Cezary Kosiński: Pomogła mi terapia

Teraz mówi o tym głośno, bo w Polsce korzystanie z pomocy psychologa to temat tabu. „A przecież normalni ludzie też mają problemy”, zaznacza aktor i przyznaje, że gdyby nie terapia, nie założyłby rodziny.

Ostatnio poddałeś się internetowej psychoterapii. Jakie wrażenia?

Reklama

Cezary Kosiński: - Faktycznie (śmiech). W nowym serialu "Web Therapy" gram Ryszarda, który jest kolegą z pracy głównej bohaterki granej przez Agatę Kuleszę. Odeszła z tej pracy w bliżej nieokreślonych okolicznościach. Prawdopodobnie miało to związek z jej temperamentem seksualnym. Ryszard od dawna otrzymywał od niej sygnały, które rozumiał jednoznacznie - że jest szansa na coś więcej niż tylko flirt. Może romans, a nawet prawdziwe uczucie. I właściwie z tą myślą zgłosił się do niej na terapię. Chce wyznać, co do niej czuje. A że jest nieśmiały, posuwa się do kłamstwa.

Z jakimi wymyślonymi problemami do niej trafia?

- Pod płaszczykiem problemów z nową dziewczyną. Za tym wszystkim kryje się jednak niewypowiedziana miłość do głównej bohaterki.

Dla was to była nowa forma pracy?

- To, że serial jest emitowany wyłącznie w internecie, to rzeczywiście nowość. Natomiast sama realizacja zdjęć nie bardzo odbiega od tego, z czym do tej pory miałem do czynienia. Nadal jest kamera, nadal jest reżyser, tyle że aktorzy spotykają się poprzez ekran komputera. Ale nie zapominajmy, że żyjemy w wirtualnej rzeczywistości - to jest powszechne. Telefon, Skype, Viber, Messenger, Snapchat to dzisiejszy świat. Przekaz zapośredniczony stał się czymś bardzo naturalnym i dziś chyba nikt rozsądny nie podważa prawdziwości takiego kontaktu.

- W 2007 roku byłem w Nowym Jorku z przedstawieniem "2007: Macbeth". Pojechałem z żoną, a dwójka naszych dzieci została w Polsce. Siedzieliśmy tam miesiąc i właściwie nie było dnia, żebyśmy nie kontaktowali się z dziećmi przez Skype’a. Rozmawialiśmy, wspólnie odrabialiśmy lekcje, graliśmy w gry, czytaliśmy im bajki na dobranoc. Pełna komunikacja. Tyle że bez przytulania. Tego jeszcze, niestety, internet nie zapewnia.

Słuchając cię, dochodzę do wniosku, że dzieci można wychować przez internet.

- Do takiego stwierdzenia bym się nie posunął, ale wtedy to była jedyna możliwość, żeby zbyt boleśnie nie odczuć rozłąki.

Czy temat psychoterapii w ogóle jest ci bliski? Przechodziłeś terapię?

- To prawda, chodziłem na terapię. W Polsce, niestety, terapia to temat tabu. Uważa się, że dotyczy ludzi nienormalnych. Tymczasem wielu normalnych też napotyka w życiu różne trudności. Na przykład w budowaniu relacji z innymi ludźmi, w związku z pracą, pieniędzmi, autorytetami. Taka osoba nie powinna się bać i wstydzić. I szczerze mówiąc, mam nadzieję, że mój głos przyczyni do tego, że ludzie przestaną się bać i wstydzić. Uważam, że terapia to normalna rzecz. Jeśli psuje nam się samochód, idziemy do mechanika, jeśli mamy katar, idziemy do lekarza. Nie widzę problemu w korzystaniu z pomocy psychologa.

- Żyjemy w ciągłym pośpiechu, w stresie, często nie mamy czasu, żeby porozmawiać z kimś bliskim, z przyjacielem. W ogóle nie mamy czasu na przyjaźń. Od dziecka jesteśmy uczeni zdobywania kolejnych umiejętności i nagradzani za bycie lepszymi od innych. Szkoła wbija nam do głowy wzory matematyczne, gramatykę, zasady termodynamiki itd., itp. To wspaniałe! Edukacja jest ważna, wiem. Sam uwielbiam się uczyć, zdobywać wiedzę. Ale szkoły uczącej, jak żyć szczęśliwie, nie ma. Nikt nie mówi nam, jak żyć w zgodzie ze sobą, jak budować relacje z ludźmi, jak rozpoznawać własne emocje, jak dążyć do szczęścia.

Może to jest rola rodziców? 

- Pewnie tak. Chociaż, niestety, często nie ma na to szans, szczególnie gdy wracają do domu o godzinie 18 albo 19. Nie mają ani siły, ani ochoty na rozmowy o tym, jak dobrze przeżyć życie.

A co daje ci szczęście?

- Wiele rzeczy. Czytanie książek, granie na gitarze, oglądanie filmów, satysfakcja z pracy, rodzina. Ważne jest dla mnie poczucie bezpieczeństwa, tworzenie pewnego rodzaju wspólnoty.

Jesteś typem samotnika?

- Kiedyś tak myślałem, ale to nieprawda. Przez długi czas wydawało mi się, że potrzebuję wolności, a ta jest bez samotności niemożliwa. Ale gdy zostawałem sam, nie potrafiłem tego wytrzymać. Żyłem w przekłamanym wyobrażeniu siebie i to wyobrażenie próbowałem na siłę realizować.

Wszystko się zmieniło gdy poznałeś Anię, swoją żonę. Co takiego zrobiła, że się zmieniłeś?

- Chyba po prostu dojrzałem do bycia w związku, w czym terapia bardzo mi pomogła.

Co trzeba zrobić, żeby w dzisiejszych czasach związek przetrwał? Dzisiaj ludzie nie chcą walczyć o miłość, tylko zastąpić ją nową. Wy też mieliście chwile zwątpienia?

- Nie wiem, co trzeba robić. Aż tak mądry nie jestem. Rzeczywiście często ludzie rezygnują z bycia w związkach. Czasem jest to świadoma decyzja, a czasem lękowa reakcja na ogrom odpowiedzialności i domniemany zamach na niezależność. Poza tym jesteśmy narażeni na tyle bodźców, że nawet jeśli ktoś się bardzo stara utrzymać związek, nie zawsze mu się udaje. A z drugiej strony, nie dla każdego bycie w związku jest czymś najważniejszym. Ludzie mają różne priorytety, potrzeby i nie widzę sensu, żeby mieli to zmieniać tylko po to, żeby ratować coś, co może wcale nie jest tego warte. Każdy tworzy swój własny świat, czegoś innego chce. Jednak jest coś takiego jak samoświadomość i odpowiedzialność. Strasznie łatwo jest się samemu oszukiwać, deklarować, że chcemy utrzymać związek, ale podświadomie robić wszystko, żeby go utracić.

Żona musi być bardzo wyrozumiała, bo gdy przygotowujesz się do nowej roli, przechodzisz małe piekło emocjonalne.

- Niestety, czasami pojawiają się nieznane emocje, zachowania, które nie są do końca pożądane. Zdarza się, że jest to trudny czas dla mojej rodziny. Ale to jest kwestia decyzji. Albo narażam ich na swoje zachowania destrukcyjne, albo próbuję wziąć na siebie tę odpowiedzialność i chronić ich przed tym.

A która rola była najbardziej wymagająca?

- Najtrudniejsza była praca nad Makbetem. Pod wieloma względami. Po pierwsze tematyka "Makbeta" - bardzo mroczna. Morderstwa, krew, żądza władzy, bezwzględność i okrucieństwo tytułowego bohatera. Po drugie granie na granicy transu i koszmaru sennego. Po trzecie, to przedstawienie było niezwykle trudne technicznie. Musiałem przejść elementarne szkolenie wojskowe, nauczyć się kilku technik walki wręcz, używać noża jako broni, strzelać z prawdziwego karabinu, zjeżdżać na linie. W trakcie spektaklu była cała masa efektów specjalnych: wybuchy, strzały, odcinanie głowy, sztuczna krew. Graliśmy na mikroportach, a publiczność była zaopatrzona w słuchawki. Trzeba było przekroczyć warstwę techniczną i pójść za emocjami. Wymagało to ode mnie ogromnego skupienia i precyzji. Ścieżka demonów usiana cudami techniki, można by powiedzieć. To było trudne. Ale i szalenie ekscytujące. Satysfakcja nie do opisania.

Skoro jesteśmy przy demonach, to porozmawiajmy o filmie "Demon" Marcina Wrony, w którym grasz księdza. Jak wspominasz pracę z tym reżyserem?

- Trudno jest o tym mówić bez perspektywy tego, co się stało potem, czyli samobójstwa Marcina. Kiedy zdarza się coś takiego, to właściwie przysłania wszystko, co się wcześniej wydarzyło. Śmierć Marcina mnie zszokowała i właściwie przestało mieć znaczenie, że grałem w jego filmie.

Ale mieliście od Marcina sygnały, że coś się z nim dzieje niedobrego?

- No właśnie, gdyby człowiek był na tyle mądry, żeby takie rzeczy wiedzieć, zanim się staną... Zresztą, gdy ktoś umiera, nawet jeśli choruje na nowotwór przez kilka lat i odchodzi, też jest to trudne przeżycie dla bliskich, pomimo że się tego spodziewali. Nigdy nie można być na to przygotowanym, a co dopiero w przypadku takiej niespodziewanej, tragicznej, samobójczej śmierci.

Każdy ma jakieś demony z przeszłości, które go prześladują. Ciebie też to dotyczy?

- Skoro mówisz, że każdy, to pewnie ja też. Czym byśmy byli bez demonów, pewnie aniołami, nie wiem. Ale jeśli w tym pytaniu był zawarty temat wiary, to od razu mówię, że to temat bardzo intymny. Zresztą wiara w Polsce też jest tematem tabu.

Dlaczego? Wstydzisz się powiedzieć głośno, w co wierzysz?

- A ty nie?

Nie.

- Nie powiem głośno, w co wierzę, ponieważ wiara ulega zawłaszczeniu totalnemu i ludzi się klasyfikuje według religii. W Polsce nie można powiedzieć normalnie, że jest się katolikiem albo że się nie jest, bo od razu zostajemy przyporządkowani do szerszej grupy społecznej, światopoglądowej. Mnie te szuflady bardzo męczą. Nie rozumiem na przykład tego, że jeśli jeżdżę na rowerze, od razu muszę być nazwany hipsterem. Nie mogę po prostu być facetem, który używa roweru do przemieszczania się po mieście. Wkurzają mnie te łatki.

Masz poczucie własnej wartości?

- Jest tyle samo wiary, co wątpliwości. Ale wydaje mi się, że to zdrowa równowaga. Musi być zawsze ziarno niepewności, żeby nie poczuć się bogiem.

Branża jednak cię docenia, bo nie możesz narzekać na brak propozycji. Ostatnio zagrałeś technika policyjnego w serialu "Prokurator". Musiałeś zgłębić tajniki takiej pracy?

- Na planie był z nami konsultant kryminolog. To wystarczyło. Nie zawsze czuję potrzebę, żeby do roli poznawać szczegółowo daną branżę. Kiedyś grałem boksera w filmie "Sposób na Alcybiadesa". Wtedy faktycznie przez pół roku miałem treningi, które nauczyły mnie podstaw, jak się ruszać, jak uderzać. Przed graniem w "Bogach" byłem dwukrotnie przy operacjach na otwartym sercu. Poza tym pięcioletnie doświadczenie z "Na dobre i na złe" też bardzo mi się przydało. Pamiętam pewne zachowania, wiem, jak trzymać narzędzia chirurgiczne.

Nie boisz się momentu, że kiedyś może nie będzie zapotrzebowania na Czarka Kosińskiego?

- Nie myślę o tym. Na razie mam dużo pracy. Zwłaszcza w TR Warszawa, dokąd wróciłem po siedmiu latach. Poza tym zacząłem uczyć w Akademii Teatralnej.

A swoją pracą zarażasz dzieci? Chcą pójść w ślady znanego taty?

- Były takie okresy, że myślały o tym. W pewnym momencie obydwoje grali w teatrze, w różnych przedstawieniach. Mieli momenty zachwytu nad pracą aktora, może kiedyś to zaowocuje. Nie będę wybierać za nich... To będzie ich decyzja.

Magdalena Makuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje