Zawieszeni

Dla oskarżonego wydanie wyroku w zawieszeniu znaczy tyle, ile dla dziecka pogrożenie palcem. Niby coś przeskrobało, ale wie, że dorośli przymkną na to oko. W Polsce na grożeniu palcem kończy się prawie 90 proc. spraw o przemoc domową.

X przez ponad rok znęcał się nad Y. Awanturował się, wyzywał, groził, że zabije, podpali, obleje kwasem. Kiedy połamał jej ręce, poszła do sądu. Na rozprawie usłyszała wyrok: rok w zawieszeniu na 3 lata. Kiedy wyszli z sali, mąż uśmiechnął się i powiedział: To co, zadowolona? Wracamy do domu?

Reklama

X i Y nie istnieją. Chociaż mogliby być stroną w jednej z kilkunastu tysięcy toczących się w Polsce każdego roku spraw o przemoc w rodzinie (art. 207 k.k.). 86 proc. z nich kończy się tak, jak historia tej pary - wyrokiem w zawieszeniu. To, co miało być końcem koszmaru, jest tylko sygnałem do powrotu do starego, przemocowego życia. Z którego, po takim doświadczeniu, jeszcze ciężej się wyrwać.

Kochanie, nic się nie stało

Od 2009 roku do 31 lipca 2013 roku znęcał się fizycznie i psychicznie nad żoną (...) popychał, szarpał za włosy, uderzał otwartą dłonią w twarz, bił skórzanym paskiem, kopał po ciele i głowie, czym spowodował wstrząśnienie mózgu, złamanie oczodołu prawego, rany cięte nosa i nadgarstka prawego, uderzał rękami i kopał nogami po ciele oraz dusił (...). Wyrok: 1 rok w zawieszeniu na 3 lata, dozór kuratora.

"Po co mi to wszystko było?" - to jedno z najczęstszych pytań, jakie stawiają ofiary przemocy słysząc, że sąd zawiesił wyrok. "Wszystko" to oskarżenia o "rozbijanie rodziny", komentarze że "brudy pierze się we własnym domu", pieniądze wydane na adwokata, tłumaczenie dzieciom "dlaczego chce wsadzić tatę do więzienia ". I strach, że jeśli będą "zawiasy", to będzie też zemsta.

Agnieszka Machnowska, psycholożka z Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia Instytutu Psychologii Zdrowia mówi, że zanim sprawa trafi do sądu, czasem z ofiarą przemocy trzeba pracować nawet rok w czasie którego poszkodowana oswaja lęki, wyobraża sobie, jak to będzie stanąć twarzą w twarz z oprawcą na sali sądowej, zbiera dowody. I marzy o końcu koszmaru.

- Gdy ofiara przemocy dowiaduje się, że wprawdzie uznano jej partnera za winnego, ale nie poniesie on żadnej dotkliwej kary, to pojawia się poczucie niesprawiedliwości, bezradność, przekonanie, że cały ten proces sądowy był niepotrzebny. Wyrok, który miał pomóc jej w uwolnieniu się od sprawcy, tak naprawdę niczego nie zmienił. Nadal razem mieszkają, a sprawca ma ofiarę "na wyciągnięcie ręki".

Pytaniu "Po co mi to wszystko było?" często towarzyszy drugie: "Co się musi stać, żeby on w końcu poszedł siedzieć"? Odpowiedź, wynikająca z sądowej praktyki, jest tyle prosta, co brutalna: do więzienia idzie się za przemoc, której niewiele brakuje do morderstwa, za złamanie kręgosłupa, oblanie twarzy detergentami, podpalenie włosów, połamanie kończyn.

- Albo trzeba kogoś niemal zabić, albo doprowadzić do kalectwa albo już mieć wyrok w zawieszeniu, który można odwiesić- podsumowuje Alina Kula z Fundacji Pozytywnych Zmian, która prowadzi monitoringu sądów rejonowych województwa śląskiego z zakresu wydawanych wyroków z art. 207 k.k.

Ile jest tych "odwieszeń" nie wiadomo, w Polsce nie prowadzi się statystyk, które ukazywałyby skalę tego zjawiska. Można jednak wnioskować, że jest ich mniej, niż mogłoby być. Wiele ofiar, które raz zawiodły się na wymiarze sprawiedliwości, nie chce ponownie zawalczyć o siebie w sądzie. Uznaje, że ich przypadek jest beznadziejny, a sprawca bezkarny. I modli się, żeby oprawca sam się zmienił.

Orzekamy jak zwykle

Od 11. 2012 do 19.12 2013 znęcał się nad konkubiną (...) kierował groźby pozbawienia życia, podpalenia, oblania benzyną, uderzał rękoma po głowie i twarzy, kopał po całym ciele i głowie(...), spowodował złamanie 3 żeber po stronie lewej i prawej. Wyrok: 1 rok w zawieszeniu na 2 lata i dozór kuratora.

Więzienie albo "zawiasy" to, wbrew pozorom, nie jedyna alternatywa, którą dla sprawców przemocy mają polskie sądy. W prawie istnieje szereg dodatkowych środków, które w połączeniu z wyrokiem w zawieszeniu, zapewniłyby ofierze bezpieczeństwo. Jednak sądy niechętnie z nich korzystają. W 2013 roku tylko 4 proc. skazanych dostało nakaz opuszczenia mieszkania zajmowanego razem z ofiarą przemocy. Podobny odsetek dotyczył zakazu zbliżania do pokrzywdzonej.

- Brak świadomości i być może strach przed precedensami - mówi Kula, pytana o to, co jej zdaniem jest przyczyną takiego orzecznictwa. - Kiedyś o to samo zapytałam znajomą prawniczkę. W odpowiedzi usłyszałam, że orzekali tak całe lata, wiec nikt nie widzi powodu, żeby się wyłamywać.

Sytuację mogłyby poprawić szkolenia z wiktymologii. Jednak, jak wynika ze statystyk, udział w nich bierze tylko kilkanaście procent sędziów. Ci zaś którzy w nich uczestniczą, opowiadają czasem, że jakość tych szkoleń jest, delikatnie mówiąc, średnia. Zdarza się, że po takim szkoleniu sędzia zostaje uwrażliwiony na przemoc, ale nadal brakuje mu wiedzy, jaki wyrok realnie poprawiłby los ofiary.

- Czasem chęci są dobre, ale efekt żałosny. Na przykład sędzia zawiesza wyrok i nie orzeka środków izolacji, bo wie, że bijący mąż to jednocześnie jedyny żywiciel rodziny. Skutek jest taki, że kobieta pakuje walizki i sama wynosi się, często z należącego do niej, domu czy mieszkania - wyjaśnia Kula i zaznacza, że każda z tych spraw jest indywidualna i trudno znaleźć jednoznaczne uzasadnienie dla masowego zawieszania wyroków. - Zdajemy sobie sprawę że to trudne sytuacje i dlatego oprócz wymiaru sprawiedliwości należy ulepszyć cały system pomocy w Polsce, aby w takim przypadku poszkodowana mogła liczyć na kompleksową pomoc w postaci bezpiecznego miejsca zamieszkania, pomoc psychologiczną, a gdy "stanie na nogi" pomoc w nalezieniu zatrudnienia itd. Inaczej nigdy nie uwolni się od sprawcy.

 Wyjaśnień brakuje, a konsekwencje bywają tragiczne.

I co mi zrobisz?

Jan M. przez lata znęcał się nad swoją żoną Marią. Bił rękami, wyzywał, szarpał za włosy. Wyrok: 7 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata.

W Drewnowie ludzie mówili, że gdyby nie ten wyrok, to on jeszcze byłby w więzieniu, a ona byłaby wśród żywych.  On od lat stosował przemoc. Ona miała opinię cichej, we wsi twierdzą, że starała się go nie prowokować. Nie wyszło. W lipcu zadźgał Marię nożem, a córkę, która stanęła w jej obronie, ciężko ranił. O wydarzeniach w Drewnowie zrobiło się głośno, pojawiły się artykuły w prasie, Antyprzemocowa Sieć Kobiet zorganizowała akcję palenia wirtualnych świeczek dla zamordowanej. Jednak takich historii, realizujących schemat: zawieszenie - powrót do domu - zabójstwo, które przeszły bez echa, jest o wiele więcej.

W Płotach, małej wsi pod Zieloną Górą, kurator starał się o odwieszenie wyroku jednemu z mieszkających tam sprawców przemocy. Nie zdążył. W maju ubiegłego roku mężczyzna zadźgał żonę nożem, niemal odcinając jej głowę. Rok wcześniej, w Białogardzie, mąż za pomocą sznura i ostrych narzędzi torturował, a potem zabił swoją byłą żonę. W 2013 roku na policję w Częstochowie zadzwoniła kobieta, mówiąc że umiera, bo "właśnie zabił ją mąż". Kiedy policja dotarła na miejsce, kobieta już nie żyła. Jej zabójca tłumaczył, że "emocje wzięły górę", bo przestraszył się, że żona zadzwoni za policję i sąd odwiesi mu wyrok.

 - Wyrok w zawieszeniu nie tylko niewiele zmienia w życiu ofiary, ale też często zdarza się, że pogarsza jej sytuację - mówi Machnowska. - Sprawca przemocy ma większą świadomość grożących mu konsekwencji i staje się bardziej ostrożny. Nie oznacza to, że przestaje zachowywać się agresywnie, lecz po prostu zmienia metody na takie, które są bardziej wyrafinowane, trudniejsze do udowodnienia i zebrania dowodów.

Znęca się psychicznie, grozi, że zabije, wydziela pieniądze, wychładza mieszkanie, podtruwa, szykanuje... wachlarz działań jest nieograniczony. Często tak jak w Drewnowie, musi dojść do tragedii, żeby ktoś poza domownikami zorientował się, że koszmar, mimo wydania wyroku, trwał nadal.

Resocjalizacja - zrób to sam

Wierzyć, że sprawca sam "wyleczy się" z przemocy, to jak liczyć na pokonanie raka siłą woli. Eksperci powtarzają, że z przemocy, podobnie jak z nałogu, ogromnie trudno wyjść bez odpowiedniej terapii czy zajęć korekcyjno-edukacyjnych.  Tyle, że w Polsce tylko nieliczni mają szansę z nich skorzystać. W ubiegłym roku skierowano na nie niecałe 30 proc. skazanych. A, jak tłumaczy Izabella Banasiak, kurator sądowy, wyrok w zawieszeniu, któremu nie towarzyszy dozór kuratora czy obowiązek udziału w oddziaływaniach korekcyjno-edukacyjnych, nie ma większego sensu.

- Sporadycznie zdarza się, aby ktoś sobie poradził ze wzorcami, jakie otrzymał w rodzinie, środowisku pochodzenia czy które zaczerpnął z kultury i mediów - tłumaczy. - Przemocy można się oduczyć, chociaż rezygnacja z własnego autorytetu, posiadanej władzy i sprawowanej kontroli nie jest niczym przyjemnym. Dlatego, osoba która podejmuje takie starania, potrzebuje wsparcia.

W lipcu weszła w życie nowelizacja kodeksu postępowania karnego w myśl której, sądy powinny rzadziej zawieszać wyroki, częściej kierować sprawców na zajęcia korekcyjno-edukacyjne i skazywać ich na krótkookresowe więzienie. Wydaje się, że realizacja takich zapisów mogłaby rozwiązać problem. Jednak Alina Kula przestrzega, że nie ma co cieszyć się na zapas.

- W życie weszły nowe przepisy, ale co z tego. Problem przemocy w rodzinie nie istnieje ani od wczoraj, ani od roku, ani od pierwszego lipca. Już wcześniej sędziowie mieli bardzo dużo środków karnych, gdyby to było takie proste, to po prostu by z nich korzystali - mówi.

Jednak zmiany i zaostrzenie prawa to zapewne krok w dobrym kierunku. I kolejna nadzieja dla 700 tys. Polek, które każdego roku doświadczają przemocy domowej.

Aleksandra Suława


Dane statystyczne i cytaty z wyroków pochodzą z raportu opracowanego przez Fundację Pozytywnych Zmian "Art. 207 k.k. - znęcanie się nad osobą najbliższą. Monitoring śląskich sądów" oraz badań prof. Beaty Gruszyńskiej z Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości.

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje