Bohdan Łazuka: Niczego nie żałuję

- Najważniejsze to być porządnym człowiekiem, twierdzi artysta. W rozmowie z SHOW zdradza, co go boli, za czym tęskni, dlaczego kocha kreskówki i tłumaczy, po co mu własna partia.

Co słychać, panie Bohdanie?

Reklama

Bohdan Łazuka:  - Kiedyś, gdy nadawały Radio Wolna Europa i Głos Ameryki, to ja mówiłem: zagłuszają. Wtedy mało było słychać. Teraz z kolei słychać nawet więcej, niż by się chciało. Boję się tych wiadomości, którymi karmią moich kochanych rodaków, bo dziennikarze mówią dziś o wiele więcej, niż jest udokumentowane. To jest bardzo groźne. Dawniej jeszcze na takie pytanie: "co słychać?", jeśli padło około godziny 18 w środę, odpowiadałem, że umówiłem się z ładną blondynką na kolację. One kończyły się często śniadaniem. Ale to było dawno temu... Na szczęście nie zapytała mnie pani: "jak zdrowie?". Musiałbym się powołać na drugi akt sztuki Czechowa "Trzy siostry", gdzie Czebutykin przychodzi do Wierszynina i pyta: "Jak zdrowie?". A tamten mu odpowiada obcesowo,bo rzecz się odbywa na wsi: "Jak masło krowie". To są tak krępujące pytania... Gdy sąsiedzi mnie pytają o zdrowie, ja na ogół im odpowiadam, że dobrze, tylko coraz trudniej z taksówki się wysiada. Ortopedia wchodzi w te nasze pogwarki.

Ale pytanie o zdrowie jest jak najbardziej na miejscu, bo pan ma 78 lat, a jest bardzo aktywny zawodowo. Czyli dopisuje?

 - Tak, jestem aktywny. Lubię też takie pytania: "panie Bohdanie, gdzie był pan na urlopie?" Na co ja mówię - serio, wcale nie dla draki - ja się urodziłem i od razu poszedłem na urlop.

Zazdroszczę...

 - Bo w życiu najważniejsze jest samo życie. Nie żadna tam kariera. Zacytuję tu pana Antoniego Słonimskiego, którego miałem zaszczyt poznać poznać. "Pan jest Łazuka?", zapytał mnie kiedyś. "Tak, mistrzu", odpowiedziałem. On mi na to: "Właśnie słyszałem o panu, o pana dokonaniach, sukcesach. I wszystko w porządku, ale niech pan pamięta o jednej rzeczy: najważniejsze to jest być porządnym człowiekiem".


Pewnie miał rację. Ale wróćmy do tego ładnego zdania: w życiu najważniejsze jest samożycie. Co ma pan na myśli?

 - Życie powinno być beztroskie, jak głosili Skamandrzy. Ja rozpoczynam dzień od kreskówek, od "Toma i Jerry’ego". Tam jest jeszcze prawda. Jak ja mogę cokolwiek poważnie traktować, skoro w naszym kraju ojczystym mamy tak olbrzymi deficyt intelektualny? Racja, wystarczy włączyć telewizor... Jurek Gruza mnie nauczył: "Oglądaj wybiórczo. Przecież ty już nie masz tyle czasu, co będziesz sobie głowę zachwaszczał". Jakieś wiadomości trzeba czasem obejrzeć, sport... Mam bardzo fajne kanały - nie żebym się snobował - np. Paramount Channel, HBO - normalka, AMC. Nadają naprawdę wspaniałe filmy. A że mało ambitne? Być może, ale przynajmniej nie nudne... Jakiś czas temu w sztuce pojawiła się nowa jakość, która nazywa się oglądalność i teraz powstają rzeczy, które są albo wartościowe, ale przy tym nudne, albo robione dla oglądalności. Ja się pod tym nie podpisuję, bo wiem, że można to połączyć. Sam brałem udział w tych dwóch walorach - była i oglądalność i wartość artystyczna - weźmy np. Kabaret Starszych Panów. Był taki okres w dziejach świata, średniowiecze. Nie mieli ani kamer, ani aparatów fotograficznych, nic. Chodził tylko taki jeden z bębnem i ogłaszał, że jutro o 5 po południu, na targowisku będzie kat ucinał głowy. Oglądalność była nie z tej ziemi, ale to nie znaczy, że mnie ma się podobać, że kogoś mordują. A teraz mordują nas estetycznie.



Wracając do życia i pracy... Pan nagrywa płytę, film o panu powstaje.

 - Jak na starszego pana, który naprawdę nie zabiega o zainteresowanie - bo np. nie mam tak zwanego menadżera - jest nieźle. Jeszcze ciągle dzwonią. Tak więc powstaje film dokumentalny pod tajemniczym tytułem "Łazuka"...

Odrobina kokieterii nie zaszkodzi?

 - Nie, no naprawdę! Robimy to i mam nadzieję, że jak już będzie gotowe, to nie wszyscy wyłączą telewizor! No, ale kiedy skończymy, to jeszcze nie wiadomo. To jest jednak dokument. W fabule jest łatwiej. Chociaż kiedyś 10 dni zdjęciowych to był epizod. Dziś - główna rola. Ja tak miałem w "Chłopaki nie płaczą" - 4 dni zdjęciowe. No, ale to jest kapitalizm. A płyta? Już jest nagrana. Jej pomysłodawcami są moja córka Olga i DJ Sebastian Jarmolski, a wydawcami są Piotr Remiszewski i Marcin Nierubiec. Zrobiliśmy sesję, żeby zdjęcia nie były sprzed 40 lat. Płyta nazywa się "Nocny Bohdan" i znajdą sie na niej wszystkie gatunki muzyczne, od swingu do rapu. Śpiewam duety między innymi z Maćkiem Maleńczukiem, Dodą, którą poznałem z takiej kobiecej, jak najlepszej strony. Jest to cieplutka, miła osoba, z poczuciem humoru. Śpiewam też z Miką Urbaniak, ze śpiewaczką operową Justyną Reczeniedi, jest melodeklamacja z Danielem Olbrychskimi i - ciekawostka - numer z Eugeniuszem Bodo.

Coś jeszcze pan robi?

 - Gramy takie przedstawienie w Krakowie: "Legenda Starszych Panów", które napisał Jacek Fedorowicz. On to prowadzi, a ja gościnnie występuję.

Czy pan ma na to wszystko siłę? Nadal się panu chce?

 - Nie. Rozmawiałem kiedyś na ten temat z Tadziem Łomnickim i Adolfem Dymszą. Zawodowcowi się nie chce. Kiedy ja mam gdzieś jechać... zmorą dla mnie jest się przebierać. To jest tragedia, ból. No, ale jak już wyjdę na scenę... to płyń, moja barko. To już jest co innego. Tak więc trzeba te przygotowania jakoś przejść, bo nie ma nic gorszego, jak zlekceważyć widownię. Zapamięta to na zawsze.

Zamiast siedzieć w ogródku i kontemplować, pan jeździ z przedstawieniami...

 - Tak, ale wybieram tylko to, co jest dla mnie interesujące, na przyzwoitym poziomie. Teraz będę grał u Roberta Glińskiego, m.in. z Anią Polony, Basią Krafftówną, Grzegorzem Małeckimi Piotrem Adamczykiem. Z Czesiem Majewskim jeżdżę też z takim programem "Za kulisami kabaretu", bo, nie oszukujmy się, trzeba też zarabiać.

Są artyści, którzy mają tylko swoje przysłowiowe 5 minut...

 - ...ja też miałem...

... u pana ten czas trwa już ponad 50 lat!

 - Pięćdziesiąt cztery. Ktoś rozregulował zegarki.

Rozpoznają pana i starzy, i młodzi. Nawet przedszkolaki!

 - Ostatnio mnie taki mały brzdąc rozpoznał. Ale są też tacy, którzy nie wiedzą, kto to jest Łazuka. Pewnego razu przyszła do mnie dziennikarka i mówi, że ma zrobić ze mną wywiad w zastępstwie za koleżankę, która się rozchorowała. Zgodziłem się, a ona wtedy mnie pyta: a co pan właściwie robi? Myślałem, że ją ucałuję za tę szczerość!

To incydent, ale całe życie jednak był pan rozpoznawalny. To pomaga?

 - To już teraz nie ma znaczenia. Kiedyś może się wydawało, że to jest nieco krępujące, męczące. Teraz ja już wszystkich znam, tak jak oni mnie. Choć może w takich oficjalnych sytuacjach, to rzeczywiście pomaga. Na przykład u notariusza. Albo jeśli chodzio konsumpcję. W sklepie panie ekspedientki zawsze doradzą, odradzą, mówią np.: "to nie dla pana". Kiedyś mi ktoś powiedział, że powinienem pracować w Hollywood. A moje Hollywood jest przecież tutaj, w Grodzisku Mazowieckim.

Czy jest pan zadowolony ze swojego życia? Tak się wszystko ułożyło, jak pan sobie życzył? Nie chciałby pan czegoś zmienić?

 - Nie umiem żyć wspomnieniami. Jestem przekonany, że kiedy człowiek zaczyna wspominać, to znaczy, że się starzeje. A moje lata już to załatwiły za mnie. Czy czegoś żałuję? Niczego. W życiu miałem nawet taki okres przesytu. Chciano, żebym grał wszędzie. Pewnego razu nawet zaproponowano mi rolę Hamleta! Takie było ciśnienie na Łazukę... Kiedyś liczyły się tylko dwa nazwiska w tym kraju: Gomułka i Łazuka. Życzyłbym moim młodym kolegom, żeby każdemu z nich powiodło się chociaż w 1/10 tak, jak mi. To już by wystarczyło.

A jakie ma pan plany na przyszłość?

 - Są w tym kraju dwie partie i nie wiadomo, czy dojdą do porozumienia, bo raczej nie szukają pozytywnych puent. Korzystając więc ze swojego doświadczenia życiowego postanowiłem założyć partię, która będzie się nazywała LIR, żeby nie odbiegać daleko od dramaturgii Szekspira - to jest skrót od Logika i Rozum.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje