Bojowy pacyfista

Uroda amanta, dusza... komedianta. Przystojny aktor mówi nam, jak dogaduje się z synami i czemu wciąż jest hipisem.

Alicja Bachleda Curuś uciekła z premiery swojego ostatniego filmu, bo obawiała się reakcji krytyków. Czy pan stresował się na premierze "Podejrzanych zakochanych"?

Reklama

Rafał Królikowski: - Premiera zawsze jest dla aktora trudnym momentem - tym bardziej, że nie mamy dużego wpływu na efekt końcowy. Na szczęście tym razem były brawa i śmiechy, więc chyba się udało. Na premiery chodzi tzw. branża, czyli ludzie, którzy w dużej mierze znają nas także prywatnie. Takie osoby trudniej rozśmieszyć.

Przed panem jeszcze prezentacja filmu w Londynie.

- Tak. Czeka nas także premiera w Nowym Jorku, wiem to od tamtejszych polonijnych dziennikarzy.

Dwa pana ostatnie filmy to komedie. To pana ulubiony gatunek?

- Można tak powiedzieć. Choć na studiach miałem problemy ze śmianiem się na zawołanie. Ale to u studentów normalne, musi upłynąć trochę czasu zanim się "otworzą".

Przez wiele lat był pan zaszufladkowany jako amant.

- Po roli w filmie "Pierścionek z orłem w koronie" Andrzeja Wajdy rzeczywiście wszyscy zaczęli mnie postrzegać jako amanta i to w typie przedwojennym (śmiech). Na szczęście jeszcze na studiach usłyszałem od mojego profesora Wiesława Komasy: "Królik, ty przecież jesteś typem komediowym! Powinieneś grać komedie".

W komedii "Podejrzani zakochani" wciela się pan w dwie postaci - gangstera i fajtłapę. Z grania której miał pan większą przyjemność?

- Właśnie możliwość zagrania obu bohaterów jednocześnie była największą frajdą. Musiałem się pilnować, aby jedna postać nie była podobna do drugiej. Na szczęście na planie pomagały mi w tym kostiumolożki, charakteryzatorki. Dużo czasu spędziłem, analizując obu bohaterów. To było fajna, trochę matematyczna praca.

Film opowiada o mężczyźnie, który szuka miłości przez internet. Pan chyba nie jest z siecią za pan brat...

- Nie. Nigdy nie czułem potrzeby zakładania np. profilu na Facebooku. Wciąż jestem w tym zakresie tradycjonalistą, wolę kontakt z żywym człowiekiem. Oczywiście dostaję listy z prośbą o autograf - często w kopercie zwrotnej, ze znaczkiem. Zawsze na nie odpisuję.

Życie w wirtualnej rzeczywistości może doprowadzić do tragedii. Oglądał pan "Salę samobójców" Jana Komasy?

- To świetny film, zrobiony zresztą przez syna mojego profesora, Wiesława Komasy. Takie sytuacje jak w "Sali samobójców" należy brać pod uwagę: mogą się przytrafić w każdym domu.

Potrafi pan rozmawiać ze swoimi synami ich językiem?

- Nie wiem czy potrafię, ale staram się (śmiech).

Podsuwa im pan ważne książki czy filmy, na których sam się wychowywał?

- Ostatnio starszy z synów (Piotr przyp. red.) urządził wieczór filmowy z kolegami. Przyniosłem mu "Co gryzie Gilberta Grape’a" z Johnnym Deppem i Leonardo DiCaprio. Na początku oglądali go z wielką nieufnością. Ale potem byli zachwyceni!

Czy przygotowuje ich pan do zawodu aktora?

- Nie. Oni sami muszą wybrać drogę, która będzie dla nich odpowiednia.

Lubi pan pracować z aktorami naturszczykami?

- Nie miałem dużo takich spotkań, były to zazwyczaj dzieci. Nigdy jakieś wyjątkowej trudności z tego powodu nie odczuwałem. Chociaż słyszałem o przedwojennych przestrogach - "Nigdy nie graj z dziećmi i ze zwierzętami". Chodziło o to, że dzieci grają często spontanicznie, bardzo intuicyjnie i czasem w konfrontacji z aktorem, który miał przygotowanie sceniczne, wypadały lepiej. Są po prostu dużo bardziej naturalne.

Podobno w młodości był pan hipisem. Wciąż wyznaje pan te same ideały?

- Tak. Nadal mam poglądy pacyfistyczne, które wiele lat temu nie pozwoliły mi odbyć zasadniczej służby wojskowej, gdy nie dostałem się na studia. Na szczęście trafiłem wtedy do takiej fantastycznej szkoły w Kaliszu i skończyłem wydział kulturalno-oświatowy. Mógłbym więc zostać kaowcem!

A modelem? Głośny był pana występ na wybiegu z pudlem na smyczy. To była prowokacja skierowana do pewnego popularnego portalu?

- To akurat był charytatywny pokaz mody. Występowałem wówczas w serialu "Hotel pod żyrafą i nosorożcem", gdzie w jednym z odcinków zagrały dwa wspaniałe pudle. Postanowiłem więc ich obecnością uatrakcyjnić pokaz. Psy się nudziły i chciały zejść ze sceny, ale ja musiałem kontynuować pokaz! Starałem się więc utrzymać je na wybiegu. No, ale oczywiście potem w internecie przeczytałem, że "dusiłem pudla na wybiegu" (śmiech). Prywatnie akurat uważam, że pudle są jednymi z najbardziej inteligentnych psów, a to ich dość głupie strzyżenie ma jak najbardziej racjonalne zastosowanie z przeszłości. Chodziło bowiem o to, aby pudle, które polowały na kaczki nie poprzeziębiały sobie najbardziej wrażliwych części ciała, czyli stawów czy nerek.

Nie dusił pan pudla, za to stanął w obronie pasażera tramwaju zaatakowanego przez chuliganów. Do teatru dotarł z podbitym okiem i dostał owacje na stojąco. Jeździ pan jeszcze komunikacją miejską?

- Zdecydowanie rzadziej. Wtedy po prostu nie mogłem dać przyzwolenia na taką niesprawiedliwość, jaka miała miejsce na moich oczach. Poziom agresji oraz zła przechylił szalę i zapomniałem o rozsądku. Trzeba było zareagować.

Wróćmy do pudelków. Pan chyba w ogóle lubi psy. Dużo ma pan z nimi zdjęć.

- Tak. Mam kundelka. To suczka, którą kiedyś przygarnęliśmy do domu. Jej mama została znaleziona nad morzem, zaniedbana i zapchlona, do tego okazało się jeszcze, że była w ciąży. Dzięki akcji mojej żony Luśka trafiła do nas, ku wielkiej radości synów.

Czy synowie są obowiązkowi, opiekują się psem? Pamiętają, żeby wyjść z nim na spacer?

- Najczęściej niestety to na tatę spada obowiązek wyprowadzania na spacer (śmiech).

Pana kolejne hobby to samochody.

- Miałem nawet okazję przejechać się bolidem Formuły1! Wyjazd zorganizowała dla mnie firma, Renault, której jestem ambasadorem. To było fantastyczne przeżycie! Najpierw przejechałem się takimi mniejszymi bolidami, później siadłem za kierownicą tego największego. Czułem trochę strachu, kiedy na prostej osiągnąłem prędkość grubo ponad 200 km na godzinę. Przyznaję, ten zastrzyk adrenaliny jest bardzo przyjemny...

Czy ten rok dobrze się dla pana zaczął? Wszedł nowy film z pana udziałem, ale spadł serial "Hotel 52".

- Tak się złożyło, że rok 2013 jest rokiem dwudziestolecia mojej kariery filmowej i teatralnej. Przez cały ten czas zdążyłem się nauczyć pokory. Wiem, że zawód aktora to ciągła sinusoida. Czasami jest się na dole, czasami zaczyna się moda na jedno nazwisko, która może trwać nawet kilka sezonów. Nie mam pretensji ani do świata, ani do życia. Jeśli chodzi o "Hotel 52", widocznie wyczerpała się formuła i stacja chce zaproponować widzowi coś nowego. Ale i tak dobrze wspominam ten serial.

Oskar Maya

Show 4/2013

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje