Anita Sokołowska: Ostra jędza? Wcale nie!

Ludzie boją się do niej zagadać, bo widzą w niej pracoholiczkę Zuzę z „Przyjaciółek”. Jaka jest prawdziwa Anita? Co zrobiłaby z wielkimi pieniędzmi? Czego zazdrości innym aktorkom? I dlaczego lubi, gdy jej syn się... nudzi?

Gdyby wygrała pani sześć milionów złotych, co by pani z nimi zrobiła?

Reklama

Anita Sokołowska: - Po pierwsze, pojechałabym z rodziną na wyprawę dookoła świata, po drugie zyskałabym niebywały komfort w podejmowaniu decyzji o pracy i mogłabym pracować odrobinę mniej. Chciałabym również część pieniędzy przeznaczyć na pomoc komuś, kto ma trudniejsze życie, kto marzy o czymś, co dla nas wydaje się normalnością. Może wybudowałabym szkołę w Afryce? Tak już jestem skonstruowana, że darzę ogromnym szacunkiem osoby, dla których własne "ja" nie jest na pierwszym miejscu, którzy potrafią dzielić się tym, co mają.

Pani egoistką nie jest. Za to jest pani nieśmiała.

- Mam 41 lat i jakieś doświadczenie życiowe. Przez te lata nauczyłam się wiele, także rozmawiania z ludźmi. Muszę jednak przyznać, że gdy idę na jakieś spotkanie z osobami, których nie znam, jest to dla mnie emocjonalna masakra i stres. Z czasem przekonałam się, że moja osobowość jest OK, że ludzie lubią ze mną przebywać. Ale dość długo wydobywałam się z Anitki, która denerwowała się, gdy szła do sklepu, żeby coś kupić.

Przyjaźń na planie. To jest możliwe?

- Jest możliwa, jeśli potrafi się odciąć od elementu zazdrości o karierę. Świat aktorów to trudny świat - ludzi wrażliwych , czasami niespełnionych, rozczarowanych, ale też takich, którzy zachłysnęli się sławą. Lecz wielu jest w tym świecie ludzi interesujących i wrażliwych, wtedy zdarzają się są naprawdę trwałe przyjaźnie.

A koleżanki z "Przyjaciółek"?

- Bardzo się lubimy, spędzamy ze sobą wiele czasu na planie, mamy naprawdę ciepłą relację. Jednak wszystkie pracujemy i na spotkania prywatne raczej nie udaje nam się znaleźć czasu.

Jest w tej relacji miejsce na zwierzenia?

- Kobiety zawsze mają o czym rozmawiać, a mężczyźni dostarczają nam naprawdę wielu tematów. Zwłaszcza w gorących okresach naszego życia prywatnego. 

Jak przy natłoku zajęć wychowywać dziecko? Jest pani supermamą?

- Oby! Gdy pracuje się tak dużo jak ja, to tak do końca się tego nie wie. Ale udaje mi się odnaleźć równowagę między pracą i dzieckiem, bo macierzyństwo jest dla mnie priorytetem. Zawsze tak wszystko układam, żeby dużo czasu spędzać z synem. Moje życie towarzyskie praktycznie nie istnieje. Gdy mam do wyboru spotkanie na mieście albo wykąpanie syna i położenie go spać, wybieram to drugie.

Gdy widzi pani utalentowane dzieciaki w programie "The Brain", też stara się pani być mamą, która pozwala synowi szukać talentu?

- Tak, bo wychodzę z założenia, że dziecko ma być po prostu szczęśliwe. Kiedy mój partner Bartek wymyśla, kim nasz syn może być w przyszłości, przypominam sobie własne dzieciństwo. Rodzice pozwolili mi na totalne szaleństwo. Miałam swoją pasję - raz w tygodniu chodziłam na zajęcia taneczne. Na co dzień mogłam bawić się na trzepaku, biegać po podwórku i nic nie robić. I tak też chcę wychować Antka. Nie musi być geniuszem. Nasz syn świetnie się wspina i jego tata chodzi z nim na ściankę, ale nie na regularne zajęcia. Na razie patrzymy, co się może z tego zrodzić. Mądrość rodzicielska w moim przekonaniu polega też na tym, żeby nie naciskać, tylko dać dziecku wolność wyboru. Wyścig szczurów zaczyna się w przedszkolu. I to jest straszne. Moje pokolenie jeszcze biegało beztrosko po blokowiskach, a raz w tygodniu w sobotę szło się do kina z tatą na poranek i to było ekstra. Dlatego jestem zdania, że dziecku też trzeba się pozwolić nudzić. Bo dopiero wtedy zaczyna być kreatywne i ze sznurka, kartki czy pudełka po butach zrobi fajną zabawkę.

Pani nie ma zbyt wiele czasu na nudę.

- Bo mam bardzo intensywny czas. Ale nie będę narzekała na robotę... Na szczęście kocham ją i nie zamieniłabym aktorstwa na inny zawód.

Czy pojawiły się inne pomysły na życie? Bacówka w Bieszczadach?

- O, na przykład! Czasem taka myśl przychodzi mi do głowy. Ale gdy porozmawia się o tym z ludźmi, którzy rzucili Warszawę i wyjechali w góry, nie jest tak kolorowo i romantycznie. To jest ciężki kawałek chleba i zobowiązanie. 

Pani ma teraz aż trzy: "Przyjaciółki", "The Brain" i "Na dobre i na złe". W tym ostatnim Lena znów ma Latoszka na celu.

- Celowo z Bartkiem Opanią tak prowadzimy te nasze role, żeby nic nie było oczywiste, żeby to była historia żurawia i czapli. Zawsze ciekawiej jest grać, że się goni króliczka niż go złapać.

Może Lena powinna się zakochać w jakimś innym doktorze?

- Może i Lena by chciała, ale widzowie by na to nie pozwolili. Zrobiono badania, z których wyraźnie wynikało, że fani serialu nie wyobrażają sobie doktor Starskiej w ramionach innego mężczyzny.

Co widzowie mówią o Zuzie z "Przyjaciółek"? Że to twarda suka?

- Trochę tak, i gdy zaczęłam grać Zuzę, ludzie zaczęli bać się do mnie podchodzić. Ktoś się do mnie uśmiechał, a potem wycofywał, bo skojarzył mnie z ostrą jędzą z "Przyjaciółek". Ten "czar" pryska, gdy ktoś ze mną jednak odważy się porozmawiać. Wtedy się przekonuję, że jestem zupełnie inna niż moje bohaterki.

Katarzyna Jaraczewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje