Antoni Królikowski: Przy bliskich jestem sobą

Już wie, że istnieją ciemne strony jego zawodu, ale nie przejmuje się tym, co myślą o nim ludzie. „Trochę ukrywam prawdziwego Antka przed światem”, mówi SHOW.

Odnalazłeś się w medycznych klimatach, grając w "Diagnozie", czy wolisz swoją rolę w "Rozlewisku"?

Reklama

Antoni Królikowski: - W "Diagnozie" cały czas mam poczucie, że uczestniczę w czymś zupełnie nowym. W "Rozlewisku" czuję się pewniej, bo jest to kontynuacja czegoś, co znam. Postać Kuby z "Rozlewiska" jest mi dobrze znana, a Kacpra z "Diagnozy" dopiero poznaję. Fajnie jest się znowu zobaczyć z tą samą ekipą na Mazurach, ale ludzie, którzy tworzą "Diagnozę" też są super.

- "Diagnoza" to zupełnie nowe doświadczenie. Zupełnie inny świat, w który trzeba wejść, zagłębić się. Trzeba było się przygotować, pojeździć po szpitalach, zobaczyć, jak wyglądają operacje. Rzeczywiście uczestniczyliśmy przy nich i nagle przy nas otwierane było ludzkie ciało. Niesamowite...

Trzymałeś się czy zemdlałeś?

- Do tego nie doszło, ale widok nie był dla mnie oczywisty. Nie miałem tej pewności, że nie zemdleję, bo wiem, że niektórzy tak reagują. Na szczęście okazało się, że nie mam takich odruchów. Ale to jest niezwykłe, niemal mistyczne doświadczenie, kiedy widzimy, jak można wpłynąć na ludzkie ciało, w taki sposób, żeby ono zadziałało.

- Dla nas aktorów jest to coś odmiennego od tego, czym się zajmujemy. Aktorzy mogą starać się leczyć duszę, poprawiać humor, a lekarze ratują życie. My nie ponosimy odpowiedzialności za ludzkie życie, tak jak oni. My możemy być ewentualnie odpowiedzialni za minuty spędzone przed telewizorem...

Gdybyś mógł raz jeszcze wybrać, czym będziesz się zajmował, to podjąłbyś się zawodu, który ma realny wpływ na czyjeś życie, bierze za nie odpowiedzialność?

- Zdecydowanie wolę zostać przy rozrywce.

Generalnie jesteś postrzegany jako wieczny Piotruś Pan, który nie traktuje zbyt poważnie wszystkiego dookoła. Coś się ostatnio w tobie zmieniło, spoważniałeś?

- Czuję, że spoważniałem, ale dla tego wywiadu to bez znaczenia. To, że jestem postrzegany w taki, a nie inny sposób, wcale mi nie przeszkadza. Dla mnie ważne jest to, co wiedzą i myślą o mnie moi bliscy, przy których jestem sobą. Dla widzów mogę być kim chcę.

Czyli ukrywasz tego prawdziwego Antka przed światem?

- Trochę ukrywam, trochę odsłaniam. W zawodzie aktora warto zachować tajemniczość, ale bez przesady. Jest XXI wiek, wszyscy jesteśmy połączeni, a ci, którzy występują, muszą liczyć się z tym, że zakres działań mocno się poszerzył i ewoluował. Kiedyś było radio i kino, dzisiaj dochodzi do tego telewizja, ale jest też internet. Współczesny aktor musi się w tym prędzej czy później odnaleźć.

Czyli zazdrość i negatywne komentarze w ogóle cię nie dotykają?

- Właściwie mogę powiedzieć, że cieszę się z hejtu, bo oznacza, że nie jestem ludziom obojętny i wzbudzam emocje. Bardziej mam problem z tymi hejtami, które dotyczą również mojej rodziny. Wtedy rzeczywiście mam ochotę jakoś zareagować, ale wiem też, że to nie ma sensu, bo tylko dalej napędzi machinę hejtu. Po prostu mam świadomość, że wykonując ten zawód, trzeba się też z tym liczyć. Nie wszyscy cię lubią, nie wszystkim się podoba to, co robisz i jak żyjesz.

Jednak wszystko, co robisz, jest pod obserwacją, szczególnie twoje związki.

- To jest coś okropnego (śmiech).

Z drugiej strony nie kryjecie się z uczuciem i wrzucacie z Julią wspólne fotki na Instagram.

- Tak, bo dzięki temu mamy pewną kontrolę nad tym, co się ukazuje w sieci. To my wrzucamy, a nie inni robią nam zdjęcia. Młodzi ludzie na całym świecie pokazują w mediach społecznościowych, jak się bawią, kochają, jacy są szczęśliwi, i my też chcemy żyć jak normalni ludzie. Mam jednak świadomość, że w naszym przypadku jest trochę inaczej, dlatego za dużo nie wrzucam zdjęć z życia prywatnego. Cały czas uczymy się tych nowych mediów metodą prób i błędów.

Na Instagram wrzucasz też zdjęcia z rodzicami. Traktujesz ich jak przyjaciół czy macie zachowane granice rodzice-dziecko? Gdy rozmawiałam z twoim tatą, zaznaczał, że dla dzieci nie można być kumplem, tylko rodzicem.

- Rzeczywiście tak jest. Ojciec to ojciec, a mama to oprócz tego, że mama, także moja największa przyjaciółka. Ale myślę po cichu, że również dla ojca jestem mimo wszystko przyjacielem, tylko on po prostu woli to nazywać inaczej (śmiech).

Jesteś na takim etapie, że myślisz o założeniu rodziny, stabilizacji. Jeszcze kiedy wygrałeś "Agenta", powiedziałeś, że część pieniędzy pójdzie na kupno mieszkania. Tak się stało?

- Z tymi pieniędzmi faktycznie tak się stało! Wygraną z "Agenta" postanowiłem rozsądnie zainwestować w kredyt na dom, reszta forsy poszła na obiecane prezenty. Jestem człowiekiem, który ma 28 lat i też już do mnie docierają sygnały, że jest czas na pewne rzeczy... Teraz, po jakimś czasie wypoczywania i regenerowania, znowu wracam do pracy, którą lubię. Kursuję między dwoma planami, między Warszawą a Ostródą, a poza wszystkim mam też życie prywatne. Czy jest fajne? Dzięki niektórym ludziom takie jest, między innymi właśnie dzięki Julce.

Dzieli was blisko dziesięć lat. Różnica wieku wam nie przeszkadza?

- Rzeczywiście ta różnica nie należy do najmniejszych, ale akurat los tak chciał, że na siebie wpadliśmy. Przyznam, że nas też to trochę zaskoczyło (śmiech).

Co z tym zrobicie?

- Zrobimy, co będziemy chcieli.

Powiedz szczerze, czujesz, że to ta jedyna?

- Tego rodzaju odczucia i przemyślenia pozwolę sobie zachować dla siebie i dla swojej ukochanej. Poza tym zaczynam czuć, że i tak wszystko, co ci powiedziałem, prędzej czy później zostanie użyte przeciwko mnie, więc ja już może zamilknę...

Magdalena Makuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje