Hanna Mikuć: Moje życie bez prądu

„Chciałam zostać zoologiem, uczyć niemieckiego, zostać malarką”, opowiada SHOW. 1000 pomysłów na życie niespodziewanie zdominował jeden – aby, jak rodzice, zostać aktorką.

"Miałam wspaniałe dzieciństwo. Z opowieści mamy wynika, że mieszkaliśmy w dość strasznych - z dzisiejszego punktu widzenia - warunkach", wspomina specjalnie dla SHOW Hanna Mikuć.

Reklama

"Mama miała zaledwie 21 lat, gdy mnie urodziła i w tym samym czasie rozpoczynała karierę zawodową w Teatrze Nowym w Łodzi u Kazimierza Dejmka. Podobnie zresztą jak tata, Bohdan Mikuć. Dostali mieszkanie na nowym osiedlu w Łodzi, gdzie, jak mi opowiadano, jeszcze przez dwa lata po tym, gdy tam zamieszkali, żyli bez elektryczności, bo nie było instalacji. Potem włączano prąd tylko na godzinę dziennie. Mama wspomina, że to był prawdziwy cud, gdy zdobyła pralkę Franię i nie musiała prać w balii na tarce. Porządnej drogi też nie było, więc szło się do domu przez błoto.

Rodzice byli młodym małżeństwem pracującym: wozili mnie do żłobka, stamtąd szli na poranną próbę, wieczorem grali w spektaklach. Nie wiem, jak mama radziła sobie z prowadzeniem domu, ale moje dzieciństwo było bardzo szczęśliwe. Rodzice dawali mi maksimum swojego czasu. Codziennie byłam w parku na spacerze, jedliśmy razem obiady. Było cudownie, mimo skromnych warunków, wspominam ten czas jak najmilej.

Często chodziłam do rodziców do pracy, wszyscy aktorzy byli ciociami i wujkami. Kiedy nikogo nie było na scenie, a teatr był pusty, czasem odważałam się na nią wyjść. Była w tym prawdziwa magia. Wcale nie sądziłam, że kiedyś zostanę aktorką, nawet przez myśl mi to wtedy nie przemknęło. Jednak scena ma coś takiego w sobie, że nawet małe dzieci to odczuwają.

Byłam bardzo dobrą uczennicą i przymierzałam się do różnych zawodów. Pierwszy pomysł: zostać zoologiem i prowadzić fermę lwią w Afryce. To pokłosie serialu »Elza z afrykańskiego buszu«. Telewizja fascynowała mnie od początku, choć pamiętam, że kiedy poszłam do szkoły, tylko jeden kolega w pierwszej klasie miał telewizor. Potem przygotowywałam się do studiów germanistycznych. Kolejnym pomysłem była ASP, bo chciałam rysować i malować.

Rok przed maturą coś mnie naszło, żeby sobie ponagrywać na magnetofon wiersze. Tak zdecydowałam, że zdaję do Filmówki. Rodzice byli bardzo nieszczęśliwi, że chcę zostać aktorką, po prostu chcieli oszczędzić mi stresów związanych z niepewnością w tym zawodzie. Muszę powiedzieć, że historia powtarza się w przypadku mojej córki, która pół roku przed egzaminami powiedziała, że zdaje do Akademii Teatralnej. Jedyne, co zrobiłam, to ubłagałam ją, żeby złożyła też papiery na ASP, bo ma duży talent.

Dostała się na wydział mediów z pierwszą lokatą, ale równocześnie zdała na AT i nie było siły, by ją przekonać do zmiany zdania. Teraz jest na czwartym roku i za chwilę robi dyplom.

Rodzina to dla mnie największa wartość. Mój mąż, którego poznałam na planie filmowym, myślał podobnie. Mimo światowej kariery, którą robił, najważniejsze były dla niego dzieci i rodzina. Kiedy Piotr pracował w Stanach, jeździłam z nim, bo wiedziałam, jakie to dla niego ważne. To był dla mnie trudny okres: ciągle się przenosiliśmy, a ja długo się przyzwyczajam do nowych miejsc. Kiedy się to udawało, wyjeżdżaliśmy gdzieś indziej. I tak minęło parę lat.

Dzieci chodziły do szkół w Stanach, ale ja i tak przerabiałam z nimi program szkoły polskiej, żeby mogły zdać polskie egzaminy. Wolne chwile wykorzystywaliśmy na superwycieczki, np. do Wielkiego Kanionu. Nie wyobrażałam sobie, że to takie spektakularne miejsce. To była podróż mojego życia, a naprawdę dużo widzieliśmy: byliśmy na Hawajach, w Meksyku, Finlandii, w moich ukochanych Włoszech. To jest jedyny kraj, w którym czuję się prawie tak, jak w domu, choć na stałe nie mogłabym wyjechać z Polski.

W naszej rodzinie jest dość monotonnie: synowie wykonują ten sam zawód, co ojciec i dziadek, a Marysia jest trzecim pokoleniem aktorów. Moim marzeniem było, żeby dzieci wybrały mniej stresogenne zawody. Ale mleko się rozlało. Moja teoria jest taka, że jednak pewne zdolności dostajemy w genach. Mąż przecież umarł, kiedy chłopcy byli jeszcze za młodzi, żeby im przekazać jakąś wiedzę na temat sztuki operatorskiej. Marysia robi piękne zdjęcia. Michał z kolei dla żartu wystąpił w »Singielce«, do której robi zdjęcia. Moim zdaniem młodszy syn ma talent imitatorski. Parodiował wszystkich celebrytów.

Może ich losy zawodowe potoczyłyby się inaczej, gdyby Piotr, mój mąż, był jeszcze z nami? Myślę, że jego odejście zdeterminowało ich losy: chcą być jak tata. Michał prawie do matury zajmował się muzyką heavymetalową, miał długie włosy. Któregoś popołudnia wyszedł. Po jakimś czasie puka ktoś do drzwi. Otworzyłam i nie poznałam syna, obciętego na króciutko. Od tego dnia zaczął przygotowywać się do szkoły filmowej. Na szczęście obaj, Piotr i Michał, znaleźli swoją drogę. Pracują, odnoszą sukcesy."

Wysłuchała Katarzyna Jaraczewska



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje