Frycze idą

"Chować łopatki, Frycze idą", krzyczały dzieci, gdy Olga Frycz (23) z rodzeństwem zbliżała się do piaskownicy. Nad niesforną piątką panowała jedynie ich mama.

Jest niedzielny wieczór. Zakopianką mknie opel corsa. W samochodzie wybucha awantura między pięciorgiem dzieci. Dopiero kiedy dojeżdżają do ronda Matecznego w Krakowie, gwar milknie. Bo na horyzoncie pojawia się McDonald's.

Reklama

"Kiedy wracaliśmy od dziadków z Zakopanego, mieliśmy swój rytuał: kieszonkowe, które dostawaliśmy od dziadka Maćka, wydawaliśmy w McDonaldsie na hamburgery" - wspomina Olga. Kto siedział za kierownicą tego wesołego samochodu? "Oczywiście mama. To jej zawdzięczamy nasze wspaniałe dzieciństwo. W domu nie było zbyt dużo pieniędzy, ale zawsze mieliśmy superdresy i dżinsy. Chodziliśmy w tych samych ciuchach: brat po siostrze, siostra po bracie. Nie wiem, jak mama to robiła, ale co roku wakacje spędzaliśmy nad morzem, i wszyscy graliśmy na jakichś instrumentach" - mówi aktorka.

Tajemnica trzepaczki

Trzypiętrowa kamienica w centrum Krakowa.

"U nas było jak na dworcu. Drzwi do mieszkania zawsze otwarte. Mieliśmy tylko jeden komplet kluczy. Jak trzeba było zamknąć drzwi, to klucze zostawialiśmy u sąsiadów" - śmieje się Olga. Zawsze trzymali się razem, co widać na zdjęciach. Olga rzadko występuje na nich solo.

Jednym tchem wylicza: "Marysia jest dwa lata starsza ode mnie, Antek - rok. Michał jest pięć lat młodszy, a Wojtek - siedem. Mama przechodziła z nami gehennę. Ale wystarczyło, że krzyknęła: "Idę po trzepaczkę" i był spokój. Bo dywanów u nas w domu nie było"...

Góralki nie płaczą

Dyżurka pielęgniarek w szpitalu. Olga siedzi na szafie. "Czasem mama zabierała mnie do pracy. Potrafiłam na tym legowisku spędzić pięć godzin, bez słowa. Nie dlatego, że byłam nieśmiała. Po prostu lubiłam obserwować ludzi" - opowiada.

Mama Agata, pielęgniarka, radziła sobie z piątką urwisów w praktyczny sposób.

"Dziś to nie do pomyślenia, ale pamiętam, że kiedy pracowała w Hucie Sendzimira, musiała być w pracy o szóstej rano. Zostawiała nas o świcie przed przedszkolem. Trzymaliśmy się z Antkiem za ręce i czekaliśmy, aż przyjdzie pani Helenka, wychowawczyni. Mieliśmy po trzy, cztery lata" - opowiada.

Twierdzi, że po mamie odziedziczyła urodę oraz silny charakter. "Jak mi się coś nie podoba, mówię to wprost. Takie były wszystkie kobiety w rodzinie: artystyczne dusze, ale w obyciu raczej surowe i konkretne" - deklaruje. W ich żyłach płynie góralska krew.

Gdy tata odszedł

Olga nie potrafi sobie przypomnieć, kiedy rodzice postanowili się rozwieść. "Chyba miałam 12 lat, jak tata nas zostawił" - mówi.

Z ojcem, Janem Fryczem, znanym aktorem, córka widywała się sporadycznie, dziś nie utrzymuje kontaktów. Co odziedziczyła po nim? "Nie wiem, za mało go znam. Ale mam nadzieję, że talent aktorski" - mówi.

Zachowała dobre wspomnienia z czasów, kiedy ojciec mieszkał z rodziną. "Jak coś przeskrobaliśmy, stawiał nas w rzędzie. Wtedy zrzucaliśmy na siebie nawzajem winę. On nauczył nas, że wszystko trzeba brać na klatę" - opowiada Olga.

Azylem Jana była kawalerka przy ulicy Józefa na Kazimierzu. Uciekał tam uczyć się ról i sklejać modele samolotów. "Czasami nas ze sobą zabierał, to było ogromne wyróżnienie" - wspomina aktorka.

Im Olga jest starsza, tym bardziej docenia rodzinny dom. Gwarny, niebogaty i z zasadami. Z gromadą dzieci, ukochanymi psami i dwoma rudymi kotami. "Mama nam ufała. Można było nie iść na klasówkę, ale szkoła muzyczna była obowiązkowa."

Jednak tylko dwóch braci jest wiernych muzyce. Wojtek gra na akordeonie, a Michał na organach. Antek pracuje w banku, Marysia jest nauczycielką angielskiego i taterniczką. Choć Olga wyjechała z Krakowa, a Marysia osiadła w Zakopanem, cała piątka nadal trzyma się razem.

Rozmawiała Iwona Zgliczyńska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje