Jak się stałam supersexy...

Od ukochanego codziennie słyszy, że jest piękna. Teraz to udowadnia. Nam aktorka zdradziła, jak odkryła siebie na nowo - dowcipną i piekielnie zmysłową.

Iwona Zgliczyńska: Zachwyciły mnie pani ostatnie seksowne stylizacje. Skąd ten pomysł na siebie?

Reklama

Tamara Arciuch: - Jeszcze niedawno najchętniej siedziałam w domu z dziećmi. Ale tej zimy poczułam wyraźnie, że powinnam coś zmienić. Wydawało mi się, że jestem stara, brzydka i nikomu niepotrzebna. A przecież nie tak chciałam się czuć w wieku 38 lat. Kilka lat temu wycofałam się, bo media za mocno weszły w moją prywatność. Zaczęłam więc przed nimi uciekać. Nie chodziłam na pokazy mody, bankiety, eventy.

Chowała się pani za swetrami i okularami...

- Ale to też nie było dobre rozwiązanie, bo taka postawa spowodowała tylko większą napastliwość. Ostatniej zimy pomyślałam sobie, że świat bardzo się zmienił od momentu, kiedy skończyłam szkołę aktorską. Wtedy my, studenci krakowscy, nosiliśmy artystyczne ciuchy, czuliśmy się natchnioną bohemą. Nie chcieliśmy być postrzegani komercyjnie. A dziś aktor nie może żyć odcięty kompletnie od mediów. Nie zmienię tego świata. Ale mogę zmienić siebie w tym świecie, czy też swoje myślenie o nim. Dlatego chcę wyjść temu nowemu światu naprzeciw i dostrzec w nim dobre rzeczy. O widzi pani, jak to jest! Zaczęłyśmy rozmawiać o zmianie stylizacji, a skończyłyśmy na filozofii.

Jak to się stało, że zdecydowała się pani odsłonić plecy, pokazać nogi? Ktoś panią namówił?

- Zaczęłam przyglądać się koleżankom, które doskonale bawią się modą i wyglądają rewelacyjnie. Od swojego mężczyzny stale słyszałam też, że jestem piękna. Więc pomyślałam: kiedy, jeśli nie teraz? Na początek wyrzuciłam z szafy ciemne swetry i powyciągane tuniki. Nadal jednak nie potrafię być perfekcyjna. Dziś wstałam o 4.30, a o tej godzinie trudno być ikoną mody!

Zazdrości pani kobietom idealnym?

- Szczerze? Bardzo je podziwiam. Kiedyś o świecie lecieliśmy w Polskę. O godzinie szóstej rano wyglądałam "niewyjściowo": dres, zero makijażu. I nagle na lotnisku tym bladym świtem pojawiła się Justyna Steczkowska. Wszystkie oczy skierowały się w jej stronę. Zjawiskowa! Jak z żurnala.

Teraz ktoś pani doradza?

- Pewnego dnia poprosiłam Dorotę Williams, z którą pracowałam przy "Niani", by pomogła mi ze stylizacją na ważne wyjście. I wtedy ona powiedziała: "Jesteś fajną babką, a ciągle ktoś pisze, że gafa i krytykuje twój styl. Wnerwia mnie to!". Poradziła, bym ubierała się bardziej młodzieżowo i lekko. Wyeksponowała to, co uznała za mój atut.

I dziś wszyscy rozmawiają o pani nogach!

- A mam je przecież całe życie. Nic się nie zmieniło.

Stosuje pani jakąś dietę?

- Na szczęście mój organizm podpowiada mi, co mam jeść. Od lat moja dieta wygląda podobnie. Na śniadanie coś lekkiego, najchętniej twarożek. W ogródku u mojej mamy, która mieszka niedaleko, mam swój koperek, pietruszkę, sałatę. Potrafię zjeść talerz pomidorów ze szczypiorkiem. Nie łączę białek z węglowodanami, czyli mięsa z ziemniakami czy kluskami. Jeśli mięso, to tylko z surówką. Sporadycznie zdarza mi się jeść nawet po 22.00. Uwielbiam wtedy ostre curry. Ale słodycze mogłyby dla mnie nie istnieć.

Potrafi pani zagotować się, pieklić?

- Kiedyś mój przyjaciel powiedział mi, że jeśli na coś nie masz wpływu, to odpuść.

Klnie pani w korku?

- Nie. Raczej czytam maile, rozmawiam z przyjaciółmi przez telefon i słucham muzyki (śmiech).

Czego pani nie lubi w ludziach?

- Szybko wychwytuję cwaniactwo i nieszczerość. Ale nie jestem osobą, która skreśla ludzi po kilku sekundach. Daję czas, przyglądam się. Wiem, jak to jest być ocenianą na podstawie pierwszego wrażenia. Ludzie często uważają, że jestem zimna i niedostępna. A jeśli dam im do siebie podejść, mówią, że są mile zaskoczeni. Może dlatego najczęściej gram antagonistki i czarne charaktery.

Anna z "M jak miłość" jest tajemnicza. Ciągle na jaw wychodzą jakieś sprawy z przeszłości. Jak pani buduje tę postać?

- Znam do przodu tylko pięć odcinków, więc nie jest łatwo. Ale bardzo mi zależy, by Anna nie była jednowymiarowa. Przeprowadziłam więc kilka rozmów ze scenarzystą i reżyserami. Staram się mieć wpływ na to, jak dalej budować emocje tej postaci.

Rola marzeń?

- Chciałabym, by kino się o mnie upomniało. Dlatego zgodziłam się na rolę w filmie debiutującej reżyserki. Co z tego, że nie dostanę za to pieniędzy, ale poćwiczę warsztat i spotkam ciekawych młodych ludzi. W pani domu jednego dnia opiekunka potrzebna jest do dzieci na 13 godzin, a drugiego na dwie godziny.

Jak pani sobie z tym radzi?

- Nad logistyką przeważnie ja panuję. Ale kiedy znikam z domu na kilkanaście godzin, Bartek przejmuje pałeczkę. I świetnie daje sobie radę. Bartek Kasprzykowski odkurza? A jak pięknie sprząta kuchnię. Wprost wspaniale. Słyszałam, że pani jest bałaganiarą. Bywam chaotyczna i niestety nie jestem pogodzona z tą cechą charakteru. Dlatego ciągle układam papiery w domu w odpowiednich szufladach i przegródkach. Numeruję teczki. Ale koniec końców i tak coś wywędruje. Faktury lądują w miejscu, gdzie powinny być badania lekarskie. 

Bartek jest porządnicki?

- Bardzo się stara. On dla odmiany klucze i dokumenty zawsze odkłada na miejsce. Ale jest też artystyczną duszą, więc nie mam do niego pretensji o jakieś drobiazgi. Bo gdy on pracuje nad projektem, to jego wyobraźnia jest zaangażowana do maksimum. Wszystko w nim buzuje. On ma jeszcze wiele nieodkrytych talentów.

Wy chyba bardzo się wspieracie. Sądzi pani, że właśnie to jest miarą dobrego związku?

- Może coś w tym być. Ostatnio zainteresowała nas książka napisana przez polską sprzątaczkę, która pracowała w Niemczech - "Pod niemieckimi łóżkami". Chcieliśmy, by ktoś pomógł nam przełożyć tę prozę na język teatru. Było kilka prób. Aż nagle, kiedy oboje z Bartkiem wracaliśmy z trasy w nocy, patrzę, a on stuka zawzięcie w klawiaturę. Mijają godziny, Bartek stuka. Pytam: "Co robisz?". A on na to, że wpadł na pomysł. Napisał szkielet sztuki. I to stało się pretekstem do pokazania m.in. stereotypów polsko- niemieckich. Zachęcam go, by pisał dalej. Teraz chce zrobić "Krzyżaków" na śmiesznie.

 Razem w domu, razem w pracy. Nie za dużo tego?

 - Dla mnie bezcenne jest to, że czasem wsiadamy do samochodu i jedziemy razem grać gdzieś w Polsce - "Drugi rozdział" czy "Pod niemieckimi łóżkami". Nie ma rozłąki, nie ma tęsknoty. Za to jest czas na rozmowy, romantyczny obiad we dwoje.

Podobno Bartek nie lubi opalania. Ale z panią potrafi dwa tygodnie przeleżeć na plaży.

- Ale ja go do niczego nie zmuszałam. Wszystko działo się naturalnie. Siedzieliśmy pod palmą na leżaczku i graliśmy sobie w scrabble (śmiech).

 Kto jest lepszy w scrabble?

- Bartek, niestety. On potrafi ułożyć wyraz ze wszystkiego. Nawet jeśli ma tylko samogłoski. Rywalizujecie ze sobą?

Bywa, że stajecie się zawzięci?

- Okropnie. Potrafimy się pokłócić, bo oboje lubimy wygrywać.

A żartować lubicie?

 - Żartujemy bez przerwy. Bartek wymyśla na poczekaniu dowcipy, etiudy, rymowanki. Z moim starszym synem Krzyśkiem też jest wesoło. On ma bardzo inteligentne i abstrakcyjne poczucie humoru. Czasem zapominam nawet, że to zaledwie czternastolatek.

Co jest dla pani najważniejsze w kwestii wychowywania dzieci?

- Staram się, by ani na chwilę nie tracić kontaktu z ich emocjami. Każda matka widzi, kiedy coś się dzieje z jej synem czy córką. Ale ja nigdy nie macham ręką... bo dorasta, bo hormony buzują, bo typowy bunt dwulatka. Chcę, by moje dzieci umiały nazywać swoje emocje. Przecież niejednokrotnie nawet dorośli tego nie potrafią. Sami siebie pytamy: "Co się ze mną dzieje?", "Dlaczego jestem wściekły?". A kiedy się coś nazwie, łatwiej sobie z tym poradzić. Bardzo bym też chciała, by moi synowie byli empatyczni i jednocześnie asertywni.

To się da w ogóle połączyć?

 - Dziś słowo asertywność jest nadużywane. Ludzie coraz częściej tłumaczą swój egoizm i wygodnictwo asertywnością. Warto być asertywnym na przykład, kiedy ktoś chce nas zranić. Wtedy trzeba mu wyraźnie powiedzieć: "Stop, nie wejdziesz dalej, bo mnie skrzywdzisz". Asertywność powinna zawierać dawkę empatii. To nie jest po prostu komunikat: "Nie pomogę ci, bo teraz zajmuję się sobą i idę do fryzjera".

 Z czego to wynika?

- Jestem z pokolenia, któremu wbijano do głowy słowa: "Bądź grzeczna, uśmiechaj się, przytakuj". Dlatego swoim dzieciom zaczęliśmy powtarzać: "Nie daj się, myśl o sobie, bo cię przechytrzą i oszukają". I chyba przesadziliśmy.

Nie boi się pani, że jeśli nie przystosuje się dzieci do twardych zasad rządzących współczesnym światem, to one potem "przepadną"?

- Wierzę w prostą zasadę: że jeśli człowiek chce być dobry dla innych ludzi, to wcześniej czy później przyciągnie do siebie innych dobrych ludzi. Jeśli cały czas szczekasz na ludzi i boisz się, że zrobią ci krzywdę, to tacy do ciebie przyjdą: strachliwi i podejrzliwi. Wtedy fajne energie nie mogą się wymienić. Nie będzie przyjaźni, nie będzie miłości.

Od takiej postawy blisko do naiwności...

- Nie wrzucajmy wszystkiego do jednego worka. Naiwność nie ma nic wspólnego z empatią. Wierzę, że jeśli człowiek nie obraża się na świat, nie zamyka się w sobie, ale idzie i rozgląda się spokojnie, to znajdzie prawdziwe skarby.

Jakie pani skarby ostatnio znalazła?

- Sporo by się tego zebrało. Myślę, że mam dużo szczęścia w życiu. Zdrowe dzieci. Kochającego partnera. Wspierających rodziców. Wielu przyjaciół. Więc kiedy pani mnie pyta, jaka jest moja wymarzona rola, to odpowiem tak: jeśli prywatnie będzie dalej tak, jak jest, to mogę dalej grać te zołzy.

Dowiedz się więcej na temat: wywiady | Rozmowa | Tamara Arciuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje