Jak smakuje dojrzała miłość

Ma 53 lata, ale dopiero teraz, u boku żony Moniki, czuje się naprawdę szczęśliwy. „Dojrzała miłość jest najlepsza”, mówi SHOW. W wywiadzie opowiada też o relacjach z córkami i dorosłym synem.

SHOW: Widzę, że zmienił pan image. Stał się pan bardzo elegancki. Dlaczego?

Reklama

Robert Janowski: - Porzuciłem T-shirty dla marynarek i okazało się, że świetnie się w tym czuję. Nie wiem - może to kwestia wieku?

Czuje pan, że dojrzał?

- Może coś w tym jest? Jednych łapie kryzys pięćdziesięciolatka, a drudzy dopiero wtedy dojrzewają. Nie wiem, co lepsze. A tak poważnie, to myślę, że dojrzałem, kiedy urodził się mój syn Makary. Jestem bardzo odpowiedzialnym facetem i mimo że nie ułożyło mi się z mamami moich dzieci, zawsze byłem oddanym tatą - takim na pełen etat.

Co pan robi tuż po przebudzeniu?

- Uśmiecham się, bo od trzech lat codziennie budzi mnie zapach kawy, którą parzy dla mnie żona Monika.

Jak poza tym wygląda wasze życie?

- Niestety, często nie ma mnie w domu i to Monika ogarnia cały interes. Ale gdziekolwiek jestem, zawsze chcę szybko wrócić do siebie. Nawet jeśli późno kończę, bo gram na drugim końcu Polski, zawsze wracam do domu. Na wyciągnięcie ręki mam tu wszystko, co kocham najbardziej. Monia wprowadziła zasadę, byśmy chociaż jeden posiłek zjadali wspólnie i czasem, w weekendy, śniadanie przeciąga się aż do obiadu, z obiadu płynnie przechodzimy do podwieczorku, a potem już się nie opłaca wstawać od stołu, więc robimy kolację i tak nadrabiamy cały tydzień (śmiech). W sobotę pachnie kaczką, a w niedzielę obowiązkowo jest rosół. W pozostałe dni tygodnia wszyscy mamy swoje sprawy. Zbiórkę robimy około dwudziestej, żeby chociaż w skrócie obgadać dzień. Na początku dziewczynki trochę się broniły przed tym wspólnym czasem w swoim nastoletnim buncie, ale widzę teraz, jak same do nas lgną. Przychodzi wieczór i z automatu już każdy zasiada na swoim miejscu. I gadamy...

Obie pana córki mieszkają z wami?

- Tak, po rozwodzie dziewczyny zadecydowały, że chcą zostać przy mnie. Nie ma nic piękniejszego dla rodzica niż taka miłość. To nie jest częste, że dzieci, w dodatku córki, zostają z ojcem. Obdarzyły mnie ogromnym zaufaniem, w dalszym ciągu chcą ze mną być, więc chyba nie zawiodłem. Są oczywiście najwspanialsze, ale to chyba mówi każdy rodzic.

Jakim jest pan ojcem?

- Najlepszym, jakim potrafię być. Ale tak naprawdę jakim byłem ojcem, pokaże przyszłość. Zobaczymy, jak dziewczynki ułożą sobie życie, czy będą robiły to, co kochają, czy będą szczęśliwe, czy dadzą sobie radę.

Chciałby pan jeszcze mieć dzieci?

- Temat przerobiony wszerz i wzdłuż! Jak to mówią dziewczynki - tutaj trzeba działać, nie rozmawiać. One proszą o rodzeństwo.

Jest pan dziś szczęśliwym człowiekiem?

- Najszczęśliwszym. Mam świetną żonę, dziewczynki żyją z nami, Makary mieszka prawie po sąsiedzku i wpada do "starych" na obiadki. Są psy, jest zdrowie, praca, która przy okazji jest moją pasją. Jestem szczęściarzem.

Po aferze z niesłusznym oskarżeniem pana żony wycofał się pan z życia publicznego i zaczął unikać bywania na salonach. Co wtedy pan robił?

- Nigdy tak naprawdę nie uczestniczyłem w życiu publicznym, więc nie było się z czego wycofywać. Wiktory, Telekamery, czasem bale charytatywne - tylko na takich imprezach można mnie było zobaczyć. Robiłem to, co zawsze, i co robię do tej pory. Nic się zmieniło. Wszystko było sztucznie nadmuchane.

Jakim wartościom pan hołduje?

- Uczciwość w życiu, profesjonalizm w pracy. Generalnie lubię czyste sytuacje i cenię sobie to, że pomimo różnych życiowych zakrętów, patrzę w lustro i nie mam moralniaka.

Bywa, że łamie pan zasady?

- Nie łamię. Chyba że trzeba komuś pomóc, wtedy nie liczą się żadne zasady.

Niewiele osób wie, że aktywnie działa pan charytatywnie. Podobno zakłada pan fundację. Proszę powiedzieć coś więcej.

- Fundację "Scena Marzeń" założyliśmy z Kamilą Matuszewską, właścicielką agencji reklamowej dla dzieci Andymax. Chcemy promować młodych uzdolnionych ludzi, wspierać ich poprzez fundowanie stypendiów, wydawanie płyt audio, organizowanie szkoleń, warsztatów, seminariów związanych z szeroko pojętą kulturą. Jest mnóstwo rzeczy do zrobienia. Fundacja jest jeszcze w trakcie rejestracji, ale już nie mogę się doczekać, kiedy ruszymy na całego! Pracy będzie na wiele lat - pracy przyjemnej i potrzebnej. Przecież tyle wspaniałych, zdolnych dzieci nie może realizować swoich artystycznych marzeń. Ktoś komuś zawsze daje szansę. Ja też taką dostałem przed laty. Może to koło zatoczyło właśnie krąg?

Co nowego zawodowo?

- Oprócz tego, że rozkręcam fundację, wciąż nagrywamy "Jaka to melodia?". Nie mogę uwierzyć, jak szybko minęło te 18 lat. Jest jeszcze radio Złote Przeboje, a do tego trochę koncertuję, gram recitale. Jednym słowem na brak pracy nie narzekam.

Wciąż pisze pan wiersze?

- Dawno nic nie napisałem. Ostatni, piąty tomik mojej poezji "Anioły" wyszedł w zeszłym roku. Ale to nie jest mój zawód, to raczej forma rozmowy ze światem. Zdarza się, że nie chcemy mówić, komentować otwartym tekstem. Wstydzimy się. A za poezję można się schować. To jest świat, w którym wszystko wolno. Lubię go.

Nie kusi pana, żeby na dobre wrócić na scenę? Wydać autorską płytę?

- Pewnie, że kusi. Autorska płyta będzie, mimo, że takie wydawnictwa kompletnie się nie sprzedają. W Polsce w ogóle płyty sprzedają się bardzo źle. Na razie gram piosenki ze swoich ostatnich autorskich płyt, ale też i covery. Pięknie zaaranżowane utwory okresu międzywojennego, ze starych płyt moich dziadków i rodziców. Z orkiestrą, w swingu. To się bardzo podoba publiczności.

Dlaczego nie gra pan w reklamach? Nie dostaje pan propozycji?

- Mam bardzo duży kredyt zaufania u moich fanów, wśród publiczności programu, który prowadzę, słuchaczy radiowych, przyjaciół. Nie chciałbym ich zawieść. Jeżeli się pod czymś podpisuję, muszę być tego pewien na sto procent. I jeśli pojawi się taka propozycja, bardzo chętnie ją przyjmę.

Gwiazdy polskiej sceny muzycznej, które pan najbardziej ceni?

- Nie ma pani tyle miejsca na wywiad, żeby je wymienić. Na wyspę bezludną wziąłbym wszystkie płyty Perfectu.

Czuje pan, że podoba się kobietom?

- Czuję, że podobam się swojej żonie i to jest dla mnie najważniejsze.

Pana żona jest zazdrosna?

- Zna pani moją żonę. Jak pani myśli, kto o kogo jest zazdrosny w naszym związku? (śmiech).

Podobno w pewnym wieku trudniej się zakochać, bo nie ma "klapek na oczach" ani motyli w brzuchu. Zgadza się pan z takim stwierdzeniem?

- Nie zgadzam się. Kiedy jest miłość, są i motyle. Chyba że ktoś racjonalizuje uczucie. Wtedy w ogóle nie ma o czym mówić.

Jak smakuje dojrzała miłość?

- Ma czas. Ma cierpliwość. Wybacza. Rozumie. Nie pogania. Jest najlepsza.

"Spędzamy razem każdą wolną chwilę" - to pańskie słowa. Nie ma pan potrzeby posiadania własnej przestrzeni?

- Ze względu na swoją pracę, bardzo dużo czasu spędzam poza domem. To jest moja przestrzeń. Monia rzadko mi towarzyszy, dzieci chodzą do szkoły. Ona przejęła wszystkie obowiązki, więc kiedy mamy wolne, naprawdę chcemy spędzać czas razem. Mam w żonie najlepszego przyjaciela. I to jest niezastąpione. Ale przede wszystkim my się wszyscy bardzo lubimy.

Jest coś, czego pan żałuje?

- Mnóstwa rzeczy, ale nie są to jakieś wielkie grzechy czy życiowe decyzje. Nie znam francuskiego, nie znam się na kuchni, nie latam samolotami... Ale może nie jest jeszcze za późno, żeby to zmienić?

Jest pan kowalem swojego losu czy zdaje się na przeznaczenie?

- Absolutny kowal. Wierzę w pracę, solidność, odpowiedzialność w życiu. Chociaż czasem przytrafiają nam się takie zdarzenia, których nie da się wytłumaczyć i na które nie mamy wpływu, a zmieniają nasze życie o 180 stopni. Jednocześnie wierzę, że nawet przeznaczeniu trzeba trochę pomóc.

Największy życiowy sukces i największa w życiu porażka?

- Sukcesem są dla mnie moje dzieci, moja rodzina i to, że praca to także moja pasja. Czego chcieć więcej? Porażki uczą, więc nie traktuję ich w kategorii nieszczęścia. Może to właśnie dzięki nim jestem tu, gdzie jestem - spełniony i bardzo szczęśliwy.

O czym pan teraz marzy?

- Żeby dzięki mojej fundacji udało się wielu dzieciakom spełnić swoje marzenia. Żeby wszyscy, którzy są mi bliscy, byli szczęśliwi i zdrowi. I żebym w pracy i w życiu prywatnym nie zawiódł tych, którzy we mnie wierzą. Bo to tak, jakbym zawiódł samego siebie.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje