Intensywne życie? To lubię!

Katarzyna Sokołowska chciała mieć zawód inny niż wszyscy. Dziś jest postrachem modelek i guru projektantów. Świat mody zna od kulis. Nam zdradziła jego sekrety.


Reklama

Jesteś zadowolona z finału "Top model"?

Katarzyna Sokołowska: - Tak, to był bardzo mocny finał! Znalazły się w nim odpowiednie dziewczyny i z tego powodu jestem naprawdę szczęśliwa. Co do werdyktu... Każdy z nas może mieć własne zdanie. Ja je zresztą głośno wypowiedziałam na wizji. Renata i Klaudia miały zdecydowanie najlepsze warunki do pracy na wybiegu. To właśnie jest dla mnie kluczowe, dlatego moje serce było przy Renacie. Ostateczna decyzja w tym programie nie należała jednak do nas, tylko do widzów. To oni wybrali. Przypuszczam, że wygrała charyzma Zuzy, jej osobowość.

Myślisz, że Zuza sobie poradzi w show-biznesie? Zrobi karierę? O poprzednich zwyciężczyniach słuch zaginął...

- Zuza jest nieprawdopodobną dziewczyną i wydaje mi się, że świetnie sobie poradzi. Owszem, ma pewne niedoskonałości, z których zdajemy sobie sprawę, czyli sylwetkę. Ale nadrabia osobowością, piękną twarzą i siłą. I inteligencją.

To ważne w tym zawodzie?

- Tak. Te wszystkie stereotypy krążące o modelkach są krzywdzące. Prawda jest taka, że aby coś w tym zawodzie osiągnąć, a potem się w nim utrzymać, trzeba być inteligentnym. Bystrością i otwartością Zuzia zjednuje sobie ludzi. Ona ma niezliczone rzesze fanów na Facebooku. Myślę, że ta dziewczyna nie zniknie. Trzymam za nią kciuki.

A co udział w "Top Model" dał tobie?

- Otworzył mnie na nowe sytuacje i ludzi, których poza programem pewnie bym nie poznała. Dał mi też trochę zdrowego dystansu do mojej pracy w dość hermetycznym środowisku.Cieszę się, że się odważyłam i postanowiłam spróbować.

Po raz pierwszy nie ty reżyserowałaś, tylko reżyserowano ciebie. Jak się czułaś po drugiej stronie?

- Dobrze, bo pozwalano nam po prostu być sobą. Wielokrotnie słyszałam od znajomych: "Kasia, ty jesteś tam identyczna jak w normalnym życiu". To był dla mnie komplement. Udało mi się kawałek siebie pokazać szerszej publiczności. Dzięki temu ludzie zainteresowali się modą, tym, jak wygląda praca za kulisami.

Mnie interesuje, jak wygląda twój typowy dzień?

- Proszę bardzo, oto mój niedawny "rozkład zajęć": po finale "Top Model" udzielałam wywiadów, skończyłam więc pracę bardzo późno. Następnego dnia wstałam bladym świtem, bo musiałam być z naszą finalistką w programie "Dzień dobry TVN". Potem odbyłam trzy zawodowe spotkania, by omówić kolejne pokazy. Od godziny 13:00 miałam czterogodzinne przymiarki do pokazu Simple, który właśnie przygotowuję. Potem spotkanie w sprawie kolejnego czerwcowego pokazu, następnie moja asystentka zawiozła mnie na krótki masaż, żebym nie umarła (śmiech). Zrelaksowana pracowałam z moim realizatorem muzyki nad oprawą pokazu. Skończyłam dzień o 23:30.

I tak codziennie?

- W sezonie tak. Prowadzę intensywne życie, ale powiem szczerze - lubię to.

Podobno każdego dnia dostajesz kilka mejli z podaniami o pracę i prośbami o przyjęcie na staż.

- Tak, ale obecnie nie potrafię wyobrazić sobie, jak mogłabym pomóc tym młodym ludziom. W mojej intensywnej pracy trudno mieć nagle przy sobie dwudziestu stażystów. Sama pamiętam, jak wysyłałam listy do ludzi, którzy byli dla mnie autorytetami.Może w przyszłości uda mi się kogoś z tych młodych ludzi zatrudnić... To dla mnie ogromny zaszczyt, że oni widzą sens w mojej pracy, chcą robić to, co ja i chcą się ode mnie uczyć.

A ty od kogo się uczyłaś?

- To, co umiem, jest sumą moich życiowych doświadczeń. Miałam piętnastoletnią przygodę ze sceną muzyczną. Duża część mojego życia to były koncerty i festiwale. Ukształtowały moją wyobraźnię, nauczyły dyscypliny, uwrażliwiły na sztukę. Wtedy zrozumiałam, że chcę mieć zawód, który będzie dla mnie wyzwaniem. Zawód inny niż mają wszyscy. Gdy już to zrozumiałam, nastały czasy poszukiwań. Potem były pierwsze łzy, ale też pierwsze sukcesy, po których postanowiłam, że to jest coś, co chcę robić w życiu. Na końcu pojawiła się obawa, czy będę mogła się z tego utrzymać i czy sobie poradzę. Wybrałam trudną drogę, ale kocham to, co robię i ta miłość trwa już 18 lat. 

Mówi się, że masz monopol na reżyserowanie pokazów mody w Polsce. To prawda? 

- To nie do mnie pytanie (śmiech).

To inaczej: dlaczego twoim zdaniem polscy projektanci zapraszają tylko ciebie do współpracy?

- Myślę, że daję im jakiś spokój, poczucie bezpieczeństwa. Przekładam ich wizję na język sceny. Bardzo też dbam o wysoką jakość pokazów. Z projektantem spotykam się na różnych etapach. On dzieli się ze mną swoją ideą i od tego zaczyna się nasza praca.

Dochodzi do starć?

- Nie uznaję słodzenia sobie nawzajem, wolę szczerą rozmowę. Dyskutujemy, wspieramy się, a ja daję sobie prawo do szczerej opinii, czy niesamowity pomysł da się przełożyć na realia. Brutalnie mówiąc, czy jest realna szansa na jego realizację, czy zmieści się w budżecie i czasie. Kiedy już mamy koncepcję, zaczyna się praca z modelkami, stylistami, scenarzystą. Na końcu tej drogi jest dzień pokazu.

Stresujesz się jeszcze przed kolejnymi pokazami?

- Oczywiście. Ale to nie jest paraliżujący stres, raczej mobilizująca adrenalina. Każdy pokaz jest najważniejszy. To jedyne w swoim rodzaju 15 minut. Potem niczego nie można już poprawić, powtórzyć. To wywołuje ogromne emocje. W czasie trwania pokazu mody nie wolno tracić głowy.

Tobie się to nigdy nie zdarza?

- Nigdy (śmiech).

Jak relaksujesz się po takim stresie?

- Nauczyłam się radzić sobie z taką adrenaliną. Przez te wszystkie lata oswoiłam się z nią. Po prostu umiem żyć w stresie.

Dlaczego w Polsce pokazy są zawsze opóźnione?

- O, to bardzo dobre pytanie! Sama je często zadaję. Czy to aby nie kwestia gwiazd, które się spóźniają? (śmiech).

Za granicą też tak jest? Czy tylko my tak rozpuściliśmy celebrytów?

- Bywa różnie. Na pokazach w Polsce wciąż nie ma wielu kupców. Dlatego u nas to gwiazdy generują zainteresowanie i w konsekwencji sprzedaż ubrań projektanta. Podobno kiedyś wstrzymano pokaz o ponad godzinę, bo jakaś aktorka miała spektakl. Nie chcę tego komentować, bo chyba nie muszę mówić, co wtedy dzieje się w garderobie. Modelki, od godziny ubrane i umalowane, wszyscy gotowi czekamy w emocjach na rozpoczęcie. Utrzymanie ekipy w dobrym nastroju i dyscyplinie nie jest wtedy łatwe.

Czy to ty decydujesz o tym, kto siedzi w pierwszym rzędzie?

- Na szczęście nie ja. Zajmuje się tym inna sekcja. Robi to projektant albo jego menedżer. I dobrze, że to nie moja działka (śmiech).

W zagranicznych pokazach w pierwszym rzędzie zasiadają przede wszystkim redaktorzy modowi, u nas celebryci. Dlaczego?

- To się na szczęście zmienia... Teraz w relacjach z pokazu pokazuje się również kolekcje. A jeszcze niedawno pokazywano tylko gwiazdy. To dobra tendencja, bo przecież istotą pokazu nie jest to, kto na niego przyszedł, tylko to, co projektant pokazał. Dzięki Bogu gwiazdy też kochają modę (śmiech). Pokazy stały się szalenie pożądane, wszyscy chcą być na widowni. Bardzo trudno ograniczyć liczbę gości. Organizacja widowni to skomplikowana sprawa, na szczęście są ludzie, którzy się na tym znają i dzięki Bogu nie jestem to ja!

Jest projektant, któremu byś odmówiła i nie wyreżyserowała jego pokazu?

- Reżyser pokazów mody nie może mówić, że coś lub ktoś mu się podoba albo nie. Prywatnie to jest zupełnie inna sprawa... Ale w pracy jestem zawodowcem. Nie tą kategorią dokonuję wyboru.

A jaką?

- Powiem tak - czas i jakość. Pracuję bardzo dużo, znam swoją wydolność i wiem, ile mogę zrobić. Oczywiście w sezonie jest to napięte do granic możliwości. Teraz mam gorący okres. W ciągu ostatnich dwóch tygodni zrobiłam już sześć pokazów i drugie tyle przede mną. W międzyczasie był finał "Top model". Mój organizm jest teraz w stanie wojny (śmiech). Natomiast przyjmując propozycję pracy, muszę wiedzieć, że dam radę i zrobię to na sto procent. Muszę być uczciwa wobec siebie i projektanta, który mi zaufał.

Osiągnęłaś wszystko w swoim zawodzie?

- Życie fantastycznie mi się ułożyło. Kiedy zaczynałam, nie kalkulowałam, dokąd mnie to zaprowadzi. Mnie wtedy kręcił sam pokaz i gdy go robiłam, byłam szczęśliwa. To skupienie się na pracy doprowadziło mnie do momentu, w którym teraz jestem. Czuję się zrealizowanym szczęśliwym reżyserem, robię rzeczy, o których nawet nie marzyłam. Ale gdybym dziś powiedziała, że osiągnęłam już wszystko, musiałabym przestać to robić. 

Jak spędzasz wolny czas, jak odpoczywasz?

- Jestem typem podróżnika, lubię włóczyć się po świecie. Choć ostatnio coraz bardziej skupiam się na tym, by dbać o szczegóły, małe rzeczy wokół siebie. Na przykład staram się nie zapominać o relaksie. Wykonuję też proste czynności, na które w sezonie pokazowym brakuje mi czasu. Chcę móc spotkać się z przyjaciółmi, iść do kina, parku, wyruszyć w podróż. Paradoksalnie niełatwe są te powroty do normalności po tym czasie wzmożonej aktywności zawodowej. Ale staram się (śmiech).

Pamiętasz jeszcze jak to jest siedzieć na kanapie i nic nie robić?

- Chyba nie (śmiech). Ale to dlatego, że jestem typem aktywnym, zadaniowym. W wolnym czasie też mam całą listę "rzeczy do zrobienia". Chcę poczytać, pooglądać, poćwiczyć. Aczkolwiek myślę, że powinnam się wreszcie kiedyś wyspać.

Ile czasu spędzasz w swoim domu w czasie tygodnia mody? Godziny czy raczej minuty?

- Trudno powiedzieć, bo zwykle mieszkam wtedy w hotelu.

Przy takim tempie życia brakuje ci czasu dla przyjaciół i rodziny?

- No tak, ale to jest kwestia ustawienia pewnych spraw. Z takim zawodem trzeba umieć żyć, równowaga jest niezbędna.

Dla bliskich to musi być trudne?

- Przyzwyczaili się (śmiech).

Przyznaj, po godzinach potrafisz wyjść z roli profesjonalistki?

- Jestem zawsze taka sama i w domu i w pracy. Konkretna, energetyczna. Oczywiście w domu potrafię trochę zwolnić.

Co cię cieszy?

- Moje życie mnie cieszy. A najbardziej to, że mam poczucie bycia w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie. To, że jestem w dobrym momencie swojego życia. Że czuję satysfakcję. Każdy, kto jej nie ma, za czymś goni, czegoś szuka. Mnie się udało ją znaleźć. Cieszy mnie radość moich bliskich, spełnienie w pracy, atencja i zaufanie ludzi.

Co cię złości?

- Marnowanie czasu, głupota, arogancja, to że niektórym się wydaje, że przez nasz świat mody można się "prześlizgnąć". Złości mnie powierzchowność ludzi, którym się podoba tylko ten blichtr, a nie zastanawiają się, co jest dalej, głębiej. A najbardziej mnie złości bezinteresowna negatywna krytyka. To niestety znak naszych czasów, który mnie zasmuca. A poza tym, jestem na tyle optymistyczna i pozytywnie nastawiona do świata i ludzi, że staram się nie złościć. To kolejny truizm, ale wierzę, że jeśli dajesz dobrą energię, dostajesz ją z powrotem.

O czym marzysz?

- Chcę być w tak dobrej kondycji psychicznej i fizycznej jak teraz, by zachować swój entuzjazm. Wtedy wiem, że mogę wszystko. Czuję, że żyję i nie jest mi wszystko jedno. A ja nie chcę, żeby mi było wszystko jedno!

Uchodzisz za jedną z najlepiej ubranych Polek. To musi być miłe...

- Dziękuję, tak - to bardzo miłe. Ale powiem szczerze, że nigdy tego szczególnie nie analizowałam. Otaczam się pięknem - to dotyczy zarówno przedmiotów jak i ludzi. Tak jestem skonstruowana. Z tego też zresztą wynika to, co robię. Z modą związałam swoje życie.

Co masz dziś na sobie?

- Pierścionek ze stali, T-shirt od polskiego projektanta, sandały z polskiego sklepu, kardigan zachodniej marki. To jest dla mnie miks, który nie wynika z metek, a z faktury, prostoty połączeń. Tyle. Podobnie jest z reżyserowaniem. Coś z czymś połączone jest piękne. Coś znaczy, a coś innego nie. Podchodzę do mody i swojej garderoby czysto estetycznie.

Kiedy kogoś poznajesz, automatycznie oceniasz go po wyglądzie?

- Wszyscy to robimy. Ale życie pokazuje, że to tak nie działa. Ja staram się już tego nie robić. Przecież bardzo często ktoś ubrany, że tak powiem, karkołomnie, okazuje się niesamowicie wrażliwy. Dla mnie to, co mam na sobie, wynika z tego, co jest wewnątrz mnie. Ale dla drugiej osoby nie zawsze jest to tak istotne i oczywiste. I trzeba o tym pamiętać.

Justyna Kasprzak
SHOW 13/2013

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje