Za pożyczone...

Chodzi o lepsze życie. I o pieniądze, których ciągle brak. Nie będę zawsze młoda - myślą. - Dlaczego muszę czekać na mieszkanie, dobry samochód, wakacje? Biorą więc kredyt na marzenia.

Już co trzecia Polka spłaca raty. Jedne cieszą się szczęściem za pożyczone, inne budzą z lękiem, że zachorują, stracą pracę, że zostaną bankrutkami. Jest przyjemność, jest ryzyko. Jak duże?

Reklama

Marta: Jutro mogę wpaść pod tramwaj

"Tu proszę złożyć parafkę. Na końcu podpis i data, dziś jest 12 czerwca 2001" - urzędniczka w banku mówi spokojnym głosem. Marcie literki wirują przed oczami. Na kartce robi się czerwony kleks. Z nosa leci krew.

"Przepraszam" - zrywa się z krzesła. - To był atak paniki - wspomina dziś. - Brałam pierwszy w życiu kredyt. Na piętnaście lat. Dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Wtedy to była dla mnie fortuna. "Boże, podpisałam cyrograf" - myślałam. Teraz Marta ma 27 lat i jest zadłużona na 250 tysięcy złotych.

Niedawno wróciła z wakacji na Sri Lance. Pięciogwiazdkowy hotel, opcja all inclusive. Ale luksus się skończył, gdy samolot dotknął pasa na warszawskim Okęciu. Marta pożegnała znajomych. Oni wsiedli do taksówek, ona najdroższy model walizki Samsonite wciągnęła do autobusu linii 175, który jedzie z lotniska do centrum Warszawy.
Trzeba oszczędzać - zaraz będzie musiała zapłacić pierwszą ratę. Na Sri Lankę pojechała na kredyt. Koszt osiem tysięcy plus odsetki, razem dziewięć dwieście. - Dopłacam, owszem - mówi Marta. A jak jutro wpadnę pod tramwaj? Co będę miała z życia?
Szezlong i kluski leniwe

1999 rok, dworzec kolejowy w Giżycku. 19-letnia Marta wsiada do pociągu do Warszawy. W plecaku indeks na psychologię. Ojciec wciska córce dwa banknoty dwustuzłotowe.

"Tato, poradzę sobie" - śmieje się Marta. - Wpadłam w euforię, zaczynało się moje "nowe, lepsze życie", wyrywałam się z prowincji - opowiada.

- Rodzinny dom z ogrodem zamieniałam na wynajęty od emeryta pokoik. Warszawa była jak magnes. Miałam zostać na wsi i jak tata uprawiać pola rzepaku? Nigdy!

Kuzynka z Warszawy obiecuje Marcie pomoc. - "Załatwię ci pracę w firmie fonograficznej. Zaczniesz od sortowania listów, potem zobaczymy" - obiecuje. Pierwsze tygodnie: Marta podaje kawę Justynie Steczkowskiej, odbiera telefony od agenta Perfectu. Dostrzega, jak odstaje od ludzi z firmy.

30-latkowie mają mieszkanie, samochód. Ona o stabilizacji tylko marzy. Bardzo nie lubi wracać do wynajętego pokoju, gdzie co wieczór sama przy gierkowskiej ławie je kolację. Ale ludzi z pracy nie zaprosi, wstydzi się.

Po dwóch latach szef docenia jej entuzjazm i to, że bez protestu zostaje do 22. "Agentka artysty X rodzi dziecko - słyszy Marta. - Chcesz przejąć jej obowiązki?". Czy chce? Jasne, dla niej to przepustka do lepszego życia. Wreszcie dostaje znaczną podwyżkę.

Dotąd, kiedy co rano mijała plakat "Kredyt hipoteczny Własny Kąt", czuła frustrację. Teraz wychodzi z banku z plikiem wniosków. "Kupię sobie własny kąt" - myśli. I to nie byle jaki. Najlepsza lokalizacja - mieszkanie w Wilanowie.

Rodzice pomagają Marcie, sprzedają kawałek ziemi trzymany na czarną godzinę. Córka dostaje od nich 100 tysięcy. 90 tysięcy ma z kredytu. Wystarcza na stan surowy. Na urządzenie Marta "dobiera" 80 tysięcy w innym banku.

Nowy kredyt dostaje bez problemu, zarabia sześć tysięcy, jest wiarygodną klientką. Tym razem, kiedy podpisuje nową umowę, jest spokojna. Następnego dnia otwiera internetową stronę banku. Stan konta: niecałe 80 tysięcy złotych.

Po pracy rusza na zakupy. Lampa, sofa, może dywan z Mediolanu, który widziała w katalogu. W drodze do galerii z meblami wpada do baru mlecznego. - Udawałam, że jem tam obiad z sentymentu za PRL-em - opowiada. - Ale barszcz ukraiński i leniwe kosztowały 5,50 zł. A ja przyrzekłam sobie, że nie wydam na jedzenie więcej niż dziesięć złotych dziennie. Espresso w bufecie w pracy kosztowało pięć.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje