Agnieszka Więdłocha: Potrafię walczyć o miłość

Choć zmaga się z nieśmiałością, kiedy trzeba, potrafi walczyć jak lwica. Zwłaszcza gdy chodzi o uczucie. W rozmowie z SHOW aktorka opowiada też o nowej roli, przemianie z dziewczynki w kobietę i nieudanych randkach.

Kilka dni temu skończyłaś 30 lat. Hucznie obchodziłaś urodziny?

Reklama

Agnieszka Więdłocha: - Miałam cudowną imprezę. Uznałam, że trzeba to uczcić. Przyszło sporo osób, było naprawdę fantastycznie. Oczywiście impreza, jak wszystko w moim życiu, była spontaniczna. Odbyła się w środku tygodnia. Następnego dnia koleżanka wysłała mi zabawny mem: "Piątek we wtorek? Lubię takie anomalie".

Trzydziestka jest dla ciebie przełomowa?

- Na pewno nie! To po prostu kolejne urodziny.

Pytam, bo to dla wielu kobiet ważny moment - zastanawiają się, na jakim etapie życia się znajdują, co z ich karierami i jak wygląda ich życie prywatne.

- U mnie jest wręcz przeciwnie. Uważam, że ludzie sami sobie robią krzywdę, zadręczając się takimi myślami. To ograniczające. Myślenie, że jakiś wiek jest przełomowy, że od tego momentu już czegoś nie możemy zrobić, tylko nas niepotrzebnie frustruje. Nie warto podchodzić do kolejnych urodzin z nastawieniem: coś się kończy, a coś zaczyna. Dla mnie dzień moich urodzin jest zawsze bardzo miły. Absolutnie nie dokonuję wtedy podsumowań, nie rozważam, co mi się udało, a co nie, czego już nie osiągnę, czy jestem fajna, czy może beznadziejna.

Czujesz się bardziej kobietą czy dziewczyną?

- Zależy od sytuacji. Czasem czuję się jak dziecko. Zwłaszcza na planach zdjęciowych, gdzie zazwyczaj jestem najmłodsza. Nie dość, że jestem filigranowa, to jeszcze teraz mam grzywkę, co mnie dodatkowo odmładza. Wszyscy podchodzą więc do mnie jak do nastolatki. Często w żartach się oburzam, żeby ze mną rozmawiano jak z równym i zwracano się do mnie z szacunkiem! (śmiech). Ale tak naprawdę mi to nie przeszkadza, bo nauczyłam się wykorzystywać swoją dziewczęcość i przerabiać ją na siłę. Z kolei w życiu prywatnym bardziej niż dziewczynką jestem kobietą. Bardzo odpowiedzialną. Owszem, jestem spontaniczna, ale jeśli już podejmę decyzję, to jest to przemyślane. Staram się mieć kontrolę nad tym, co się dzieje i być odpowiedzialna za siebie i innych.

Niebawem do kin wchodzi film "Planeta Singli". To twoja pierwsza duża rola. Denerwujesz się przed premierą?

- Troszkę tak, zastanawiam się, czy film spodoba się ludziom. Sama widziałam go jeszcze bez dźwięku i koloru i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobał. Mam poczucie, że widz dostanie coś bardzo szczerego i mądrego. I że ten film niesie w sobie prawdę.

To rzadkie przy takim gatunku jak komedia romantyczna. Te filmy zazwyczaj są dosyć schematyczne.

- Tu tego nie ma. Jest za to dobrze zagrana i poprowadzona historia. Cieszę się, że mówiąc o swoim filmie, mogę go pochwalić. Nie jestem zdystansowana do jego ostatecznego kształtu. Nie oszukuję kogoś, mówiąc że jest dobry. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zapraszam wszystkich na film, bo jest naprawdę dobry.

To prawda że po pierwszym dniu chciałaś zrezygnować z tej roli?

- Prawda. Wiesz, ja jestem bardzo niepewna siebie. Jestem też niezwykle nieśmiała. Nie mam w sobie takiej pewności, że to co robię, jest dobre. I wyszło to właśnie po pierwszym dniu zdjęciowym. Pamiętam, że akurat pierwszego dnia kręciliśmy jedną z najtrudniejszych scen w całym filmie. Jeszcze nie weszłam dobrze w postać, a tu już miałam tak trudną scenę do zagrania. Kręciliśmy ją przez całą noc. Kiedy po 13 godzinach usłyszeliśmy wreszcie z Maćkiem Stuhrem "OK, mamy to", poszłam do reżysera i producenta i powiedziałam: "Słuchajcie, jest pierwszy dzień zdjęciowy, więc możecie mnie zwolnić, ja się nie obrażę. Wiem, że nie wyszło najlepiej, nie poradziłam sobie. Bardzo was przepraszam". I w płacz. Obaj spojrzeli na mnie jak na wariatkę i mówią: "Więdłoszka, czyś ty oszalała? Co ty wygadujesz? To było fantastyczne! Idź do domu i wyśpij się". Byłam przekonana, że to przeze mnie tak długo kręciliśmy. Dopiero potem okazało się, że to wszystko trwało tak długo przez różne techniczne sprawy. Ekipa dopiero się dogrywała, bo to był pierwszy dzień. Niepotrzebnie spanikowałam. Kiedy później obejrzałam film i zobaczyłam tę scenę, pomyślałam: "Wow, naprawdę jest dobrze". Ale wtedy nie miałam na tyle dużej pewności siebie, żeby wiedzieć, że jest dobrze. Potrzebowałam, żeby mi ktoś powiedział, że dobrze gram.

Często potrzebujesz potwierdzenia swojej wartości?

- Zależy. Tu faktycznie tak było. Od reżysera potrzebowałam zapewnienia, że nie wychodzę poza rolę, że nie robię za dużo albo za mało. I on mi to dawał. Dzięki temu czułam się bezpiecznie. Z kolei przy innym moim filmie, który będzie miał premierę w marcu, sytuacja była odwrotna - wiedziałam, co robię i byłam pewna siebie, doskonale wiedziałam, jak chcę poprowadzić swoją postać. I nagle reżyser, już w trakcie kręcenia, stwierdził, że ma inny pomysł na tę rolę. Dla mnie to było strasznie trudne, bo postać, która już była przeze mnie ukształtowana, nagle stała się kimś innym. To było trudne, ale też ciekawe. Okazja, by sprawdzić siebie i nauka czegoś nowego.

Prywatnie też jesteś niepewna siebie?

- Jedno z drugim się u mnie przenika. Gdybym w życiu osobistym była bardziej pewna siebie, to i w pracy byłabym dużo bardziej pewna tego, co robię.

W filmie twoja bohaterka z nieśmiałej dziewczyny zmienia się w świadomą siebie kobietę.

- To jest postać, która przez różne sytuacje i ludzi, których spotyka, po prostu dojrzewa. Ale nie jest tak, że z szarej myszki nagle zmienia się w pewną siebie kobietę. To byłoby zbyt banalne. Nie chcieliśmy tego. Wierzę, że nie trzeba się zmieniać w kogoś innego. Dojrzewanie nie polega na tym, że musimy się diametralnie zmienić. To się dzieje w środku. Uważam, że nie musisz się zmienić dla innych. Musisz w życiu poznać odpowiednich ludzi, którzy pokochają cię taką, jaka jesteś.

Jak przebiegało twoje dojrzewanie, nabieranie świadomości swojej kobiecości?

- To wszystko działo się bardzo płynnie. Zawsze byłam bardziej dojrzała niż rówieśnice, bo o rówieśnikach nawet nie wspominam (śmiech). Byłam odpowiedzialnym dzieckiem. Okres buntu zaczęłam przechodzić właściwie dopiero po skończeniu studiów. Poczułam wtedy, że wreszcie ktoś mi zdjął z głowy klosz edukacji i teraz muszę sobie odbić ten czas grzecznej dziewczynki. Moi rodzice byli zdziwieni (śmiech).

Zdarzyło ci się, tak jak twojej bohaterce, szukać miłości w sieci? Uważasz, że to dobry kierunek?

- Myślę, że każdy kierunek, który zbliża nas do znalezienia miłości, jest dobry. To, jak szukamy tej miłości, zależy tylko od nas i nie ma co tego oceniać. Sama nigdy nie szukałam jej w sieci, bo jestem mało internetowa. Ale ten film pokazuje, że można ją odnaleźć dosłownie wszędzie, nawet tam. Sama mam znajomych, którzy poznali się właśnie w sieci i są dziś bardzo szczęśliwym małżeństwem. Wydaje mi się, że te wszystkie portale randkowe, na których określasz, kogo szukasz, bardzo ułatwiają sprawę. Bo jeśli ktoś tak jak ja lubi czytać książki i jeździć na rowerze, to kliknie na osoby o identycznych zainteresowaniach, odrzucając tych czytających komiksy i jeżdżących na snowboardzie. To superułatwienie i oszczędność czasu, więc to romansowanie w sieci wydaje mi się całkiem odpowiednie.

Sama podrywasz? Masz odwagę wyjść z inicjatywą?

- Zawsze byłam tak potwornie nieśmiała, że dopóki ktoś mnie nie poderwał, nie nawiązałam żadnej znajomości. W podstawówce spodobał mi się starszy kolega. Latami cierpiałam, bo on traktował mnie jak młodszą koleżankę. W łazience na zaparowanym lustrze pisałam palcem jego inicjały albo zamykałam się w pokoju, zapalałam świeczki i przy dźwiękach The Police umierałam z tęsknoty. A wystarczyło podejść i powiedzieć: "Słuchaj, chyba mi się podobasz, co ty na to, żebyśmy poszli na spacer?". Oczywiście nigdy w życiu tego nie zrobiłam. Co ciekawe, po latach wyszło, że ja też mu się bardzo podobałam. Tylko był przekonany, że jako chłopczyca łażąca po drzewach nie jestem zainteresowana facetami. Ta historia pokazuje, że szczęściu czasami chyba jednak trzeba pomóc i jeśli ktoś nam się podoba, jednak warto dać mu to do zrozumienia.

Dziś już umiałabyś zawalczyć o miłość?

- Jestem Lwicą i teraz już mam takie poczucie, że jeśli kogoś kochasz, warto o niego zawalczyć. Myślę, że potrafiłabym to. Oczywiście nikogo nie da się zatrzymać ani zmusić do miłości, bo sami sobie robimy wtedy krzywdę. Znam jednak pary, które bardzo o siebie walczyły i wyszło im to na dobre. Ale tak naprawdę życie pokazuje, że nie ma jednego sposobu na wszystko. Każda miłość jest inna.

Z jednej strony osobom popularnym łatwiej kogoś poznać, bo macie szersze grono znajomych. Z drugiej jednak strony musicie zachować zdwojoną czujność, wpuszczając kogoś do swojego świata.

- To prawda. W kontaktach z mężczyznami jestem bardzo ostrożna. W ogóle lepiej dogaduję się z kobietami. Myślę też, że im jest się starszym, tym trudniej kogoś poznać, komuś zaufać. Dotyczy to zarówno miłości jak i przyjaźni. Im jest się starszym, tym trudniej utworzyć bardzo silną więź, choć zdarzają się wyjątki. Ja jestem tego przykładem. Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, wbrew tej regule, w wieku 26 lat poznałam wielu przyjaciół. Zbieranie ludzi i dobrej energii jest dla mnie bardzo ważne. Mam przyjaciół z różnych środowisk. Przyjaźnię się też z ludźmi z podstawówki i liceum. Potrzebuję dobrych ludzi wokół mnie. Oni traktują mnie jako Agnieszkę, a nie znaną osobę. Nikt mnie nie traktuje wyjątkowo. Wręcz drą ze mnie łacha.

Flirtujesz?

- Zdarza mi się, choć to raczej na zasadzie chronienia siebie, bo wtedy mam poczucie, że wyznaczam granicę. I pilnuję, żeby nikt nie wszedł w moją przestrzeń. To ja kontroluję sytuację i nie doprowadzam do tego, że ktoś mnie jawnie podrywa, bo to mnie bardzo peszy. Taka sytuacja mnie onieśmiela, nie wiem co zrobić, jak się zachować. A flirtowanie sprawia, że to ja steruję sytuacją.

Najdziwniejszy tekst, na jaki próbowano cię poderwać?

- Dziwnych ani śmiesznych haseł nie pamiętam. Przydarzyły mi się natomiast dwie fajne sytuacje. Raz idąc ulicą w Łodzi, minęłam chłopaka. Byłam zatopiona w swoich myślach, nawet go nie zauważyłam. Tymczasem on zawrócił, podbiegł do mnie i powiedział: "Jesteś obłędna. Czy możemy się umówić? Wiem, że to dziwne, że cię tak zaczepiam, ale naprawdę nie jestem żadnym świrem. Po prostu bardzo chciałbym się umówić z tobą na herbatę. Dasz się zaprosić?". To było bardzo urocze. Musiałam mu odmówić, bo miałam wtedy chłopaka, ale było to bardzo, bardzo miłe. Kiedyś też dostałam maila od nieznajomego. Gdzieś mnie zauważył i przez znajomych zdobył mój adres. To było bardzo romantyczne, nawet wymieniliśmy kilka wiadomości. Natomiast jeśli chodzi o klasyczny podryw w klubie to nigdy mi się to nie przydarzyło. Naprawdę, nigdy nie zostałam poderwana w klubie. Najbliżej był filmowy Tomek (Maciek Stuhr) w "Planecie Singli", gdzie w jednej z pierwszych scen dosiadł się do mojego stolika, próbował oczarować i... no cóż, nie wyszło (śmiech).

Randka, którą szczególnie zapamiętałaś?

- Bardzo mało randkowałam w życiu. Ale faktycznie, była taka jedna randka... Kiedyś przez 2,5 godziny koleś opowiadał tylko i wyłącznie o sobie. Słuchałam tego i myślałam: "Wow, ile można mówić o sobie?". To było szokujące. On nie chciał się potem odczepić, bo miał poczucie, że świetnie mu się ze mną rozmawiało (śmiech). Byłam też na randce w ciemno. Koleżanka umówiła mnie ze swoim kolegą. Miałam wtedy słaby czas, a jednak poszłam. Po powrocie stwierdziłam, że całkiem fajnie nam się rozmawiało. Tymczasem okazało się, że on był zszokowany, że mówię aż tak dużo złego o facetach (śmiech). Wyszło na to, że jestem feministką i nienawidzę facetów. Zaczął nawet podejrzewać, że jestem lesbijką (śmiech).

- Przygotowując się do roli w "Planecie Singli", przeprowadziłam też pewien eksperyment. Włączyłyśmy z koleżanką Tindera (aplikacja internetowa ułatwiająca zawieranie znajomości) i ku naszemu zdziwieniu znalazłyśmy tam znajomego, który ma rodzinę. Kiedy już ochłonęłyśmy, wybrałyśmy się do klubu. Chciałam zobaczyć, jak wygląda to całe podrywanie. Popatrzyłam na chłopaka, wskazałam na niego palcem i mówię: "Ten". I on naprawdę podszedł! Byłam w szoku. Okazał się bardzo fajnym chłopakiem, do dziś mamy kontakt. To było ciekawe doświadczenie. Ale zaznaczam - to był wyłącznie eksperyment do filmu!

Bywało, że mężczyźni przez ciebie płakali?

- Tak! Oni zawsze płaczą, to jest niesamowite.

Twój nowy film ma być hitem walentynkowym. Obchodzisz to święto?

- Nie, ale też nie mam już do tego dnia negatywnego nastawienia. Kiedyś się bardzo buntowałam, że to sztuczne święto, które przyszło do nas z Ameryki i chodzi w nim głównie o nabijanie kabzy wielkim firmom. Teraz, kiedy patrzę na swoich rodziców, myślę że może to święto jest dla taty okazją, żeby zrobić coś romantycznego dla mamy? Może więc to nie jest takie głupie? To też taki dzień, w którym łatwiej zaprosić kogoś na randkę, bo mamy więcej odwagi. Czujemy, że dużo więcej możemy. Jeśli tak spojrzeć na walentynki, to OK. W tym roku może więc będę je obchodzić?

Co jest dla ciebie najważniejsze w związku?

- Zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. To podstawa, na której dopiero można coś budować. Mam dużą potrzebę bezpieczeństwa. Dopóki nie czuję się przy kimś pewnie i dobrze, nie ma szansy na coś głębszego. Muszę czuć, że dana osoba mnie nie zawiedzie. Ważna jest też dla mnie chęć podróżowania. Fajnie, jeśli druga osoba, tak jak ja, nie może usiedzieć w miejscu. Właśnie wróciłam z Portugalii. Było fantastycznie. I już nie mogę się doczekać kolejnej podróży.

Plany na ten rok?

- Jak wszystko u mnie - spontan. Nigdy niczego nie planuję. Oczywiście cierpię przez to finansowo, bo planując podróż z wyprzedzeniem, można sporo zaoszczędzić, ale ja tak nie umiem. Kiedy mam trochę wolnego, chcę natychmiast wyjechać.

W jakim momencie życia teraz jesteś?

- Fajnym. Dużo dobrego dzieje się w moim życiu prywatnym i zawodowym. No i grzywka. Czuję się super. Zmiana włosów u kobiety jest ważna i symboliczna. Od siedmiu lat niczego nie mogłam w sobie zmienić, bo wciąż miałam kontynuacje projektów. Teraz wreszcie to zrobiłam. Mała zmiana, a cieszy. Zrobiłam ostatnio mnóstwo ciekawych rzeczy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że wybrałam dobry zawód. To mi dało spokój i sprawiło, że przestałam się tak wszystkim martwić. Czuję, że ze wszystkim sobie poradzę. I jak to zwykle u mnie - wszystko zrobię po swojemu.

Justyna Kasprzak


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje