło radio Wolna Europa, pisano w ulotkach, mówiono w kościołach. Trafiłam na listę więźniów politycznych wydaną przez "Praworządność" w 1985 roku, byłam wymieniona w dokumentach Komitetu Helsińskiego jako represjonowana za udzielanie pomocy prawnej ofiarom reżimu komunistycznego. To dlatego z całego świata przychodziły do mnie listy i pocztówki z wyrazami wsparcia.

- Po wyjściu z więzienia najważniejsze było to, jak przyjmie mnie środowisko. Szczególnie sędziowie. O powrocie do zawodu nie było mowy. Miałam zakaz. Na posiedzenie Rady Miasta Piotrkowa przyszedł milicjant i kiedy doszło do rozpatrywania mojego podania, wstał i powiedział: "ta pani w województwie piotrkowskim ma nie dostać żadnej pracy". Nie dali mi zgody na założenie biura pisania podań.

- Kolejny cios i upokorzenie to sprawa renty. Po powrocie z więzienia byłam tak chora, że lekarz złożył o nią wniosek. Przyznano mi ją, ale bez prawa do pieniędzy. Odwołałam się do wyższej instancji lekarskiej do Tomaszowa Mazowieckiego. Trafiłam tam do pani doktor, która - jak się później okazało - była żoną esbeka. Z oburzeniem wręcz krzyknęła na mnie: "pani od Polski Ludowej chce jeszcze pieniędzy! To skandal!". Więc spytałam tylko czy tu jestem polityczna, czy chora. Odpowiedziała, że zabiera mi wszystko, włącznie z prawem do renty. Odwołałam się do sądu w Łodzi, tam wreszcie dostałam rentę. Niewielką, ale zawsze... Takie to były czasy. Z tej renty żyła cała moja rodzina.

Czy pani męża też spotkały represje SB?

- Mój mąż stracił wtedy pracę. Był magistrem inżynierem. Niby to było tak, że kazano mu się zwolnić z biura projektowego, bo jak nie, to oni go wyrzucą. Potem był kierowcą karetki, ale w końcu nawet na tej sanitarce nie pozwolili mu jeździć. O działaniach wobec mojego męża dowiedziałam się dużo, dużo później. W materiałach IPN znalazłam adnotację "Ewa i Andrzej Pałubscy". Co ma do tego mój mąż - zastanowiłam się. IPN przysłał mi ten protokół, czego ja tam nie wyczytałam... Każdy jego krok był odnotowany - gdzie był, gdzie pojechał, co robił. I radosna informacja, że żyjemy w biedzie...


- Po powrocie z więzienia zajmował się mną pułkownik Alojzy Perliceusz - może dlatego, że inni nie dali sobie ze mną rady. Dobry, kochany wujek... Pamiętam taką rozmowę z nim. On mówi do mnie, że kochamy Polskę w ten sam sposób. I on, i ja. Odpowiedziałam mu: "gdyby pomiędzy pana miłością a moją wykopać rów, to wszystkie koparki świata by go nie zasypały. Ja was nienawidzę. Zabraliście mi zdrowie, pracę, młodość dzieci. Życia mi nie zabierzecie, nie boję się"... Tak to było wtedy.

Rzeczywiście się pani nie bała?

- To nie jest tak. Nie ma ludzi, którzy się nie boją. Ale oni nigdy nie widzieli mojej słabości. Płakałam w ubikacji, a im śmiałam się w nos. Bezczelnie. Ale takie przeżycia potrafią złamać najsilniejszego. Na początku stanu wojennego wydawało mi się, że jestem taka silna, nic nie mogą mi zrobić. Potem ta moja pewność siebie nie była już taka bezczelna. Ale to wiedziałam tylko ja. Na zewnątrz, dla nich, miałam na ustach drwiący śmiech. Nikt nie widział moich łez.

Jakie zmiany przyniósł pani upadek komuny?

- Jakoś dotrwaliśmy do nowych czasów, raz w większej, raz w mniejszej biedzie. Prezydentem został Lech Wałęsa. Na wniosek prokuratora generalnego zostałam przez prezydenta RP ułaskawiona poprzez zatarcie skazania. Zaczęły powstawać komitety obywatelskie, zaangażowałam się. Byłam dyrektorem biura poselsko-senatorskiego OKP w Piotrkowie i pracownikiem Senatu. Potem nawet była poważna propozycja, żebym została senatorem. Ale odmówiłam. Uznałam już wtedy, że nie chcę do polityki, że polityka to kurtyzana. Nie zmieniłam zdania do dziś.

Zdjęcie

Ewa Juszko-Pałubska na Starym Mieście w Piotrkowie Trybunalskim /INTERIA.PL
Ewa Juszko-Pałubska na Starym Mieście w Piotrkowie Trybunalskim
/INTERIA.PL
Dlaczego wróciła pani do tej sprawy po tylu latach?

- Długo zwlekałam. Mój kryminalny wyrok został wymazany, zaczęły się inne czasy, adwokatura mnie zrehabilitowała, ale powrót do zawodu wcale nie był łatwy. Założyłam prywatną praktykę, ale to też nie odbyło się bez problemów. Na początku nie chciałam do tego wracać. To było bardzo bolesne i naznaczyło moje życie. Gdyby nie ta gehenna, z pewnością życie mojej rodziny wyglądałoby inaczej. Wtedy zaczęto ujawniać akta SB. Coraz więcej dowiadywałam się o mechanizmach działania tych służb, pojawiały się nazwiska, znane mi nazwiska, w kontekście współpracy. Zaczęłam kojarzyć fakty, przypominać sobie moje podejrzenia z tamtych czasów.

- Koledzy zaczęli mnie namawiać, mówili, że należy mi się sprawiedliwy osąd, przed niezawisłym sądem. Ale zwlekałam z wnioskiem o unieważnienie wyroku, bo nie chciałam do tego wracać. W końcu przekonali mnie, że muszę to zrobić.

- Konfrontacja z materiałami na mój temat, analiza dokumentów sprawiła, że te wszystkie wydarzenia odżyły. Nawet teraz nie mogę o tym mówić spokojnie. Trzęsą mi się ręce, skacze serce. Ale uznałam, że muszę przez to przejść do końca, nie mogę chować głowy w piasek. Dopiero wtedy będzie to skończona historia.

Pani proces, wydawałoby się oczywisty, patrząc na zgromadzone materiały, zmierza w jakimś niezrozumiałym kierunku.

- Ta sprawa jest niesłychanie dziwna. Nasz wniosek o unieważnienie został oparty na przepisach rozporządzenia o represjonowanych i na orzecznictwie, które mówiło, że jeżeli wykaże się, że postępowanie karne było w wyniku działań politycznych jako odwet, to wystarczy. Pani sędzi nie wystarczyło i zrobiła z tego wznowienie postępowania. Czyli od początku mamy sprawę karną, przesłuchiwani mają być wszyscy, którzy przesłuchiwani byli te dwadzieścia kilka lat temu. I od początku nie chciała, żeby ta sprawa w ogóle się rozpoczęła. Nie mogę tego zrozumieć. Jak można powołać na świadka kogoś, kto już kiedyś obciążał? Wiadomo, że ten człowiek nie zmieni zeznań, chociażby ze strachu. Bo nawet jeśli nie grozi mu już odpowiedzialność karna, to odpowiedzialność cywilna, przed społeczeństwem, bo zniszczył mi życie.


- Nie wiem, jakimi przesłankami kieruje się teraz pani sędzia. Może jest jej wstyd, że sądy nie były niezawisłe? Nie wiem, jakie ona orzecznictwo zastosowała, bo nasz wniosek jest oczywisty. Ale proces rozpoczął się od nowa. Znowu muszę udowadniać, że nic nie wzięłam, że nic nie zrobiłam... Następna rozprawa jest 31 stycznia.

- W sprawie o unieważnienie wyroku reprezentuje mnie dwóch moich przyjaciół: Jerzy Szczepaniak z Łodzi i Janusz Bilski z Piotrkowa Trybunalskiego. Robią to z wielkim zaangażowaniem i honorowo, tj. bez jakiegokolwiek honorarium, za co jestem im bardzo wdzięczna. Myślę, że chociaż w ten sposób mogę im podziękować za naprawdę trudną pracę.

Walczy pani o słowo "przepraszam". Od kogo?

- To przepraszam rozumiem tak, żeby ktoś wreszcie powiedział oficjalnie, że to była robota esbecji, że tamten ustrój, a szczególnie działanie tamtych służb, było poniżej podłości. Żeby ktoś powiedział oficjalnie, że sądy w tamtym czasie nie były niezawisłe.

- A przepraszam od konkretnych ludzi? To trudna sprawa. Od kogo mam to usłyszeć? Od tych, którzy na mnie donosili i cieszyli się, że widzą mnie upokorzoną, a moją rodzinę w biedzie? Wielu z nich już nie żyje, a ci, co żyją, wolą nie pamiętać. Takich stłamszonych przez tamten system ludzi jest wielu. Tak jak ja ciągle czują się nieczysta, tak pewnie czują się i inni potraktowani niesprawiedliwie. Może to "przepraszam" dla mnie, będzie też ulgą dla nich?

- Pytała mnie pani wcześniej, czy się bałam. Jak to wszystko przeanalizowałam, doszłam do wniosku, że wtedy nie. To nie była brawura, tylko przekonanie o słuszności mojego postępowania. Ja dopiero teraz się boję, gdy myślę o tej sprawie o unieważnienie wyroku. Boję się, bo znowu muszę zmierzyć się z kłamstwem.

Z Ewą Juszko-Pałubską rozmawiała Jolanta Pawnik

Zachęcamy do zapoznania się z przygotowanym przez nas raportem specjalnym: "stan wojenny, 30 rocznica"

Artykuł pochodzi z kategorii: Strona główna

Źródło informacji:

INTERIA.PL

Zobacz również

  • Wasze komentarze

  • Oceń tekst

    Ocen: 34

Reklama

Wasze komentarze (60)

  • 05.02 (22:32)
    ~Ricie
    Najpierw jneadk musze wiedziec co bedzie na tym medalu. Jesli paszcza Bolka... to nic nie wysle.Wiec?
  • 05.02 (10:31)
    ~Abdul
    Do tej pory Poczta Polska pktwyfioatoni Jana Pawła II poświęciła 28 emisji znaczków. Były też stemple okolicznościowe, koperty FDC, foldery. Dużym zainteresowaniem cieszyły się te dotyczące 20 i 25. rocznicy pontyfikatu, 70. rocznicy urodzin oraz obchodów Dnia Papieskiego.więc 28 emisji znaczków, chyba, że liczą się też stemple i reszta, już sam nie wiem ;/
  • ~Link sponsorowany
  • 16.12.2011 (16:57)
    ~krakovianka
    podziwiam za siłę i odwagę.ja niestety nie wierzę w niezawisłość i bezstronniczość sądów.siediałam dwa lata w jednym z krakowskich domow dziecka,wcześniej było pogotowie opiekuńcze-koszmar dla mnie i dla mojej mamy.wiem,że to nie to samo,ale idealnie rozumiem niesprawiedliwość i to jak ludzie,że się tak wyrażę-podsrywają innych,a przeciwko tobie jest nawet rodzina!
    tak ięc podziwiam i szacunek wielki!
  • 14.12.2011 (22:48)
    ~Wij
    Hańba
    i pomyśleć, że jej prześladowcy mają po 5 tys. emerytury,
    wiedzieli Czesi czemu zdelegalizowali partię komunistyczną
    a my utrwalaczy władzy ludowej do śmierci utrzymywać będziemy w dobrobycie
  • 14.12.2011 (01:45)
    ~E.P.
    Zyczę pani wiele siły i zdrowia.Prawda musi zwyciężyć.Podziwiam Panią i rozumię i mnie spotkało wiele niesprawiedliwości.