Jan Wieczorkowski: Poszedł na kompromis

Świetnie zapowiadający się 20 lat temu aktor szuka swojego miejsca, ale nie odrzuca już propozycji zawodowych.

Nie raz zdarzyło mu się narzekać na pracę w telewizji, ale to ona jest głównym źródłem jego utrzymania. Jan Wieczorkowski (45) robi wiele, żeby nie wypaść z obiegu i zdarza mu się iść na kompromisy zawodowe. Ale był czas, gdy sława przewróciła mu w głowie.

Zawodowe samobójstwo i zmartwychwstanie

Reklama

Na studiach Jan, chłopak z Rabki, radził sobie bardzo dobrze, choć sporo czasu spędzał też na rozmowach w knajpce Marcinek, najmodniejszej wówczas wśród mocno imprezujących studentów warszawskiej PWST. Zdolny aktor tuż po studiach miał co robić, bo wygrał casting do "Klanu". Praca wyglądała na stabilną i dającą utrzymanie na kilka lat, ale te plusy szybko przykryły minusy.

Czasem aktorzy dostawali teksty tego samego dnia, gdy wchodzili na plan. Najważniejsza była liczba nakręconych dziennie scen - jakość schodziła na boczny tor i dialogi bywały drętwawe... Wieczorkowski w roli Michała Chojnickiego wytrzymał do 2004 roku. Jakiś czas potem, gdy w "Czasie honoru" wcielał się w rolę bohaterskiego żołnierza podziemia, wyznał, że "Klan" był zawodowym samobójstwem i skrytykował bezlitośnie niskobudżetowe seriale, w których przecież wciąż grywał.

"W takich produkcjach są zatrudniani ludzie tani, więc mniej zdolni. A ja chciałem się rozwijać. Rozejrzałem się dookoła. Gdzie ci najlepsi, z którymi miałem pracować?", żalił się siedem lat temu w wywiadzie dla "Twojego STYLU". Takie słowa wywołały złość nie tylko kolegów z planu, którzy komentowali, że dżentelmenem to on nie jest, ale i producentów, którzy zarzucali aktorowi hipokryzję, bo przecież nikt go nie zmusił, by poszedł na casting. Wieczorkowski tłumaczył, że wypowiedź ta była... ironiczna.

"Chodziło mi raczej o powszechny pogląd, również dziennikarzy, a zwłaszcza internautów, deprecjonujący aktorów grających w serialach. Wynagrodzenia ekip serialowych, nie tylko aktorów, są niższe niż w fabule. Dlaczego? Przecież nie są mniej zdolni", argumentował.

Choć zagrał w wielu produkcjach, do tej pory tą najbardziej ukochaną jest "Fala zbrodni", w której wcielał się w policjanta Młodego u boku Mirosława Baki. "To była postać bez ograniczeń, zaskakująca. Zmieniało ją to, co się wokół niej działo. Do dzisiaj koresponduję z fanami tego serialu, którzy żądają powstania siódmej serii. Zawsze twierdziłem, że »Fala zbrodni« powinna zostać zakończona filmem fabularnym. Powstał nawet scenariusz autorstwa Władysława Pasikowskiego. Leży w szufladzie i czeka, aż ktoś wyda 10 milionów złotych na produkcję", opowiadał niedawno aktor.

To marzenie. Jest jednak jeszcze jedno, także pokazujące drzemiące w aktorze ambicje. Wieczorkowski chciałby spędzić choć jeden dzień na planie wysokobudżetowej hollywoodzkiej produkcji. A że nie odpuszcza i wciąż bierze udział w międzynarodowych castingach online, ma nadzieję, że może się ono niebawem spełni.

Na razie Jan może cieszyć się, że zagrał w filmie o lotnikach z legendarnego Dywizjonu 303, że pojawia się w "M jak miłość" i w kolejnej telenoweli - w "Koronie królów". Dlaczego? "Kiedy się idzie do szkoły w wieku 19 lat, ma się plany i ideały, a później życie to weryfikuje. Dzisiaj niełatwo jest wybrać drogę, ponieważ balansujemy pomiędzy własnymi ambicjami a kredytami, jakie mamy do spłacenia", mówił smutno w jednym z wywiadów. I jak sam podkreśla, w czasie finansowego dołka zdarza mu się zadzwonić do producentów i w ten sposób szukać pracy.

Teraz ma zamiar zaangażować się w projekt teatralny - dające niezłe pieniądze przedstawienie "obwoźne", pokazywane w wielu miastach. Robi to, choć wielokrotnie zarzekał się: "Teatr mnie nie zaakceptował, ja też nigdy do końca nie akceptowałem teatru. Nie moja bajka."

Grzesznik nawrócony

Dziś Wieczorkowski unika szaleństw i zachowuje się jak na przykładnego męża i ojca przystało, ale zanim poznał swoją obecną żonę, był imprezowiczem. Nie do końca odpowiadało to jego ówczesnej dziewczynie, Monice Brodce (31). Jedna z jego balang, w Krakowie w 2009 roku, skończyła się niemiło. Dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu dodały aktorowi "odwagi" - zataczał się i omal nie wpadł pod koła jadącego samochodu. Kierowca zwrócił mu uwagę, na co aktor zareagował agresywnie - zaczął wyzywać, a nawet uderzył mężczyznę. Zaatakowany przez niego kierowca okazał się policjantem.

Po tym wybryku aktor zrozumiał, że pora się ustatkować. Niedługo potem ożenił się z Urszulą Karczmarczyk, którą poznał na imprezie u znajomych, i która z dystansem podchodziła do jego sławy. Wychowują dwóch synów: Janka (11) i Vincenta (6). "Gdy miałem 30 lat, szalałem na imprezach. Teraz skończyłem 45 i wiem, że wszystko, co robię, widzą moje dzieci", wyznał. I robi, co może najlepszego - dla synów właśnie.

Katarzyna Jaraczewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje