Beata Ścibakówna: Wiek nie ma znaczenia

W szczerej rozmowie z SHOW aktorka mówi, jak dbać o związek, gdy między partnerami jest duża różnica wieku. Zdradza też, czy podpiera się nazwiskiem męża Jana Englerta, jakie ma relacje z dorastającą córką i dlaczego tak bardzo przeżyła rolę w „Skazanych”.

Wiele kobiet poczuło zazdrość, gdy pojawiła się pani na kilku ostatnich imprezach. Co trzeba robić, żeby tak świetnie wyglądać?

Reklama

Beata Ścibakówna: - Bardzo dziękuję. Ale czoło mi się rusza, "kurze łapki" są na swoim miejscu... Z czasem nie wygramy, ale możemy sobie pomóc. Ja nie robię nic nadzwyczajnego - jak wiele kobiet ćwiczę i gram w tenisa oraz dobieram kosmetyki i zabiegi odpowiednie do swojego wieku. Myślę, że tzw. osoby publiczne powinny o siebie troszkę dbać.

Uległa pani modzie na zdrowe odżywianie? Spędza pani dużo czasu w kuchni?

- Moja córka mówi, że nie mam genu gotowania... Przepraszam, ale kuchnia nie jest dla mnie ani pasją, ani przyjemnością, ani sztuką.

Czego nie można powiedzieć o pani pracy... Świetnie pani zagrała w serialu "Skazane".

- Bardzo dziękuję. Trafiła mi się jedna z najtrudniejszych ról. Gram matkę, której syn jest w więzieniu, zadenuncjowany właśnie przez nią. Zrobiła to w dobrej wierze, ale wszystko potoczyło się inaczej, niż myślała.

A teraz męczą ją wyrzuty sumienia?

- Tak. Zaczyna zastanawiać się nad swoim postępowaniem, macierzyństwem, relacjami z synem, w końcu nad sobą... Ta postać jest nietuzinkowa, zadziwiająca i wielobarwna.

Na planie dała się pani ponieść emocjom.

- Wylałam tony łez. To moja pierwsza rola w serialu o takim wymiarze. Poznając Annę Kowalską, bo tak nazywa się moja bohaterka, przyjrzałam się również sobie, swojej pracy i mogę śmiało powiedzieć, że jako aktorka dałam z siebie wszystko. Mnóstwo emocji, uczuć, a nawet intymności. Po zagraniu niektórych scen miałam ochotę zapalić papierosa albo napić się mocniejszego alkoholu, żeby pozbyć się napięcia i wyciszyć emocje.

Może teraz pojawi się kolejna, równie ciekawa propozycja? Zabiega pani o role?

- Chętnie biegałabym na castingi, ale jakoś nikt mnie nie zaprasza. Od razu dostaję konkretne propozycje. Oczywiście to komfortowa sytuacja. Ale mam nadzieję, że wkrótce pojawi się dla mnie interesujące wyzwanie aktorskie. Chociaż artystycznie jestem usatysfakcjonowana. Gram w Teatrze Narodowym, najlepszym zespole w Polsce.

Gra w "Skazanych" to pani powrót na mały ekran. Ostatnio gdzieś pani zniknęła.

- Rzeczywiście, mniej mnie było na małym ekranie, poza powtórkami nieśmiertelnych "Tygrysów Europy". Jednak widzowie mogą mnie oglądać w teatrach w całej Polsce. Wyprodukowałam spektakl pod tytułem "Intryga"- melodramat kryminalny, z którym odwiedzamy najważniejsze sceny w całym kraju. Zresztą w życiu prywatnym było trochę zamieszania...

Odeszli pani rodzice.

- Przepraszam, ale nie mogę jeszcze o tym rozmawiać. To zbyt bolesne.

Na szczęście może pani liczyć na wsparcie męża. Kilka dni temu obchodzili państwo 20. rocznicę ślubu. Jak pielęgnować miłość przez tyle lat?

- Nie podam na to żadnej recepty, bo jej nie mam. Nikomu niczego nie można radzić. Znam wiele długoletnich związków i każdy z nich jest wyjątkowy i z pewnością inaczej pielęgnowany. Nie jesteśmy odosobnieni. Mąż jest doświadczonym mężczyzną i tę dojrzałość przelewa na mnie. Wiem, że mogę na niego liczyć. Każde z nas ciężko pracuje. Gdy jest się spełnionym prywatnie i zawodowo, wszystkie problemy rozwiązuje się łatwiej.

Nigdy nie myślą państwo o różnicy wieku? Dzieli państwa 25 lat.

- Kiedy związaliśmy się ze sobą, oboje byliśmy młodymi ludźmi i to w nas pozostało...

Ale mąż wyznał kiedyś, że zaczyna się zastanawiać, czy dożyje wszystkich najważniejszych wydarzeń w życiu córki.

- Każdy chciałby doczekać wnuków i sędziwej starości, ale nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i czym zaskoczy nas życie. Robimy wszystko, aby tych chwil było jak najwięcej. Etatowi pracownicy Teatru Narodowego muszą przechodzić okresowe badania lekarskie. Ksiądz Twardowski powiedział: "Łapmy tę chwilę, bo minie". I tego się trzymajmy.

Nie przeszkadzało pani to, że wiąże się z mężczyzną z przeszłością? Pani mąż miał już wtedy troje dzieci.

- Dzieci Jana Englerta były już dorosłe, żyły w swoich związkach.

Wasza córka Helena ma 15 lat. To okres buntu u nastolatków. Radzą sobie państwo?

- Od zawsze rozmawiamy ze sobą na wszystkie tematy i to na pewno pomaga we wzajemnym zrozumieniu. Wiedzieliśmy, że ten czas musiał nadejść i że trzeba to przetrwać i być w pewien sposób elastycznym. Oczywiście konfliktów nie da się uniknąć. Ale na razie radzimy sobie.

Córka już wie, co będzie robić w przyszłości?

- Na pewno nie będzie matematykiem. Rysuje, gra na pianinie, tańczy, pisze - robi wszystko, co nastolatki w jej wieku. Zagrała też w filmie, pracowała w dubbingu. Ma jeszcze kilka lat, żeby zdecydować o swojej przyszłości. Dobrze zna angielski i chce zdawać międzynarodową maturę.

Często spotyka się ze swoją mamą chrzestną? Jest nią wyjątkowa osoba i świadek na państwa ślubie - Anna Dymna.

- To prawda, Ania jest niezwykłą kobietą. Wielką artystką i cudownym człowiekiem. Wiemy o tym wszyscy. Ale mieszka w Krakowie. I dlatego trudno o częsty kontakt.

Jak Helena radzi sobie z tym, że rodzice są znani i wciąż obraca się w kręgu gwiazd? Rówieśnicy podpytują ją o państwa życie?

- Jej rówieśnicy lepiej znają Maćka Musiała z "Rodzinki. pl" i bohaterów "Gry o tron" czy "Dr. House’a" niż Jana Englerta (śmiech).

Mąż ogląda produkcje, w których pani występuje?

- Oczywiście! Ostatnio widział dwa odcinki "Skazanych" i powiedział, że to jest nowa jakość polskiej produkcji serialowej. Obsada niecelebrycka - grają tam w większości aktorzy teatralni, którzy zęby zjedli na scenie, i to widać.

Często jednak w serialach grają osoby, które lepiej sprawdzają się "na ściance" niż przed kamerą.

- To prawda. Takie przyszły czasy i mody. Modelki zostają dziennikarkami. Amatorzy grają w filmach i w serialach. Tylko teatr został ostatnią enklawą, która bezwzględnie weryfikuje zawodowe umiejętności i warsztat. Uprawiając ten zawód, bywam na tzw. ściankach, ale przeważnie są to sytuacje związane z moją pracą i jej promocją.

I zapracowała pani na swoje nazwisko, a nie jest pani tylko żoną Jana Englerta.

- Nigdy nie podpierałam się nazwiskiem męża, a mąż nigdy niczego specjalnie dla mnie nie wyreżyserował. Kiedy mniej grałam w Teatrze Narodowym, sama zaczęłam produkować spektakle, w których występowałam i to ja angażowałam kolegów i dawałam im pracę.

Czy spotkała się pani z komentarzami, że dostała pani pracę dzięki mężowi?

- Nikt mi tego nigdy wprost nie powiedział, ale podejrzewam, że zawsze znajdą się "życzliwi", którzy mogą opowiadać takie nieprawdopodobne rzeczy.

Czy w show-biznesie możliwe są prawdziwe przyjaźnie?

- Myślę, że tak. Proszę zauważyć, że bardzo często niektórzy reżyserzy zatrudniają stale tych samych aktorów. Myślę, że wynika to nie tylko z dobrego porozumienia i szacunku zawodowego, ale także z prywatnych relacji, które pewnie są właśnie przyjacielskie...

O jakiej roli pani marzy?

- Nie mam marzeń dotyczących konkretnych ról. Chciałabym, aby były równie interesujące jak Anna Kowalska ze "Skazanych". Chciałabym się spotkać z kilkoma reżyserami i aktorami, których bardzo cenię, a jeszcze z nimi nie pracowałam.

Magdalena Makuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje