Jacek Kawalec: Fortuny nie zarobiłem

„Choć ludzie myślą inaczej”, mówi SHOW aktor. Przez to, że uważano go za bogacza, miał poważne kłopoty. Nam zdradził, jakie, opowiedział też, jak dba o swoje 30-letnie małżeństwo i znosi bunt nastoletniego syna.

Jest pan już w show-biznesie ponad 30 lat. Nie czuje się pan zmęczony życiem w świetle fleszy?

Reklama

Jacek Kawalec: - Media interesują się głównie tym, kto z kim, ewentualnie za ile, ale nie ma pytania "po co"... Kiedy patrzę na wszystkie kolorowe pisma, widzę, że my, aktorzy, jesteśmy traktowani jak towar na półkach. Ubiera się nas w ciuchy, które trzeba sprzedać, dopasowuje się do nas jakieś kosmetyki. W żadnej gazecie nie mogę przeczytać porządnej recenzji ze spektaklu, tylko co najwyżej jego opis. Nie ma nikogo, kto potrafiłby w recenzji ocenić jak dany aktor zagrał, po co wystawiono jakąś sztukę. A ja najwięcej mam do opowiedzenia publiczności poprzez swoją pracę. W moim prywatnym życiu nie ma żadnych sensacji. Od 30 lat mam tę samą żonę, nie wywołuję skandali, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Trudno pana spotkać na imprezach.

- Jeżeli idę na premierę do teatru czy na jakieś wydarzenie, gdzie są reporterzy, to nie po to, żeby się sfotografować na ściance, tylko dlatego, że zaprosili mnie koledzy, np. na premierę swojego spektaklu. Idę im kibicować, powiedzieć, co myślę o ich pracy, ewentualnie dla rozrywki.

Podkreśla pan, że od 30 lat ma tę samą żonę. Czego nauczyło pana małżeństwo?

- Miało być o pracy, a pani swoje... Trudno. Myślę, że przede wszystkim cierpliwości i kompromisu. A poza tym jest to ogromne przywiązanie i taki rodzaj poukładania życia, że trudno sobie bez tej drugiej osoby wyobrazić świat. Jeśli jest się z kimś od 30 lat, człowiek się zmienia - dojrzewa. Życie samo w sobie uczy człowieka wielu rzeczy, a jeżeli jest to wspólne życie z jedną osobą, to wiadomo, że mimo najszczerszych chęci i miłości, niemal zawsze pojawiają się sytuacje konfliktowe. Dotyczy to każdej relacji międzyludzkiej, a tym bardziej damsko-męskiej.

Jak pielęgnuje pan związek?

- Łączą nas przede wszystkim rozmowa i wspólny świat intelektualny - wspólnie obejrzane filmy, przeczytane książki, odbyte podróże, ale też namiętność. No i oczywiście zwyczajnie wspólne życie, które wiąże się m.in. z odpowiedzialnością za dzieci. Oczywiście każde z nas ma swoje własne pole. Ja mam pracę, jakieś męskie rozrywki, a żona ma swoje tematy i swoje przyjaciółki. Gdyby jednak narysować dwa koła, które się zazębiają, największa część pola byłaby wspólna.

Z biegiem czasu zmieniają się priorytety. Kiedyś dla pana była to praca, dziś marzy pan o osiągnięciu harmonii. Dlaczego?

- Człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że w życiu są ważniejsze rzeczy niż zainteresowanie świata swoją osobą, bo wiadomo, że zwłaszcza takie rzeczy jak np. kariera aktorska, po prostu mijają. Są wielcy artyści, których pamiętam, m.in. Zbigniew Zapasiewicz, Jan Świderski czy Gustaw Holoubek. To byli moi idole. Niech pani zapyta nawet dzisiejszego 30-latka, kim byli. Młodzi ludzie nie znają odpowiedzi na to pytanie, za to wiedzą, w co się ubrała jakaś pani, której ja w ogóle nie kojarzę.

Pamięta pan pierwszą pracę po studiach, pierwsze rozczarowania?

- Było bardzo ciężko, dlatego że studia na Wydziale Aktorskim PWSFTviT skończyłem w 1984 roku. I to był trudny czas, tuż po stanie wojennym, w którym funkcjonowało jeszcze coś takiego jak bojkot telewizji. Dzisiejsza publiczność może już o tym nie pamiętać. Była jedna reżimowa telewizja rządowa i środowisko artystyczne nie chciało kolaborować z ówczesną władzą. W związku z tym aktorzy nie występowali w telewizji i grali tylko w teatrach.

Udało się jednak panu zatrudnić w teatrze Komedia, gdzie znalazł pan też miłość...

- Właśnie w Komedii poznałem moją żonę, która zatrudniła się tam na stanowisku sekretarza literackiego. Joasia skończyła warszawską szkołę teatralną na Wydziale Wiedzy o Teatrze. Krótko po tym, jak się poznaliśmy, wzięliśmy ślub. A kiedy miała nam się urodzić córka, trzeba było pomyśleć, z czego żyć. Nie mieliśmy swojego mieszkania, a praca zawodowa nie dawała nam żadnego komfortu materialnego. Zresztą do dziś, wbrew temu, co myślą ludzie, zawód aktora nie gwarantuje ani fortuny, ani nawet stabilności finansowej.

Mimo to zbudował pan mieszkanie na poddaszu. Skąd wziął pan na to pieniądze?

- Gdy zobaczyłem, ile jestem w stanie zarobić w swoim zawodzie, a ile zarabiał zwykły robotnik, co wypadało oczywiście na moją niekorzyść, kupiłem książkę dla majsterkowiczów i zacząłem odnawiać ludziom mieszkania. Co więcej, każde wakacje, bo przerwa w teatrze trwała dwa miesiące, wykorzystywałem na to, żeby jeździć na zachód do pracy. Pracowałem na farmie, w myjni samochodowej, rozwoziłem pizzę, piekłem ciastka, byłem kelnerem. Jak Irena Kwiatkowska, żadnej pracy się nie bałem. Byłem m.in. w Szwecji, w Norwegii, a nawet raz w Stanach. Gaża w Teatrze Polskim, w którym pracowałem w 1987 roku, wynosiła w przeliczeniu 12 dolarów, a przez 2 miesiące za granicą byłem w stanie zarobić 3,5 tysiąca dolarów. Od tego momentu przez trzy lata załatwialiśmy z żoną formalności urzędowe dotyczące zaadaptowania strychu na Saskiej Kępie. W końcu udało nam się zdobyć wszelkie pozwolenia urzędników na to, żeby przerobić go na mieszkanie, przy czym nie była to tylko adaptacja, a prawdziwa nadbudowa. Wcześniej na tym strychu było jedynie miejsce dla gołębi. Był tak niski, że trzeba się było schylać, żeby w ogóle tam wejść. W kamienicy z 1936 roku trzeba było rozebrać stary dziurawy dach, a następnie dobudować dodatkowy strop, nowe piętro i całkiem nowy dach.

Przydało się doświadczenie zdobyte przy odnawianiu mieszkań?

- Trochę tak. Do pomocy przywieźliśmy kilku robotników ze wsi, których trzeba było wykarmić z naszego mięsa na kartki. Wraz z nimi i naszymi przyjaciółmi przez półtora roku wnieśliśmy na górę 28 tysięcy cegieł i zbudowaliśmy piękne, prawie 140-metrowe dwupoziomowe mieszkanie. Wprowadziliśmy się tam w styczniu 1990 roku.

A potem zaczęły się schody?

- To był moment, w którym Polska odzyskała wolność, a my tę wolność w pewnym sensie straciliśmy. Obiecywano nam, że jeśli zbudujemy mieszkanie, będziemy mogli wykupić je na własność. Wtedy powstały tzw. wspólnoty mieszkaniowe. Ludzie wykupowali swoje mieszkania komunalne za symboliczne pieniądze. A my, którzy sami je zbudowaliśmy, nie mogliśmy stać się właścicielami. Powstała bowiem luka prawna, zgodnie z którą rzekomo "nasz lokal jest częścią wspólną właścicieli lokali nieruchomości". W 1992 roku, gdy zacząłem prowadzić "Randkę w ciemno", zyskałem dużą popularność i niektórym naszym sąsiadom zaczęło wydawać się, że zarabiam krocie. Zaproponowali więc, byśmy kupili od nich mieszkanie, które sami stworzyliśmy i które było dorobkiem naszego życia, po cenie rynkowej. Nie mieliśmy na to pieniędzy, w związku z czym staliśmy się więźniami własnego mieszkania, z którego nie mogliśmy się ani wyprowadzić, ani go sprzedać.

Jak wspomina pan swój dom rodzinny?

- Wychowywałem się bez taty, dlatego nie miałem w rodzinie silnego męskiego wzorca. Ale paradoksalnie być może właśnie dlatego staram się być dobrym ojcem dla własnych dzieci. Mam dwie siostry przyrodnie, których nie znałem, dopóki żył nasz tata. Moja mama była bardzo dobra, myślę że momentami nawet za dobra. Zawsze próbowała stworzyć między nami relacje kumpelskie i to chyba nie było do końca prawidłowe. Oczywiście ja też chcę być przyjacielem dla swoich dzieci, ale myślę, że rodzice są od tego, żeby wychowywać z odpowiedzialnością. Żeby dzieci wyrosły na szczęśliwych, wartościowych ludzi, trzeba im stwarzać granice, które się przesuwa w miarę ich dojrzewania.

Pana mama nie ustanawiała takich granic?

- Chyba chciała być przy tym moją przyjaciółką. Pewnie z tego powodu nie zaistniało u mnie coś takiego, co ma miejsce podczas dojrzewania każdego nastolatka, a mianowicie naturalny bunt przeciwko rodzicom. Mój syn przechodzi w tej chwili taki okres, a dorosła dziś córka ma to już za sobą. To jest najtrudniejszy moment dla rodziców, bo nagle przestają być dla dziecka najważniejszymi osobami na świecie, a stają się nimi jego rówieśnicy. Mam świadomość, że moje zdanie na pewne tematy nie ma dla Kajetana żadnego znaczenia. Jeżeli powiem mu, że w którychś spodniach wygląda obciachowo, on po prostu się z tego zaśmieje. Znacznie bardziej weźmie sobie do serca, jeśli to samo powie mu kolega czy koleżanka. Wiem jednak, że z prawdziwym problemem syn przyjdzie do mnie i zapyta: "Tato, co byś zrobił w tej sytuacji?".

A na kogo pan może liczyć?

- Moim najlepszym przyjacielem jest żona i to ona najlepiej mi doradza. Myślę, że to działa w dwie strony. Uważam, że w takich sytuacjach najważniejsza jest rozmowa. Tłumienie w sobie negatywnych emocji może się źle odbić na kondycji psychicznej.

Z mamą też często pan rozmawia?

- Mama od ponad 20 lat mieszka w USA. Przynajmniej raz w tygodniu rozmawiam z nią przez telefon, ale nie chcę obarczać jej swoimi codziennymi problemami. Kocham ją i wiem, że ona bardzo mnie kocha.

Kajetan nie sprawia na razie większych problemów wychowawczych?

- Nasze problemy są takie same, jak wszystkich innych rodziców. Kajetan, jak każde dziecko, instynktownie naśladuje ojca i matkę. Nie ma wielkiego znaczenia, co będziemy starali mu się wbić do głowy, ale to, jak żyjemy. Kajtek jest naprawdę fajnym, myślącym chłopakiem. Chociaż do dojrzałości mu daleko. Muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem tego, co o naszym synu mówią inni ludzie. Mają o nim bardzo dobre zdanie. Podobnie zresztą było z córką. Dla rodziców zawsze jest to bardzo budujące.

Ma pan obawy dotyczące przyszłości swoich dzieci?

- Pewnie, że tak. Boję się o to, co się będzie działo z tym światem. Godzinę lotu samolotem z Warszawy mamy wojnę. Moja córka mieszka już szósty rok w Londynie. Kto wie, czy jacyś szaleńcy znów nie zaatakują metra? Mam świadomość, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. Mogę próbować zmieniać świat tylko wokół siebie.

Czuje się pan człowiekiem sukcesu?

- Jeżeli sukces można mierzyć etapami, to na pewno tak. Dzieciaki, choć często bywają kłopotem, są wielkim powodem do odczuwania radości z życia. Innym sukcesem było to, że zbudowaliśmy razem nasze miejsce do życia. Myślę, że wielkim i rzadko spotykanym w dzisiejszych czasach sukcesem jest również to, że jesteśmy z Joasią już tyle lat razem.

Czuje się pan spełniony zawodowo?

- Bywam, po każdym sukcesie, ale to trwa tylko do czasu, gdy zabieram się za nową robotę.

A jak pan się relaksuje po pracy?

- Rozmawiam z Joasią. Oglądamy jakiś film. Lubię wypić wieczorem odrobinę whisky, ale robię to raczej dla smaku, a nie po to, żeby używać alkoholu do zabijania myśli. Nigdy nie sięgam po alkohol z powodu emocji.

Nie ma pan nałogów?

- Mam. Nałogowo koszę trawę. Mam na myśli trawnik przed domem, nie "trawkę".

Bywa pan niegrzeczny?

- Pewnie, że bywam. Moim grzechem głównym chyba jest to, że lubię jeździć szybko samochodem, ale to nie jest szaleństwo na drodze. Mam prawo jazdy od 1987 roku i nigdy nie spowodowałem żadnego wypadku. Mam na koncie tylko parkingowe bądź powstałe w korku drobne "obcierki" przy ślimaczej prędkości. Kiedy jadę szybko, jestem skupiony na tym, co robię. Lubię być swoim kierowcą. Nie nadaję się na prezesa wożonego na tylnej kanapie.

Dorota Czerwińska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje