Mieszkanie na miarę

Stan przed: brak wody, potworny bałagan. Stan po: niepowtarzalne mieszkanie uszyte na wymiar. Po drodze: nielojalne ekipy, męcząca biurokracja i wiara, że jednak się uda.

Oszalałaś? - znajomi pukali się w głowę, kiedy Magda, Małgosia i Magda zaczynały remont swoich przyszłych domów. Dziś wszyscy zazdroszczą, ale pocieszają się: To musiało kosztować fortunę. A właśnie że nie!

Reklama

Egzamin dojrzałości

Magda Sykulska śpi w łazience. Kąpie się w sypialni. Siedzimy oparte o wannę wpuszczoną do połowy w podłogę. Obok czarne łoże i prysznic. Magda jest asystentką na ASP, projektuje animacje telewizyjne, ilustracje, makiety gazet.

- Biorę dodatkowe zlecenia, bo mieszkanie na prawie rok wyłączyło mnie z życia - opowiada. - Odrabiam straty i zarabiam na kredyt, który będę spłacać wiele lat. Wprowadziła się dwa miesiące temu. Z sufitów zwisają żarówki, telewizor stoi na kartonie, salon czeka na meble. Oprócz czarnego łóżka, czarnej podłogi w kuchni i czterometrowej biblioteki pełnej kolorowych książek mieszkanie jest białe, waniliowe, kremowe.

Urządziła je nowocześnie, ale ma też duszę. Skośny dach podtrzymują 60-letnie belki konstrukcyjne. Drzwi z matowego szkła oddzielają pokój "sypialno-łazienkowy" od części "do życia". Drewnianą podłogę wybielono i polakierowano. Żeby zaoszczędzić, Magda sama pojechała do tartaku. - Mogła to za mnie zrobić firma, wtedy podłoga byłaby dwa razy droższa - opowiada. - Oglądałam każdą deskę, porównywałam sęki, słoje i dopiero kładłam na pace furgonetki. - Jestem uparta - dodaje.

- Doświadczyły tego ekipy remontowe. Były spory: "Panie Waldku, ściana jest o dwa centymetry za długa. Przebudowujemy. - Ale już pomalowane". Nie ustępuję, w tym mieszkaniu nie ma miejsca na kompromisy. Nie znalazłam lampy, która mi się podoba, więc abażur zrobię w zaprzyjaźnionej stoczni jachtowej, tylko tam mam dostęp do specjalnej żywicy i odpowiednich narzędzi.

Ciemność, widzę ciemność

Tu, gdzie siedzimy, właścicielka znalazła materac i stare buty. Przed nią mieszkali tu bezdomni. I gołębie. Podczas studiów na ASP "zalicza" kilka domów. Wynajmuje mieszkanie w nowym bloku na Kabatach, potem w kamienicy w centrum.

Kiedy broni dyplomu, myśli: "Czas kupić coś własnego". Zanim trafia na mokotowski strych, ogląda nowe osiedla. "Jezu, tylko nie to", myśli. Sklonowane wnętrza. Kwadrat, okna na jedną stronę i widok na takie same mieszkania w takich samych budynkach. Mieszkała już w podobnym miejscu. - Rano wyjazd z podziemnego garażu, wieczorem powrót - wspomina. - Sąsiadów widywałam raz na rok. Anonimowość, sypialnia samotników.

Zamiast kawalerki na Tarchominie wymyśla: rudera, ale w centrum. Pierwsze spotkanie z "jej" poddaszem: zamknięte na kłódkę kilkudziesięcioletnie drzwi. Za nimi ciemność, stęchlizna. Tu w latach 50. była pralnia. Magda chodzi po wnętrzu z latarką, trafiła na gołębie gniazda. Wpada w pajęczyny. Ani prądu, ani wody, ani pionów kanalizacyjnych. W dachu dziury. "Biorę", decyduje. Cena: sto tysięcy. To początek wydatków i rewolucji. Znajomi pukają się w głowę: "W co ty się pakujesz?!".

Elektryk się obraża

Tydzień później trzech zaprzyjaźnionych architektów i konstruktor naradzają się, jak powiększyć klitkowaty strych. Zrywamy dach, to była pierwsza decyzja. - Dla mnie oznaczało to wstawanie o świcie, żeby przed pracą zdążyć do urzędu gminy - wspomina Magda. - Zaczęło się polowanie na zezwolenia, druczki, podpisy, kontrole. Żeby wyrzucić gruz z mieszkania, trzeba mieć zgodę na zmianę organizacji ruchu pieszych pod domem. Czeka się na to kilka tygodni. Nauczyłam się: bądź miła. Nawet kiedy masz ochotę zabić urzędnika, słysząc setny raz: "Pani żartuje, chce pani zerwać dach? Za tydzień? Do tego musi pani mieć dokumentację: warunki zabudowy, a na to się czeka pół roku. Zresztą teraz mamy reorganizację w archiwum, więc decyzję może pani dostać nawet za rok. - Mam czekać rok z remontem? - Skoro chce pani mieszkać na strychu...".

Pewnego dnia Magda widzi w sklepie przeceniony zestaw do łazienki. Bidet i kompakt, o jakim marzy. Kupuje, choć wciąż nie wie, gdzie będzie miała toaletę. W końcu jest zgoda na zerwanie dachu, dostaje ją po sześciu miesiącach. Rusza remont, który trwa 197 dni. Przebudowywanie czterech kominów, podniesienie podłogi o pół metra.

Magda poznaje budowlany żargon: rura spiro, strop Kleina... Dokumentuje prace, w komputerze ma setki zdjęć. - Uwieczniłam każdą zmianę - opowiada. - Nie tylko na pamiątkę, to była moja podkładka, szczególnie pomocna przy końcowych rozliczeniach z fachowcami. Na początku nie traktowali mnie poważnie: "A facet jakiś pani nie pomoże?". Nie pomógł, tak się ułożyło.

Tylko na jednym zdjęciu widać właścicielkę. Magda stoi na belce kilka metrów nad ziemią. Podpis: "Tu będzie moja pracownia". Podczas remontu czuwa nad wszystkim.

Magda: - Pamiętam telefon od ekipy w środku wykładu: "Pani Madziu, wanna! Teraz! - Ale ona jest w Białymstoku. - Bez niej nie ruszymy dalej". Kombinuję transport, ale może być tylko do Wyszkowa, więc pożyczam auto siostry i odbieram przesyłkę po drodze. Niespodzianki zdarzają się regularnie: a to fachowcy zapominają pociągnąć kable, a to komin grozi zawaleniem, więc trzeba go zburzyć. To znów elektryk się obraża i Magda w środku nocy szuka po znajomych nowego. Inaczej staną kolejne roboty. Czyta po sześć razy umowy. Przez ten czas chudnie kilka kilogramów, ma sińce pod oczami z niewyspania i wciąż poranione dłonie, bo wciąż przy czymś pomaga.

Supermarket zamiast nart

Gdyby przeliczyć moją energię włożoną w ten remont na dżule, a potem kilowaty... Magda przyznaje: - Przeklinałam cholerny strych. Miewałam stany depresyjne, płakałam z niemocy i zmęczenia. Znajomi dzwonili: "Jedziesz na narty? - Nie, spędzam weekend w markecie budowlanym, muszę kupić 50 metrów kabla, 30 litrów farby". Zakupy robiłam sama, żeby obniżyć koszty. Zasłona do niewymiarowego prysznica kosztowałaby około dwóch tysięcy. Więc kupiłam ceratę we wzorek, sama ją upięłam, a krawiec z pobliskiej sutereny uszył cudo. Cena: kilkaset złotych. Kombinowałam. Znajomi dziwili się, skąd ten upór? Chciałam sobie udowodnić, że dam radę. Śmiałam się do taty: "Nie jestem, jak chciałeś, słynną tenisistką, to chociaż zrobię ten strych na medal". To była największa lekcja pokory, negocjacji.

Odkąd mieszka na Mokotowie, ma nowe rytuały. Poranna kawa na balkonie z akacją, kąpiele w sypialni przy świecach i Radiu Klasyka. Spotkania z sąsiadkami na herbatę z nalewką albo wspólne smażenie racuchów. - Czy na wielkim osiedlu miałabym swoje prywatne ptaki, jeża, który przebiega przez ulicę? Albo kwiaty z drzewa akacji, które spadają przez okno wprost do mojego salonu? Więc jak nie kochać mojej "ruiny"?

Przystanek dla dwojga

Czarny uniform, okulary Ray Ban. Domu pilnuje seksowna policjantka. Zerka na mieszkanie z dużego plakatu. Autor: Helmut Newton, ulubiony fotograf Magdy Kaźmierczuk, właścicielki.

- Nad tym domem czuwają kobiety - właścicielka pokazuje mi figurkę Matki Boskiej, która stoi wśród lawendy na małym balkonie. - Mój taras jest jak we francuskich filmach - opowiada. - Oglądając mieszkanie, wyobrażałam sobie, jak wychodzę rano, przeciągam się i patrzę na Montmartre. W sobotę rano siadam z cappuccino, patrząc na podwórko z akacjami, bielizną na sznurku, staruszkami w kapeluszach, którym w pas kłaniają się okoliczni "menele". Jeden z nich właśnie pomógł wnieść Magdzie zakupy na czwarte piętro. "Uszanowanie, kierowniczko", mówi i znika. Magda, stylistka wnętrz, dziennikarka, właśnie wróciła do domu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje