Małżonkowie w podróży dookoła świata

Podróże niesamowicie poszerzają horyzonty. Sprawiają, że niektóre nasze problemy przestają nimi być w zestawieniu z problemami innych ludzi na świecie, np. z ogromem biedy. Z drugiej strony odwiedzenie takich krajów jak Australia czy Nowa Zelandia wzbudza nasz apetyt na lepsze życie - mówi Danuta Gryka, autorka książki "Pół świata z plecakiem i mężem".

Katarzyna Pruszkowska: Wielu ludzi marzy o tym, by wybrać się w "prawdziwą podróż". Pani się to udało - co trzeba poświęcić, z czego zrezygnować, żeby móc pozwolić sobie na kilka miesięcy w podróży?

Reklama

Danuta Gryka: - Głównym czynnikiem, który nas powstrzymuje przed wyruszeniem w długą i daleką podróż są wszelkiego rodzaju zobowiązania - kredyt do spłacenia, praca, której nie chcemy stracić, własna firma, którą się boimy zostawić, rodzina i wszystkie obowiązki z nią związane. Celowo nie wspominam tu o kwestii finansowej, bo z tym można sobie poradzić...  Jeśli naprawdę chcemy przeżyć wielką wyprawę, musimy się odważyć z tych więzów wyplątać... Nie mówię tu oczywiście o sprawach rodzinnych, tylko o kredycie, pracy czy własnej firmie.

- W naszym przypadku największa trudność polegała na rezygnacji z pracy (po raz kolejny). Oczywiście pojawia się w takim przypadku milion pytań: jak sobie poradzimy po powrocie? Czy znajdziemy dobrą pracę? Ale z drugiej strony - z pracy też nas mogą zwolnić, a firma może zbankrutować, więc chyba warto zaryzykować? A może ta zmiana wyjdzie nam tylko na dobre? Tego się nigdy nie dowiemy, dopóki sami nie spróbujemy. Idealnym rozwiązaniem wydaje się być możliwość wzięcia np. rocznego urlopu w pracy tzw."gap year" czy zawieszenie działalności gospodarczej, choć obie te opcje też nie są pozbawione ryzyka. Chyba, że jesteśmy świeżo upieczonymi studentami czy emerytami, to nie mamy tego typu problemów (ale mamy zapewne inne - śmiech).

Który etap wyprawy - jej planowanie, samą podróż, czy może powrót do codzienności uważa pani za najtrudniejszy?

- Zdecydowanie najtrudniejsze są powroty... Ciężko się przestawić z trybu podróżowania na tryb codzienności. Zderzenie z trudną rzeczywistością bywa bolesne. W podróży nasze największe problemy to: Gdzie będziemy spać? Co zjemy? Dokąd teraz jedziemy? Wszystkie kłopoty codzienności przestają mieć znaczenie, dopóki oczywiście dopisuje nam zdrowie i nie zdarzy się nic przykrego. Planowanie jest czasochłonne, ale według nas jest niezbędnym elementem każdej podróży. Lepiej zminimalizować ryzyko nieprzyjemnych niespodzianek. Nie mówię tu o szczegółowym planowaniu naszej trasy, bo to się nigdy nie udaje, ale o zbieraniu wszelkich informacji praktycznych. A sama podróż? Po prostu się toczy, wystarczy zamknąć za sobą drzwi...

Czy wyruszając w podróż mieli państwo "zaklepaną" pracę, umowę na książkę - cokolwiek, co  sprawiałoby, że powrót do codzienności wydawałby się łatwiejszy?

- Jedynym naszym buforem bezpieczeństwa było mieszkanie, które wynajęliśmy na czas podróży - nie musieliśmy się więc martwić o rachunki i wiedzieliśmy, że po powrocie będziemy mieć chociaż gdzie mieszkać.

Jakie obawy towarzyszą komuś, kto wie, że najbliższe miesiące spędzi w najdalszych zakątkach globu? Wyobrażam sobie, że w grę wchodzi lęk o rodzinę, najbliższych przyjaciół...

- Na pewno gdzieś w środku taka obawa jest, ale nie myśli się o tym na co dzień. Żyje się podróżą, byciem w drodze, spotkaniami z ludźmi, chłonie się widoki, zapachy, dźwięki, smaki. Nie ma czasu na zamartwianie się na zapas. Poza tym w dzisiejszym świecie kontakt z bliskimi nie stanowi problemu - w końcu jest internet. Najdłużej chyba byliśmy "poza zasięgiem" na trekkingu w Himalajach - 2 tygodnie bez kontaktu ze światem. Ale proszę mi uwierzyć: człowiek tego czasem potrzebuje.

Porozmawiajmy teraz o czymś przyjemniejszym: co może dać taka wyprawa? Podróżnicy, których ostatnio przybywa, mówią w wywiadach o spojrzeniu na swoje życie i na swój kraj z "odpowiedniej perspektywy" - przez pryzmat tego, co dzieje się w innych krajach. Jak jest w pani przypadku?

 - To prawda, podróże niesamowicie poszerzają horyzonty. Sprawiają, że niektóre nasze problemy przestają nimi być w zestawieniu z problemami innych ludzi na świecie - z ogromem biedy, z tym, że w niektórych częściach świata ludzie każdego dnia zadają sobie to samo pytanie: czy uda im się przeżyć kolejny dzień? Ale z drugiej strony odwiedzenie takich krajów jak Australia czy Nowa Zelandia wzbudza nasz apetyt na lepsze życie...

- Podróżowanie jest najprawdziwszą szkołą życia. To wszystko, czego doświadczamy na co dzień, dotykanie różnych kultur, historii, religii, chłonięcie świata wszystkimi zmysłami, spotkania z niesamowitymi ludźmi, zasłyszane opowieści, to wszystko pobudza naszą wyobraźnię. Tego nie da się wyczytać, to trzeba przeżyć. Droga uczy wytrwałości, cierpliwości i pokory. Uświadamia nam, że jesteśmy tylko kawałkiem pięknej i olbrzymiej układanki. Po takiej podróży patrzymy na świat z innej perspektywy, tymi samymi, ale "zmienionymi" oczami.

W podróż wybrała się pani z "plecakiem i mężem". Od początku planowali państwo wyprawę razem? Nie pojawiła się pokusa samodzielnej podróży?

- Nigdy! Mąż jest takim samym nieodzownym elementem moich/naszych podróży jak plecak (śmiech). Razem jest łatwiej, raźniej, bezpieczniej i weselej. Przez lata wypracowaliśmy już podział wyprawowych "obowiązków": ja zwykle planuję trasę i wynajduję ciekawe miejsca do odwiedzenia, a Tomek zajmuje się kwestią transportu, noclegów i finansów. Potem siadamy razem nad mapą i podróż zaczyna nabierać realnych kształtów...

Czy spędzanie razem 24 godzin na dobę przez kilka miesięcy nie sprawia, że związek narażony jest na próbę - śpiąc u obcych ludzi trudno się pokłócić, wyjść do innego pokoju, pogodzić...

 - Oj, okazji do pokłócenia się nie brakuje, niestety... Kiedy przebywamy ze sobą non-stop, uwydatniają się różnice charakterów i inne wizje podróżowania. Mnie ciągle gna w nowe miejsca, chcę odkrywać ciągle to nowe zakątki, a  Tomek woli zobaczyć mniej, za to lepiej się wyspać, lepiej zjeść, zatrzymywać się częściej i na dłużej, po prostu gdzieś być i chłonąć to co wokół. Tomek zarzuca mi "trzęsawkę", a ja jemu lenistwo... I konflikt gotowy. Wtedy zwykle ja wybieram się gdzieś sama, rozdzielamy się na parę godzin. Kiedy wracam, mamy sobie znowu tyle do powiedzenia. Ja jestem pełna nowych wrażeń, a mój małżonek w stanie błogiego wypoczynku.

Wiele osób sądzi, że na podróże trzeba mieć pieniądze. Tymczasem podczas lektury pani książki - np. przygód w Australii, gdzie napisali państwo jasno właścicielce hostelu, że chcecie przenocować, ale nie macie pieniędzy - wyłania się troszkę inny obraz potrzebnych kwot. Na co nie należy szczędzić pieniędzy, a na czym można zaoszczędzić? Czym kierowali się państwo przy konstruowaniu budżetu podróży?

- Przy planowaniu budżetu kierowaliśmy się wskazówkami Lonely Planet, relacjami innych podróżników i własnym doświadczeniem. Ale i tak się okazało, że się przeliczyliśmy! Niektóre kraje tj. Turcja, Argentyna czy Chile okazały się dużo droższe, niż się tego spodziewaliśmy, a poza tym nie przewidzieliśmy, że dolar tak bardzo straci na wartości. Skutek był taki, że musieliśmy robić bolesne cięcia w naszych podróżniczych planach, żeby móc zatoczyć pętlę wokół globu. Ale na szczęście się udało.

 - Wracając do pani pytania, na czym można zaoszczędzić, a na czym niekoniecznie? Nie polecam oszczędzać na zdrowiu - czyli na szczepieniach, niezbędnych lekach, profilaktyce przeciwmalarycznej, kremach przeciwsłonecznych czy butelkowanej wodzie (czy środkach ją odkażających). Zwykle wykupujemy też podstawowe ubezpieczenie. A na całej reszcie można oszczędzać. Dobry sprzęt i ciuchy wyprawowe to skarb, ale nie trzeba na nie zaraz wydawać fortuny. My na przykład podczas ostatniej wyprawy postanowiliśmy zakupić większość potrzebnego ekwipunku w... Nepalu, gdzie mieliśmy się znaleźć po miesiącu podróży. Powód był prosty: tam jest tanio. Do tego czasu wystarczyły nam stare sprzęty i odzież. Sądzę, że każdy coś tam w domu posiada.

- Bardzo dużo można zaoszczędzić, wybierając najtańsze, lokalne środki transportu albo, gdzie się da, podróżując autostopem. Dla przykładu, my w jednym z najdroższych krajów świata - w Australii - na transport nie wydaliśmy prawie nic! Pozostaje zakup biletów lotniczych - szukać i jeszcze raz szukać okazji (np. w Azji warto korzystać z pośrednictwa małych biur podróży) i starać się, żeby połączeń lotniczych na naszej trasie było jak najmniej. My nie wykupywaliśmy biletów RTW (round-the-world ticket), choćby dlatego, że nie chcieliśmy być z góry zobligowani konkretnymi lotami. Nasze plany wyprawowe ulegają modyfikacji na bieżąco.

 - Na noclegach można łatwo zaoszczędzić, dołączając do grona członków Hospitality Club czy Couchsurfing. Organizacje te zostały stworzone po to, żeby dzielić się z innymi własną kanapą, a w zamian móc korzystać z ciepłego kąta u innych w domu. Polecamy! Ponownie przykład z Australii: podczas 3-miesięcznego pobytu mieliśmy... 4 płatne noclegi! Poza tym zabranie ze sobą namiotu również pozwoli nam spać tanio lub za darmo (na dziko lub w ogródkach u gościnnych ludzi). Kiedy zdecydujemy się na podróżowanie autostopem, zdarzy nam się pewnie nie raz, że oprócz darmowego przejazdu, ktoś zaoferuje nam darmowe spanie. Jedzenie? Tu też różnice w wydatkach są ogromne, w zależności od tego, jak się żywimy. Najtaniej jest w lokalnych, ulicznych jadłodajniach (Azja Płd-Wsch., Bliski Wschód, Ameryka Płd.) czy przyrządzając samemu posiłki z produktów zakupionych w supermarketach czy na rynkach (Australia, Nowa Zelandia).

 - Drogo nas będą kosztować nieraz bilety wstępu do atrakcji turystycznych. To problem, z którym sobie najtrudniej poradzić. Czasem uda się znaleźć jakieś boczne wejście czy przeskoczyć przez mur. Ale do tego nie będę już namawiać...

Dowiedz się więcej na temat: podróże | małżeństwa | książka | wywiady

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje