Jak sobie poradziłam ze szkolnym wrogiem

Codziennie dzwoniłam do kogoś ze starej szkoły, żeby usłyszeć, że ze mną jest wszystko w porządku. Gdyby nie dawni przyjaciele, chyba bym oszalała. Pomogli mi opracować plan działania.

Reklama

Postanowiłam walczyć. Zaczęłam od drobiazgów.

Kiedy tylko była okazja, pomagałam ludziom z klasy. Komuś podpowiedziałam, gdy jąkał się przy tablicy albo pożyczyłam złotówkę, kiedy mu automat z colą zjadł monetę. Zaczęłam też odszczekiwać się Kaśce.

Kiedyś przy wszystkich stwierdziła, że się puszczam. Wkurzyłam się i walnęłam: "Jasne. Będę się od ciebie uczyć, znasz się na tym lepiej ode mnie". Przytkało ją, ktoś nawet parsknął śmiechem. Kaśka chyba zrozumiała, że nie dam się zjeść żywcem. Poczułam się dużo lepiej: potrafiłam się postawić! Wyznałam też wszystko rodzicom. Bardzo się przejęli i powiedzieli, że jeżeli do końca semestru moja sytuacja się nie zmieni, to mnie przeniosą do innej szkoły. Ale żebym na razie spróbowała sama rozwiązać problem.

Mama zasugerowała mi wizytę u szkolnego psychologa. Na razie nie chcę tego robić, ale może kiedyś skorzystam z jej rady. Potem za namową ojca napisałam do administratora NK z prośbą o usunięcie obraźliwych komentarzy. Zapisałam się też na kółko teatralne, na które chodzą ludzie z innych klas. Okazało się, że wiele z tych osób w ogóle nie słyszało plotek na mój temat! Szybko złapałam z nimi wspólną fazę, odkryłam, że to superludzie. Spędzam z nimi wszystkie przerwy i nareszcie nie czuję się samotna!

A Kaśka? Trochę odpuściła, bo chyba jej się znudziło. Zresztą niech sobie gada, zdobyłam już nowych przyjaciół!

*Imię bohaterki zostało zmienione.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje