Anna Guzik: Schudła dla męża

Dobiega czterdziestki, a wygląda lepiej niż kiedykolwiek! Aktorka zdradza sekret idealnej sylwetki. Mówi też, czy małżeństwo na odległość sprzyja szczęściu i jak żyje jej się z dala od stolicy.

Iwona Zgliczyńska: Słyszałam, ze nauczyłaś się gotować dopiero w swoim programie "Zdrowie na widelcu".

Reklama

- Na szczęście mój mąż oraz przyjaciele mogą zaświadczyć, że to nieprawda! Choć, oczywiście, zanim zaczęłam prowadzić program, w moim domu królowała tradycyjna, tłusta śląska kuchnia. Dzięki "Zdrowiu na widelcu" odkryłam całą masę nowych, ciekawych i zdrowych przepisów, z których część znalazła już stałe miejsce w moim domowym menu.

Co konkretnie?

- Pieczony łosoś. Mieszamy olej sezamowy z sosem sojowym i marynujemy w nim łososia. 10-15 minut w lodówce wystarczy. Potem posypujemy rybę prażonym sezamem i wstawiamy na 15 minut do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Szybkie, smaczne, soczyste i zdrowe danie. Nie lubię skomplikowanych przepisów. Brakuje mi do nich cierpliwości i czasu. Moja kuchnia musi być zdrowa i szybka! Celebrować mogę, kiedy wszystko już jest gotowe. Wtedy nalewam kieliszek wina, siadam przy stole i wrzucam na luz.

Zdrowe odżywianie na pewno w tym pomaga, ale co jeszcze robisz, że tak dobrze wyglądasz?

- Bardzo dziękuję za komplement. W końcu jakiś pozytywny efekt mojego braku bywania na salonach! Bo zdecydowanie łatwiej wychwycić zmianę, jeśli się kogoś dawno nie widziało. 

Od czego zaczęłaś zmiany?

- Od odpowiedzi na pytanie, jak chciałabym, aby wyglądało moje życie i ja sama za dziesięć lat. Czasem, zwłaszcza jeśli pędzimy, nie zastanawiamy się, dokąd prowadzą nas nasze wybory. Dajemy się ponieść fali. Jeśli czujemy się spełnieni, to znaczy, że "płyniemy" w dobrym kierunku. Problem się pojawia, jeśli czujemy się nie na miejscu albo gdy czegoś nam brakuje. Ja w pewnym momencie postanowiłam zmienić siebie i swoje życie.

Możesz nam to trochę przybliżyć?

- No cóż, doszłam do wniosku, że nie samą pracą żyje człowiek i nie może być tak, że przez cztery miesiące nie mam dnia wolnego. To nie służy ani współpracownikom, ani pracy twórczej, ani mnie samej.

Chcesz powiedzieć, że schudłaś, bo doszłaś do wniosku, że za dużo pracujesz?

- O dziwo tak. Bo wreszcie zaczęłam mieć czas na śniadania, regularne posiłki, pasje i przyjaciół.

I chyba na miłość, bo właśnie w tym czasie spotkałaś męża...

- Tak, mąż to prawdopodobnie główna przyczyna mojej przemiany, w każdym razie on tak twierdzi! (śmiech).

Ale oprócz niego pokochałaś też sport, na przykład grę w tenisa.

- Postanowiłam, że muszę znaleźć dla siebie taki rodzaj aktywności fizycznej, który będzie mi sprawiał frajdę i który będzie mnie mobilizował. Zaczęłam się uczyć tenisa cztery lata temu w maju, a w lipcu wzięłam już udział w turnieju! Muszę przyznać, że zaraziłam się tym sportem na całego. W tym roku udało mi się wygrać turniej Baltic Cup, z czego jestem szalenie dumna!

Jakie jeszcze sporty uprawiasz?

- Uwielbiam pływanie i marszobiegi. A ponieważ mieszkam na co dzień w Beskidach, więc często można mnie również spotkać w górach - na Błatniej, Klimczoku, Szyndzielni czy Magurce.

W Bielsku-Białej ludzie są inni niż w Warszawie?

- Myślę, że ludzie wszędzie są tacy sami, tylko okoliczności narzucają nam różne modele funkcjonowania. W Warszawie tempo życia jest zdecydowanie szybsze, a odległości zdecydowanie większe. Dlatego łatwiej mi spotkać się z przyjaciółmi w Bielsku-Białej niż w Warszawie. W stolicy skupiam się na pracy na planie, a w Bielsku pracuję w teatrze, ale przede wszystkim prowadzę dom.

Ciekawe, czy mieszkańcy Bielska-Białej przychodzą do teatru obejrzeć "tę Guzik z telewizji"?

- À propos "znanej Guzik z telewizji". Otóż pewna pani stała przy kasie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, zobaczyła moje nazwisko na plakacie i rozentuzjazmowana zapytała kasjerkę, czy to jest ta słynna Guzik z Warszawy i czy będzie gościnnie ze spektaklem w naszym teatrze. Na co kasjerka odpowiedziała, że to faktycznie ta Guzik, ale jest od lat naszą etatową aktorką i można ją zobaczyć również w innych sztukach. Klientka skrzywiła się i odeszła, nie kupiwszy biletu. W pewnych okolicznościach chyba lepiej być gwiazdą warszawską!

Czy to prawda, że jesteś bardzo skrytą osobą?

- Nie lubię się dzielić życiem prywatnym z pierwszą napotkaną osobą. Ale moi bliscy chyba nie narzekają na to, że jestem zamknięta w sobie.

Zdarza ci się utyskiwać na męża do teściowej albo skarżyć się koleżance?

- Jestem zwolenniczką rozwiązywania problemów w cztery oczy.

Uważasz się za silną kobietę?

- Chyba nie jestem specjalnie silna, tylko bardzo uparta. Co oczywiście ma dwie strony: pozytywną i negatywną. Ta pozytywna to upór w dążeniu do celu, negatywna to chorobliwa wręcz potrzeba wolności, która każe mi "odmrozić sobie uszy", jeśli ktoś próbuje mi narzucić swoje zdanie. Proszę mnie źle nie zrozumieć: lubię konstruktywną krytykę, ale nie znoszę narzucania innym swojego zdania tylko dlatego, że ktoś ma władzę i mu wolno.

Ten upór to chyba cecha zodiakalnych Lwów.

- Co więcej, według chińskiego horoskopu, jestem Smokiem! Niebezpieczna mieszanka. Ale jestem też tolerancyjna.

Jak to się przejawia?

- Uważam, że każdy człowiek zasługuje na szacunek niezależnie od swojego wyznania religijnego, politycznych zapatrywań czy orientacji seksualnej. Każdy ma prawo kierować swoim życiem tak jak chce - pod warunkiem, że nie krzywdzi innych.

Dopiero rok temu wzięłaś ślub. Przez wiele lat byłaś singielką. Jak wspominasz ten czas? Trudno być samej?

- Faktycznie przez wiele lat byłam sama. To był okres bardzo wytężonej pracy, która wtedy była w moim życiu na pierwszym miejscu. To, że przy tym tempie życia i, powiedzmy sobie szczerze, trudnym charakterze, spotkałam mojego męża, postrzegam w kategorii cudu!

A jaki on ma charakter? Jest upartym góralem?

- No cóż... Wojtek jest bardzo uparty. Jeśli ja jestem upartą ósemką w skali od 1 do 10, on jest dziesiątką!

Gdzie spędzasz więcej czasu: sama w Warszawie czy z Wojtkiem w Bielsku-Białej?

- Staram się tak organizować pracę, by jak najwięcej czasu spędzać z mężem, ale bywa, że logistyka mi się wysypie i nie ma mnie w domu przez dwa tygodnie.

Tęsknisz?

- Oczywiście, że tak. Wciąż szukam złotego środka pomiędzy moim życiem w Bielsku-Białej a Warszawą, ale nie jest to łatwe. Tak czasem bywa, że kiedy się robi to, co się kocha, trzeba pójść na kompromisy. A to nie jest łatwe. Wciąż muszę podejmować trudne decyzje, czasem rezygnuję z pięknej roli teatralnej na rzecz telewizji, czasem z intratnej propozycji na rzecz spektaklu czy czasu spędzonego w domu. Ale kocham swoje życie, mój zawód i nie zamieniłabym tego bałaganu na nic innego. Uwielbiam to, że wciąż muszę się doszkalać, uczyć, poznawać nowe odsłony mojego zawodu.

Masz udane małżeństwo, pracę, którą kochasz. Czujesz się szczęściarą?

- Tak, czuję się obdarowana przez los. To nasze życie i szczęście są tak kruche, że trzeba je doceniać każdego dnia. Oczywiście trzeba robić plany na przyszłość, ale również dobrze jest mieć świadomość, że nie wszystko zależy od nas samych.

Nosisz obrączkę. Jesteś pod tym względem dość wyjątkowa, bo coraz mniej osób to robi. Gubią, zapominają, nie przywiązują do tego wagi.

- Obrączka jest symbolem związania z drugim człowiekiem. Nosząc ja, wysyłamy sygnał: "Moje serce należy już do kogoś". Oczywiście są sytuacje, kiedy ją zdejmuję, ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy wchodzę na scenę lub plan zdjęciowy.

A mąż?

- Zdejmuje ją, kiedy idzie grać w tenisa. Tylko wtedy jest usprawiedliwiony.



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje