Andrzej Sołtysik: Żeby tego nie zepsuć

Dzięki terapii po latach uporał się z trudnym dzieciństwem. W rozmowie z SHOW opowiada o błędach swoich rodziców, których nie chce powtarzać, radości z bycia tatą i małżeństwie, które sprawiło, że stał się innym mężczyzną.

Co u pana nowego?

Reklama

Andrzej Sołtysik: - Same dobre rzeczy. Dziś na przykład jest bardzo fajny dzień i mam świetny humor, bo wczoraj oglądałem najlepszy od dziewięciu lat mecz piłki nożnej: Liverpool - Borussia Dortmund. Uwielbiam piłkarskie emocje! Mecz oglądałem sam w hotelu, gdzie się zatrzymuję, gdy przyjeżdżam co tydzień do Warszawy do pracy. Moja rodzinka jest teraz nad morzem, mają świetną pogodę i bardzo za mną tęsknią.

Żyje pan ostatnio w rozjazdach, mieszka w Krakowie, ale w Warszawie pracuje i nagrywa swój program "Andrzej Sołtysik przedstawia".

- W rozjazdach to ja jestem od ładnych paru lat... Kraków to dom i rodzina, a Warszawa to praca. Dla mnie te trzysta kilometrów odległości dzielącej oba miasta nie stanowi problemu. Szczególnie teraz, gdy jest pendolino! W Warszawie co tydzień goszczę filmowo w "Dzień Dobry TVN" i nagrywam wspomniany przez panią program. Wczoraj rozmawiałem w nim ze Sławomirem Idziakiem - fantastyczna rozmowa. Potem miałem kolejny wywiad, znacznie trudniejszy, z Janem Englertem.

Najlepszy wywiad w pana życiu?

- Chyba ten z Melem Gibsonem podczas festiwalu filmowego w Wenecji w 1995 roku. Żeby tam dotrzeć, przejechałem 1100 kilometrów fiatem Uno. Nagrywałem mikrofonem RMF i pamiętam, że ze stresu potwornie trzęsła mi się ręka. Na rozmowę miałem 20 minut, a robiłem to po raz pierwszy. Niezłe przeżycie. Samej rozmowy nie pamiętam, ale okoliczności mocno utkwiły mi w pamięci. Dobrze zapamiętałem też pierwszy poważny wywiad w radiu. Rozmawiałem ze Zbigniewem Preisnerem. Po fali sukcesu "Dekalogu" i "Weroniki" to był czas przełomu, kiedy on i Kieślowski zaczęli pracować wreszcie za 10 razy większe stawki niż wcześniej. Byli królami życia. Spotkanie z nim było stresujące, ale potem... było już tylko lepiej.

Zaraża pan swoją miłością do kina najbliższych?

- Oglądanie filmów to przeżycie intymne. Mimo że masowe, bo przecież oglądamy filmy w kinie, w tłumie obcych ludzi. Ale i tak to intymne obejrzeć film, zagłębić się w pewną historię. Nie oglądam filmów w komputerze - dla mnie zobaczyć film to znaczy pójść do kina. Czasem podrzucam żonie jakiś tytuł, mówię, co warto zobaczyć, ale od ośmiu miesięcy Pati raczej nie ma na to czasu.

Co dobrego pan ostatnio widział?

- Bardzo niedobrego Herzoga - film pod tytułem "Królowa pustyni". Owszem, Nicole Kidman ma tam świetne ciuchy, ale nic więcej. A niby mistrz Herzog. Nuda. Bohaterka przemieszcza się z jednej strony pustyni na drugą, paradując w tych swoich strojach i tyle. Nic z tego nie wynika. Nie polecam. Świetny jest natomiast film "Bulwar" z Robinem Williamsem. Patrzyłem na Williamsa jak na maskę pośmiertną. Wielki aktor, facet, który niedawno popełnił samobójstwo. Przypomniałem sobie, jak spotkałem go kiedyś w Piotrkowie Trybunalskim na planie filmu "Jakub kłamca". Zrobił wtedy wielkie show podczas konferencji prasowej. Był niezwykłym człowiekiem i wspaniałym aktorem.

Kiedy trzy lata temu ruszał program "Bagaż osobisty", pisano, że to pański wielki powrót do telewizji. A teraz słyszę, że wraca pan do "Dzień Dobry TVN" jako prowadzący.

- Hmm, w "Dzień Dobry TVN" jestem co czwartek rano.

Praca w telewizji uzależnia?

- Szczerze mówiąc, coś w tym jest. I nie pomijam tu aspektu finansowego. Jakiś czas temu Marcin Prokop powiedział wprost, że zarabiamy w telewizji ohydnie dużo. Mnie się zdarzyło raz w życiu tak ohydnie dużo zarobić w telewizji. I przyznaję, że to może uzależniać. Jeśli ktoś przywyknie do życia na pewnym poziomie i w pewnym tempie, a potem tempo nie spada, ale dochód się kurczy niemal do zera, odczuwa się to.

Jaki jest pański bagaż życiowych doświadczeń?

- Pięćdziesięcioletni (śmiech).

Co pana ukształtowało?

- W 1989 roku udało mi się wyjechać na rok do krewnych do Anglii. Zmywałem naczynia, rozwoziłem ulotki, zbierałem pieczarki. Nauczyłem się angielskiego i wróciłem. Tuż po powrocie do kraju trafiłem do radia RMF, które właśnie powstawało. Prowadzili nabór i akurat potrzebowali kogoś, kto by tłumaczył z angielskiego. Usilnie się starałem o spotkanie z tym Miszczakiem na tym kopcu (Kopcu Kościuszki w Krakowie - przyp. red.) i się udało! Któregoś dnia pojawiłem się tam i rozpoczęła się moja historia. Miszczak (Edward, dziś dyrektor programowy TVN - przyp. red) miał wtedy 35 lat! To była fantastyczna robota i szkoła zawodowa.

- Studiowałem wtedy filmoznawstwo i oglądałem dużo filmów. Jednocześnie imałem się różnych zajęć. A tu w radiu zaczęła się poważna praca dziennikarska - magnetofon, płyta, adapter, playlista. Tłumaczyłem na polski informacje prasowe z radia angielskiego. Nazywało się to "nasłuch angielski". Nasłuch polski też był i polegał na zrzynaniu z Jedynki i Trójki i przeredagowywaniu. To była fantastyczna robota i fantastyczni ludzie. I to był mój przełomowy życiowy moment, bo od tamtej pory jestem w mediach. Siedem lat radia, a potem przez kolejne lata telewizja. Wcześniej byłem zwykłym studentem, który dorabiał m.in. jako bileter w kinie. Pamiętam, że po trzech próbnych miesiącach zostałem zatrudniony w radiu za 1250 złotych i miałem dyżury od 19 do 9 rano. Te nocne dyżury powodowały z kolei, że moje życie towarzyskie kwitło...

I tak płynnie przechodzimy do przełomowego momentu w życiu prywatnym...

- Chodzi pani o moją pierwszą noc na kopcu spędzoną z Bogdanem Rymanowskim? (śmiech) On wtedy miał serwis, a ja mu robiłem nasłuch angielski.

Momenty przełomowe dla mężczyzny to podobno wybudowanie domu, spłodzenie syna i zasadzenie drzewa.

- Hmm, syna już mam.

Co z domem? Już go pan zbudował?

- Dwa razy wydawało mi się, że tak. Miałem mieszkania, zakładałem rodziny, ale potem się rozwalało niczym domek z kart. Z Patrycją jest inaczej, chociaż jeszcze domu w sensie fizycznym nie zbudowałem. Ale właśnie się do tego przymierzam. Mam już oszczędności, mam plany, nawet projekt. Czekam jeszcze na formalne rozstrzygnięcie dotyczące działki.

Jaki będzie ten dom?

- Nieduży. Na górze spora łazienka i trzy pokoje - nasza sypialnia i pokoje dla dzieci. Bo planujemy dwoje - nie da się inaczej, musi być para. Stanisław potrzebuje siostry!

Jego pojawienie się wywróciło pana życie do góry nogami?

- Zdecydowanie! Ale raczej w takim sensie mentalnym, poukładałem sobie wiele spraw. Zrozumiałem, co jest ważne. Nareszcie mam prawdziwą rodzinę. Z prozaicznych spraw musiałem zmienić trochę swoich przyzwyczajeń i już nawet nauczyłem się oglądać mecze na ściszonym telewizorze! Staszkiem na co dzień zajmuje się Patrycja, która jest mamą na pełen etat, więc o rewolucji i zmianie wszystkiego ona ma więcej do powiedzenia. Cieszy mnie, jak bardzo odnalazła się w roli matki. Szkoda tylko, że ja musiałem ustąpić miejsca młodszemu! (śmiech)

Stanisław jest do pana podobny?

- Nie. Proszę zerknąć na zdjęcie, wygląda jak skóra zdarta z jego dziadka Janusza, czyli taty Patrycji. Nie jest do mnie ani trochę podobny, ale jest wspaniałym, ślicznym chłopcem.

O czym pan myśli, kiedy pan na niego patrzy?

- Że jest wspaniały! I że chcę, aby miał szczęśliwe dzieciństwo, aby dorastał w fajnej rodzince, w miłości, spokoju, bez kłótni i awantur, jakie fundowali mi moi rodzice.

Te obrazki z dzieciństwa zawsze zostają w psychice. Pan otwarcie przyznał, że korzystał z psychoterapii.

- Nadal korzystam z mojego płatnego przyjaciela (śmiech).

Dlaczego to wciąż jest temat tabu?

- Nie wiem, może dlatego, że w polskim kinie zabrakło kogoś takiego jak Woody Allen? Z jego podejściem do życia, autoironią i wciąż pojawiającym się w jego filmach motywem psychoanalityków?

Dziś po latach terapii nazwałby pan siebie szczęśliwym człowiekiem?

- Tak, nawet bardzo szczęśliwym. A to dlatego, że się trochę uspokoiłem. Mam kochającą żonę i synka. Prawdziwą rodzinę, z którą buduję dom. Nie rozpamiętuję przeszłości, bo jej nie zmienię. Nie cofnę czasu. Staram się cieszyć małymi sprawami i pamiętać, że "życie jest tylko jedno", jak powtarza moja żona.

Co robicie 9 maja?

- To dzień naszej pierwszej rocznicy ślubu i przyznam, że mam pewien szatański pomysł, jak go spędzić, choć nasz mały trochę przeszkadza w pełnym romantyzmie - spontanicznym wyjeździe itp. Chciałbym zawiązać Patrycji oczy i zaprowadzić ją do sypialni z widokiem na Wawel, którą mieliśmy wynajętą w noc poślubną. Ma być lekko i romantycznie, ale też bez prze przesady, żeby nie przecukrzyć. Chcę pokazać Pati, że ta rocznica jest ważna, że ten rok jest ważny. Dzień wcześniej są imieniny Stanisława. Jedziemy więc do dziadków i prababci Ireny (żony Stanisława seniora), a następnego dnia jest nasze święto. Pamiętam, że po ślubie oboje z Pati byliśmy zaskoczeni, jakim ogromnym przeżyciem była cała uroczystość i wesele! Następnego dnia obudziliśmy się i byliśmy podekscytowani tym, co się wydarzyło, byliśmy szczęśliwi, że to zrobiliśmy.

Nie bał się pan po raz trzeci ryzykować?

- Chyba się nie bałem... Pati już wtedy była w ciąży i to ustawiało zupełnie inną perspektywę. Nagle ślub stał się oczywisty. To się po prostu powinno zdarzyć dla Stasia. Nie była to więc trudna decyzja.

Denerwował się pan tak jak za pierwszym razem?

- Urodziłem się na wsi, więc jestem chłopem, a oni mają to do siebie, że posiadają cechę zapomnienia. Nie pamiętam emocji z mojego pierwszego i drugiego ślubu. Pamiętam ten sprzed roku, w hotelu w Krakowie. Był wyjątkowy. Poza rodziną udało mi się zgromadzić bliskich znajomych. Takich naprawdę bliskich kumpli. Zebrało się fajne grono ludzi. DJ-a dostaliśmy w prezencie, bo zagrał nam Hirek Wrona. Pamiętam, jak go prosiłem, żeby puścił disco polo. Mówię mu: "Hirek, to jest wesele, zagraj chociaż trzy numery". Na co on: "Ja takiej muzyki nie gram". Przekomarzaliśmy się, aż w końcu zagrał to diabelne "Ona tańczy dla mnie" i wszyscy poszliśmy w tany.

Jak ten rok małżeństwa pana zmienił?

- Spowodował, że jest nas trójka. Nasze małe mieszkanko zamieniło się w jeden duży pokój dziecięcy. Za to moje życie się unormowało: wstaję rano i idę do pracy, a potem jak najszybciej pędzę do domu. Spędzamy razem czas, a potem jest kąpiel i usypianie. Gdy zaczyna się wieczorny rytuał zasypiania Stasika, ja się wymykam na klatkę na papierosa. Na nocne karmienie się nie budzę, mam twardy sen.

Nie obawiał się pan późnego rodzicielstwa?

- Nie. Wiem, że kiedyś ciężko będzie za małym biegać, ale będę się starał. Tak się zdarzyło, że kobiety, z którymi się wcześniej wiązałem, nie były typami matek. Poza tym uważam, że mężczyźnie siłę do rodzicielstwa daje kobieta. Będąc z Pati, wiedziałem, że to jest ona i że to z nią chcę mieć dziecko.

To się wie już od pierwszego wejrzenia?

- Zasadniczo tak. Patrycję spotkałem w kinie. Przyszła coś zostawić w biurze. Weszła zjawiskowa 21-latka na 11-centymetrowych szpilkach, z ciemnymi rozpuszczonymi włosami. Z wrażenia coś wybełkotałem. Są dwie wersje tego, co wtedy na jej widok powiedziałem - wersja literacka i wersja Patrycji. Rzeczywista jest, niestety, jej. Twierdzi, że powiedziałem wtedy: "Drogie są dziś bilety do kina, nieprawdaż?" (śmiech). Wygląda, że mogłem to być ja. W mojej wersji oczywiście zachowałem się mądrzej i rzuciłem: "Co ty tu robisz, jak masz na imię i czy czytałaś »Nieznośną lekkość bytu?«" - lepsze, nie? Badania w IPN trwają. Niestety, Pati ma pamięć słonia, a ja swoją chłopską skłonność do zapominania...

Wieś wpłynęła na pana, ukształtowała?

- Do niedawna uważałem, że nie. Bo to była wieś, ale mama była nauczycielką, mieliśmy kolorowy telewizor, czterotomową encyklopedię, automatyczną pralkę i żyliśmy na dobrym poziomie. Ale z drugiej strony pewne skazy na tym dzieciństwie były i one z pewnością na mnie wpłynęły. Tata pił za dużo, mama zawsze wrzeszczała i wciąż toczyły się wojny między nimi. Nie umieli stworzyć ciepłego domu, w którym chce się być i do którego chce się teraz wracać.

Czego chciałby pan nauczyć syna?

- Tylu rzeczy... Żebym tylko nie przesadził! (śmiech)

Pierwszy film, który mu pan pokaże?

- Coś, co każdy młody człowiek musi zobaczyć poza "Popiołem i diamentem" Wajdy i "Ojcem chrzestnym"? Może "Do utraty tchu"? To klasyk. Tak na serio już ustaliliśmy z Patrycją, że będzie to "Król Lew". 

O czym marzy szczęśliwy mężczyzna?

- O tym, żeby kupić sobie wymarzony samochód, kiedy już będę miał swój dom i swoje drzewo.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje