Bywam despotą

W szczerej rozmowie mówi o swoich relacjach z żoną, problemach ze zdrowiem, walce z nałogiem i trudach zawodu aktora. Wyjaśnia też, dlaczego syn Bartek nie chce z nim pracować...

Ostatnio nie ma pan chyba za dużo czasu na swoje pasje: łowienie ryb i rzeźbienie?

Reklama

Marian Opania: - Rzeźbieniem zajmuję się tylko w trakcie urlopu, wtedy nie robię nic innego. Z łowieniem jest podobnie, głównie biorę udział w zawodach aktorskich, udawało mi się nawet czasem wygrać. Ale jakie ja potwory ciągnę za kołem polarnym! Halibuty, zębacze, brosmy, czerniaki, dorsze... W tym roku szykuję się na 50-kilogramowego halibuta.

Pierwszeństwo ma chyba jednak praca nad nowym spektaklem muzycznym "Cohen-Nohavica" w teatrze Studio Buffo?

- To jest moje wieloletnie marzenie. Na początku skupiałem się na jednym twórcy, na Nohavicy. Jego twórczość poznałem osiem lat temu i zachwyciłem się. Ten bard czeski niesłychanie wpasował się w moje gusta. Lubię twórczość ludzi niezwykłych, nietuzinkowych, poszarpanych wewnętrznie, takich niewyprasowanych jak ich nazywam, bo sam taki jestem. O trudnych życiorysach i po przejściach.

- Na początku miałem zrobić tylko Nohavicę, ale potem usłyszałem koncert piosenek Cohena w Sydney, gdzie śpiewali najlepsi na świecie. W twórczości Cohena może mniej jest humoru, jego teksty są tajemnicze, mroczne, najwyżej liryczne, ale doszukałem się w nich ironii i podtekstów komediowych. Nohavica jest bardziej różnorodny. W jego piosenkach zaznacza się wpływ Jacquesa Brela, Włodzimierza Wysockiego, Leonarda Cohena właśnie, Bułata Okudżawy, Marka Grechuty, czy Wojciecha Młynarskiego. Piosenki dramatyczne, liryczne i czasem upiornie śmieszne.

Pojawiły się jakieś trudności?

- Przygotowania do tego spektaklu trwały długo, bo długo szukałem idealnych wykonawców. Jestem perfekcyjny w tym, co robię, musi być dopieszczony każdy element, zauważę każdą niedoróbkę. Jestem dla moich wykonawców tatusiem, dziadkiem, ale do pewnego momentu, bo czasem jednak bywam despotą, który rzuci mięsem. Zaczęły się też problemy z przekładami. Niektóre utwory przetłumaczyłem sam. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że od dawna piszę, tylko że do szuflady. Już kilka osób widziało moje wiersze i pytają się, dlaczego ich nie wydrukuję. Mówię wprost: "Bo się wstydzę". Ale przy tym spektaklu podjąłem się nieśmiało próby tłumaczeń tych poetyckich tekstów. Tym bardziej, że gdy zacząłem przeglądać dotychczasowe tłumaczenia, okazało się, że są zwyczajnie nie do zaśpiewania. Na przykład jest taki utwór Cohena, który został przetłumaczony jako "Ptak na drucie", a ja zmieniłem na "Ptak na uwięzi". Ptak jest wplątany w kolczasty drut, zjawia się pijak, który krzyczy z przerażenia, bo ma takie sny, jest alkoholikiem, który chce się wyzwolić z nałogu. Cohen dotknął tego problemu, Nohavica podobnie. I ja też.

Jak to się zaczęło?

- Przed laty miałem ciężki epizod. Przeskoczyłem szybko z młodocianych warunków w nijakie. Mając ponad 30 lat, szybko osiwiałem i przytyłem, w związku z czym nie było dla mnie ról. Po tylu nagrodach, sukcesach, nagle znalazłem się w tzw. drugiej lidze. Pośrednio sam sobie byłem winien. Piłem, bo nie obsadzali, a nie obsadzali, bo piłem. Błędne koło. Na szczęście udało mi się wygrzebać. W młodości byłem obdarzony potężną siłą woli - co sobie zamierzyłem, to wykonałem. Rozpocząłem terapię 17 stycznia 1988 roku. Od tamtej pory były nawroty tzw. grypki, dokładnie trzy. Teraz już się to nie zdarza. Nie mogę po nic sięgnąć, dlatego nie znam wielu gatunków alkoholi.

A jak sprawa wygląda z innym używkami?

- Narkotyków nigdy w życiu nie zażywałem. Raz tylko przy "Człowieku z żelaza" asystent reżysera poczęstował mnie czymś i pyta się: "Paliłeś maryśkę?". Mówię, że nie wiem, co to jest. "To pociągnij", zachęcał mnie. Morda mi zdrętwiała, żadnych przyjemnych uczuć, mówię: "Dajcie mi pół litra, to będę wiedział, co z tym zrobić". Od tej pory już niczego nie próbowałem.

Ale papieroski są.

- Są. Mój przyjaciel, profesor kardiochirurgii, powiedział mi, że nawet jeden papieros potrafi zatkać stent. Odpowiedziałem mu, że nie można wszystkiego rzucać. A poza tym całe życie byłem hazardzistą... 

To powinien pan bardziej zadbać o zdrowie.

- Mam dwa stenty w tętnicach, dziewięć przepuklin w kręgosłupie i cukrzycę. Lekarzy słucham, ale tak nie do końca. Po prostu żyję.

Na szczęście może pan liczyć na opiekę żony.

- Gdy coś jest nie tak, ona zawsze walczy o mnie jak lwica. Jestem bardzo trudnym człowiekiem, histerycznym. Potrafię być do rany przyłóż, a czasem chamusiowatym draniem. Hołduję zasadzie, iż trzeba mieć żonę cywila, bo widzi pani jak te małżeństwa aktorskie się rozpadają? Dziwię się tym, którzy mają drugie połówki z tego samego zawodu, bo wtedy się konkuruje, żeby nie wiem co. Zazdrość zawodowa też występuje w rodzinie.

Również w relacjach ojca z synem?

- Kiedy Bartek wystartował, ktoś mi powiedział: "Jak to jest mieć tak zdolnego syna"? Odpowiedziałem, że fantastycznie. Ale zaraz słyszę: "On ciebie już chyba przerósł"? Wtedy momentalnie zapaliła mi się czerwona lampka i tłumaczyłem sobie: "Może dorównał, ale nie przerósł".

Chciałby pan pracować z Bartkiem?

- Z synem nie da się popracować. Na początku bał się jak ognia kontaktu ze mną - że ktoś pomyśli, że go foruję, że może mu coś załatwiłem. A teraz to wie, że go zamęczę (śmiech). Ale chciałbym z nim pracować, przecież on powinien występować w tym Cohenie, bo bardzo dobrze śpiewa. Nie zgodził się jednak, bo boi się, że będę się go czepiał bardziej niż innych.

Nieraz mówił pan o trudach zawodu. Nie żałuje pan, że syn poszedł w pana ślady?

- Nie tylko ja żałowałem, ale on sam żałuje. Ten zawód to bardzo ciężki kawałek chleba. Jak to powiedział Piotrek Fronczewski, to są lata, miesiące i dni upokorzeń, czekania, braku telefonu, złych ocen, niepewności. Tylko krótkie chwile satysfakcji czy szczęścia. Skąd nagle, nie tylko wśród Polaków, tyle się mówi w środowisku, kto się zapił, kto się zaćpał, kto wyskoczył przez okno. Wciąż słychać, że ten się powiesił, ten przedawkował leki. To jest cały czas praca na najczulszych strunach, trzeba mieć wrażliwość motyla, a skórę słonia. To jest życie na walizkach i życie dla ludzi samotnych. Ten zawód prowadzi na manowce, dlatego zawsze powtarzam, że gdybym się urodził drugi raz, nie byłbym aktorem, bo wiem, jakie piekło nieraz przeżywałem.

Wnukom też nie udało się tego wytłumaczyć?

- Bo każdy myśli: "U mnie będzie inaczej". Filip, najstarszy, jest zdolny. Już gra w serialach i w offowych filmach. Kuba ma dopiero 16 lat, a jaki jest uzdolniony plastycznie! A najmłodszy już zapowiada, że będzie reżyserem w Hollywood. Czyli szykuje się banda potłuczonych wariatów. Bo przecież takie stworzenie od urodzenia nasiąka zwyczajem artystycznym.

Tylko córka pana posłuchała.

- Nie poszła w tę stronę, na szczęście. Chciała zostać reżyserem lub kierownikiem produkcji, ma po mnie matematyczne myślenie. Doradziłem, że może jednak powinna pójść w stronę języków. Zawsze byłem zafascynowany Japonią i troszkę ją naprowadziłem w tę stronę. Poszła na japonistykę. Magda jest bardzo uporządkowana, ale geny artystyczne oczywiście ma po mnie i po żonie, która jest co prawda bakteriologiem, ale z duszą artystyczną.

Nie martwi się pan, że może przychodzić coraz mniej propozycji zawodowych?

- Zawsze gdy bywało średnio, pracowałem nad nowymi formami spełnienia artystycznego, nie siedząc w depresji, że nikt mnie nie chce, bo jak nikt mnie nie chce, to ja sam sobie organizuję pracę. W garderobie rozmawiałem z kimś bardzo dla mnie ważnym. Mówię: "Ale bym zrobił »Pod wulkanem« Lowry’ego". A ta osoba odpowiada: "Napisz scenariusz, to pogadamy". To już wiem, co będę robił w tajemnicy przed żoną. Nie lubi, gdy czemuś się tak poświęcam, bo wtedy mam odlot, nie śpię, nie jem, nic mnie nie obchodzi.

Zdarza się panu wziąć udział w czymś, co nie jest do końca zgodne z pana ambicjami artystycznymi?

- Finanse są dla mnie ważne, ale to nie jest rzecz nadrzędna. Wolę za darmo wystąpić dla dobrej publiczności, niż za duże pieniądze dla tzw. mniej wyrobionych. Nigdy się nie zniżę do grania pod publiczkę. To przerażające, co teraz dzieje się z kulturą i sztuką. Byłem walczącym antykomunistą, ale pod jednym względem tęsknię za tamtymi czasami - ze względu na mecenat państwa. Naprawdę dawano duże pieniądze na film, na telewizję i teatry. Jeżeli to zaczyna szwankować, zaczyna kuleć, a teraz powoli tak się dzieje, panoszy się amatorszczyzna w złym tego słowa znaczeniu.

- Profesjonalizm odchodzi w niepamięć, bo po co się kształcić uczyć, jeśli sobie można wyjść na scenę, przebrać się za kobitę, straszyć ludzi i zarabiać naprawdę dobre pieniądze. Co gorsze ludziom to się podoba, ale to kiepska perspektywa. To nie jest zazdrość. Zawodowiec zrobi to lewą ręką, że nie powiem nogą. A ludzi należy edukować, również kulturą i sztuką.

Ale wielu pana kolegów pojawia się w popularnych teraz programach rozrywkowych takich jak "Taniec z gwiazdami".

- Dawniej zło płynęło ze wschodu, teraz zło płynie z zachodu - z Ameryki. To są amerykańskie wzorce, bo Teatrem Telewizji pieniędzy się nie zarobi. Dawniej było rocznie sto spektakli w telewizji, a teraz robi się kilka. Teatr Telewizji jest już na granicy likwidacji. Co prawda sam lubię oglądać "Taniec z gwiazdami", czy "You Can Dance", bo akurat lubię taniec, ale niech nie leci tylko to, a najlepsze programy daje się o północy. Karmienie tylko taką rozrywką to chowanie głupawego społeczeństwa.

- Wczesny kapitalizm to jednak straszny ustrój - nieludzki, drapieżny, budzący najgorsze instynkty, wyzyskujący słabych. Do głosu dochodzą osobnicy idący nie zawsze uczciwą drogą, nieraz po trupach. A inteligencja w swej klasie pauperyzuje się lub też wyjeżdża za granicę. Jestem pełen obaw i złych przeczuć. Cała nadzieja w młodych, ale mądrych i rozsądnych, którzy nie patrzą tylko na liczby zakończone zerami.

Magdalena Makuch


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje