Jak było naprawdę?

Była partnerka Jarosława Kreta przerywa milczenie. Dlaczego złożyła do sądu pozew o uregulowanie jego kontaktów z synem? Swoją wersję wydarzeń przedstawia tylko SHOW, wraz z mamą prezentera.

Podobno Małgorzata Kosturkiewicz (42) utrudnia Jarosławowi Kretowi (49) kontakty z trzyletnim synem Frankiem. Podobno pogodynek walczy o syna, bo go kocha i chce z nim spędzać jak najwięcej czasu. Mówi, że jest dobrym ojcem i boi się utraty prawa do opieki nad dzieckiem. Podobno para rozmawia teraz tylko za pośrednictwem prawników i szykuje się ostra walka w sądzie. Podobno...

Reklama

Do tej pory na temat rodzinnego konfliktu wypowiadał się tylko Jarosław Kret i jego nowa partnerka Beata Tadla. On mówił, że w związku z Małgorzatą brakowało mu miłości, za to w nowej ukochanej nie widzi żadnych wad. A dziennikarka "Wiadomości" stoi za nim murem.

SHOW jako pierwszy uzyskał wypowiedzi osób, które do tej pory milczały. Rozmawiamy z mamą Franka - Małgorzatą Kosturkiewicz oraz matką Jarosława - Dorotą Kret. Pisząc ten tekst, skontaktowaliśmy się też z Jarosławem Kretem. Usłyszeliśmy: "Nie komentuję spraw z życia prywatnego".

Kiedy była pani w związku z Jarosławem, nie pokazywaliście się razem. Dlaczego więc teraz zdecydowała się pani na tę rozmowę?

Małgorzata Kosturkiewicz: - Przed laty nie dałyśmy się skusić z mamą Jarka na sesję zdjęciową "Krety na Krecie" (śmiech). Czerwony dywan nie jest dla mnie, co było dla Jarka dużym rozczarowaniem. Teraz też czuję, że jestem w krępującej i niekomfortowej sytuacji, bo dzielę się informacjami o swoim życiu. To striptiz publiczny.

To skąd ta decyzja?

MK: - Są takie sytuacje, gdy bierność i brak reakcji są postrzegane jako milczące przyzwolenie. Z mojej strony nie ma i nigdy nie będzie przyzwolenia na nazywanie braku zasad prawem do wolności, a braku lojalności i odpowiedzialności - dojrzewaniem. Nie chcę, aby mój syn dorastał w poczuciu, że stchórzyłam, nie podniosłam rękawicy lub, co gorsza, przyjęłam, że istnieją różne wersje prawdy. Ale prawda sama się niestety nie obroni, zwłaszcza gdy inni stosują metodę: kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą.

Co pani dalej zamierza?

MK: - Rozstanie rodziców to traumatyczne przeżycie dla dziecka. Dlatego nie wolno go traktować przedmiotowo, bo ładnie wygląda się z nim na zdjęciach, bo ociepla wizerunek, bo jego widok uśmierza wyrzuty sumienia. Dla dobra Franka chcę uporządkować jego kontakty z ojcem.

Zdecydowała się pani wnieść sprawę do sądu o ustalenie kontaktów syna z ojcem. To początek batalii - zdaje sobie pani z tego sprawę?

MK: - Nie wiem, dlaczego starania matki, która zabiega o to, aby ojciec spotykał się z synem w sposób uregulowany i systematyczny, są nazywane przez ojca próbą zawłaszczenia jego wolności osobistej. Nie rozumiem, dlaczego ojciec, który do tej pory mało czasu spędzał z synem, nie angażował się w jego wychowanie, nigdy sam z nim nie wyjechał, nawet nie zabrał go sam na rower, a teraz w uzgodnieniu ze mną może to przecież nadrobić, walczy jedynie o to, żeby syn zobaczył, jak tata kocha inną panią i nocował w nieznanym mu domu czy w domach.

Jak według pani powinny wyglądać kontakty syna z ojcem?

MK: - Rozsądny ojciec nie stawia takich żądań po miesiącu od zniknięcia z domu. Trzyletnie dziecko powinno mieć wszystko poukładane, ponazywane. Trudno oczekiwać, że z dnia na dzień powiększy swój świat i bez zahamowań zaakceptuje dodatkowe osoby. Takie rzeczy dzieją się stopniowo, powoli, a nie w myśl zasady: im prędzej, tym lepiej. Dla kogo lepiej? Dla dziecka?

- Dajmy Franiowi czas na odnalezienie się w nowej sytuacji i stopniowo, spokojnie tłumaczmy, jak zmieniło się nasze życie. Na wszystko przyjdzie czas. Boli mnie, że Jarek tego nie rozumie. Sąd to dla mnie bardzo przykra konieczność. Zawsze uważałam, że w tak osobistych sprawach, jak wychowanie dziecka, rodzice powinni sami znaleźć optymalne rozwiązanie. Obca osoba, nawet najlepiej przygotowana i najbardziej zaangażowana w sprawę, nie wyręczy ich w tym.

Wróćmy na chwilę do przeszłości. Jak pani poznała Jarosława Kreta?

MK: - Dwadzieścia lat temu w Niezależnej Telewizji Warszawa. Jarek prowadził wtedy wiadomości, ja do niego dołączyłam. Tak zostaliśmy parą... (uśmiech) prowadzących. Byłam tuż po stażu w "Gazecie Wyborczej". Jarek był wtedy żonaty z Edytą Mikołajczyk, dziennikarką i prezenterką. Zapamiętałam go jako sympatycznego, uczynnego mężczyznę. Taki był też, kiedy po dobrych paru latach spotkaliśmy się znowu. To, jak zachowuje się dzisiaj wobec nas - mnie, naszego syna Franka i swojej mamy - jest dla mnie szokiem.

Kiedy zostaliście parą?

MK: - Kilka lat temu, kiedy zaczęliśmy się spotykać, nie byliśmy w żadnych związkach. Potem Jarek dostał propozycję autorskiego programu podróżniczego. To właśnie wtedy, a byłam już w ciąży, Jarek i ja zjechaliśmy pół świata. Czasem było trudno. W Syrii jeździła za nami tajna policja Baszara al- -Asada. Wielkie emocje towarzyszyły nam też na targu wielbłądów pod Kairem albo w Indiach, kiedy w szóstym miesiącu ciąży pływałam łodzią po Gangesie o piątej rano, żeby uchwycić wschód słońca.

- Działo się dużo, pozostały mocne, niezapomniane wrażenia. Wyreżyserowałam ponad dwadzieścia odcinków "Planety według Kreta". Wtedy byliśmy prawie nierozłączni. Dlatego kompletnym zaskoczeniem było dla mnie zachowanie Jarka, który dwa dni przed porodem Franka zniknął. Pojawił się dopiero po ponad dwóch tygodniach.

Co powiedział?

MK: - Prosił o wybaczenie, obiecał pójść do psychologa. Wybaczyłam mu, bo twierdził, że się zmieni. Przez cały ten czas aż do dzisiaj mogę liczyć na mamę Jarka, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Wspiera mnie też bardzo moja babcia Weronika. Moi rodzice niestety nie żyją.

Pani jest babcią Frania i mamą Jarosława Kreta. Jak widzi pani tę trudną sytuację?

Dorota Kret: - Opiekowałam się Małgosią jak własną córką i Franiem oczywiście też. Zawsze byliśmy i będziemy rodziną. Jarek rzeczywiście dużo pracuje i mało bywał w domu, ale wszystkie święta spędzaliśmy razem. Najczęściej wyjeżdżaliśmy. Jarek zorganizował ostatni wyjazd świąteczny do Białowieży. Ucieszyłyśmy się, bo rok wcześniej też tam byliśmy i bardzo nam się podobało.

Jak wspominacie panie ostatnią Wigilię?

DK: - Wyjechaliśmy 23 grudnia. Po śniadaniu Jarek pojechał do Warszawy, miał dyżur w telewizji, ale nagranie rozpoczynało się wcześniej, więc umówiliśmy się, że na wieczerzę zdąży przyjechać. O piątej zatelefonował i powiedział, że pojawi się dopiero następnego dnia, bo źle się czuje. Bardzo się o niego martwiłyśmy, tym bardziej że następnego dnia zadzwonił, że jest ciężko chory.

- Trudno opisać, co poczułyśmy, kiedy niedawno w jednym z artykułów przeczytałyśmy, że Jarek spędził tę Wigilię ze swoją nową partnerką i jej synem. Nie przyszło nam do głowy, że dla Jarka to tylko fikcja, myśmy zupełnie inaczej widziały naszą rodzinę. Rodzina to nie więzienie, z którego się potajemnie ucieka, a potem odgrywa poszkodowanego mężczyznę, który żył bez miłości, w fikcji i poświęcał się dla dziecka.

W lutym tego roku gazety i portale donosiły, że Jarka z Beatą Tadlą łączy coś więcej niż przyjaźń...

MK: - Pierwszy artykuł w prasie sugerujący, że Jarek może mieć romans z koleżanką z pracy, ukazał się 16 lutego. W dniu, w którym zaplanowany był rodzinny obiad z okazji 80. urodzin mojej babci. Jarek uprzedził mnie o tym artykule, mówiąc, że paparazzi zrobili mu zdjęcia, kiedy wybrał się na kawę z koleżanką z redakcji. Powiedziałam, żeby się nie martwił, bo wiem, że dziś wszędzie szuka się sensacji.

DK: - Małgosia wcześniej pojechała po swoją babcię, żeby zawieźć ją na przyjęcie urodzinowe, a ja z Franiem czekałam na Jarka pod domem. Jarek wyszedł z domu tylko na chwilkę posprzątać samochód i miał zaraz wrócić. Jednak nie odbierał telefonów. Było nam zimno, a on spóźnił się godzinę. Dojechaliśmy do restauracji bardzo po czasie.

- Po imprezie rodzinnej Małgosia zapytała Jarka, co się stało. Odpowiedział jej zdawkowo, że musiał pojechać "zgasić pożar" w związku z jakimś artykułem. Nie rozumiałam, co się dzieje. Małgosia nie chciała przy dziecku kontynuować tej rozmowy. Jarek wieczorem odwiózł mnie do mojego domu i w samochodzie tłumaczył mi, że artykuł rozdmuchał jego znajomość z koleżanką z pracy, z którą po prostu dobrze mu się rozmawia. Miał szybko wrócić do domu, do syna.

MK: - Szkoda, że wtedy stchórzył, bo mógłby tamtego wieczoru powiedzieć, że chce odejść. Moglibyśmy wtedy normalnie się rozstać. Naprawdę rozumiem, że mógł się zakochać w innej kobiecie. Ale po co ten cały cyrk i nakręcanie spirali kłamstw? Jarek odwiózł naszą mamę do jej domu. I już nie wrócił. Nie zadzwonił nawet przez dwa tygodnie, by zapytać, jak czuje się jego syn. Za to bardzo intensywnie zaczął się fotografować i udzielać wywiadów. Po jedenastu dniach zobaczyłam w prasie zdjęcia Jarka obejmującego inną kobietę.

Zastanawia się pani, dlaczego syn tak się zachował?

DK: - Jarek nie był taki. Wychowywaliśmy go z mężem zupełnie inaczej. Wpajaliśmy ważne, życiowe zasady. Jarek był dobrym, bardzo uczynnym człowiekiem. Niezwykle serdecznym...

Ale przyszedł pewien moment, w którym zaczął się zmieniać. Jaki?

MK: - A ja sądzę, że na zmianę jego zachowania miała wpływ nieustanna potrzeba poklasku, bycia popularnym.

Pani Małgorzato, proszę powiedzieć, czy staraliście się znaleźć jakiś kompromis w tej sprawie?

MK: - Proponowałam Jarkowi mediację i wizytę u psychologa dziecięcego, ale on nie chciał z tego skorzystać.

Może postawiła pani za dużo żądań?

MK: - Problem w tym, że Jarek myśli o zaspokojeniu swoich potrzeb, a nie potrzeb dziecka. W takiej sytuacji jestem zmuszona pójść do sądu. Nie mogę pozwolić, by mój syn był traktowany jak maskotka. Chcę, by Jarek stał się wreszcie mężczyzną odpowiedzialnym. Chciałabym tego dla Frania, żeby, kiedy dorośnie, nie musiał wstydzić się za słowa i zachowanie swojego ojca.

Co pani dalej planuje w tej sprawie?

MK: - Zawsze towarzyszy mi w życiu maksyma Antoniego Słonimskiego: "Jeśli nie wiesz, jak się należy w jakiejś sytuacji zachować, na wszelki wypadek zachowuj się przyzwoicie". Na pewno będę tę myśl wpajać mojemu synowi.

Iwona Zgliczyńska
SHOW 13/2013

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje