Jerzy Turek: Człowiek przez wielkie "C"

Dzięki rolom w kultowych komediach i serialach stał się jednym z najbardziej lubianych i najczęściej cytowanych polskich aktorów. Fenomen Jerzego Turka polega jednak na tym, że poza publicznością kochali go też współpracownicy.

Pracowity, uczciwy, rzetelny, skromny, prawdziwy, aktor do kwadratu - tak o Jerzym Turku (†76) mówią ci, którzy go znali. Dla wielu kolegów po fachu stał się wzorem nie tylko w życiu zawodowym, ale też prywatnym.

"Jurek był uosobieniem dobroci. Jednym z niewielu ludzi, który miał niekwestionowany autorytet", wspomina Andrzej Nejman w najnowszej książce Romana Dziewońskiego pt. "Jerzy Turek (Polska)". Z czułością opowiada o nim też Zofia Kucówna: "Jurek zawsze grał sumiennie i w pełnej koncentracji. Aktor z prawdziwego zdarzenia. Kochany i dobry człowiek. Mało takich".

Film to lipa

Rok po debiucie w Opolu (1958 rok), oglądaliśmy go na deskach wielu stołecznych teatrów (Syrena, Polski, Narodowy, Rozmaitości, Dramatyczny i Kwadrat). Był perfekcjonistą. "Jego praca na scenie w pierwszym, jak i w trzechsetnym przedstawieniu była taka sama", podkreśla Andrzej Nejman. Wolał występy na żywo (często powtarzał: film to lipa), ale zawsze bronił postaci, w które się wcielał.

Do dziś pamiętamy i cytujemy gadającego do szafy Wacława Jarząbka w "Misiu" Barei, Tadeusza Kubiaka w serialu "Alternatywy 4" czy zaopatrzeniowca Bączyka z Sulęcic w komedii "Nie lubię poniedziałku". Choć miał na koncie wiele sukcesów, nie gwiazdorzył, nie podlizywał się publiczności, nie plotkował. "U Pana Jerzego nie było mowy o żadnym fałszu. Jego prawda uwodziła i kolegów, i widzów", mówi Dziewoński.

Turek zdawał sobie sprawę ze swoich mankamentów. Miał problemy z gardłem, nie umiał śpiewać. W dzieciństwie przeszedł operację migdałków, potem strun głosowych. Uważał się za rzemieślnika. "Nie mam warunków, aby grać duże role. Nie mam głosu", tłumaczył. Wiedział, że nie dorówna aktorom dramatycznym, jak Władysław Hańcza, Tadeusz Kondrat, czy Jerzy Dobrowolski.

Był tym, czym był

Urodził się i dorastał we wsi Tchórzowa. Po wojnie, jako 11-letni chłopiec, przeprowadził się z rodziną do podwarszawskiej Kobyłki. "Miałem kłopoty, jak tu przyjechałem ze wsi, ale szybko się zasymilowałem", wyznał. Jerzy oraz jego siostra i dwóch braci musieli się szybko usamodzielnić. Ich ojciec, cieśla, odbudowywał Warszawę, matka zajmowała się domem i dorabiała szyciem. Nigdy nie była dumna z tego, że syn został aktorem, a na pytania sąsiadek: "To kim właściwie jest pani syn?", odpowiadała: "No jest tym, czym jest".

Jurek zapisał się do technikum samochodowego i zapowiadał się na dobrego fachowca - frezera. Wtedy spotkał Wojciecha Pokorę, który kształcił się na trasera. Pod koniec technikum obaj zatrudnili się w dawnym FSO na Żeraniu, a po pracy występowali w zakładowym amatorskim zespole artystycznym. Prowadzący warsztaty aktorskie Jerzy Tkaczyk przekonał ich, że powinni zdawać do Akademii Teatralnej. Turek szlifował talent pod okiem m.in. Ireny Kwiatkowskiej, Stanisławy Perzanowskiej, Hanki Bielickiej.

Rodzinna dusza

Niewiele mówił o sobie. Jego największym hobby było wędkarstwo, które z czasem stało się pretekstem do wielogodzinnych rozmów o teatrze i życiu przy wódeczce i pieczonej na ognisku rybie. Pierwszą wędkę dostał od Adolfa Dymszy. Był złotą rączką. W piwnicy miał warsztat, w którym szył, skręcał, przybijał, składał, montował. Miał też zapas pachnących jabłek z działki, które po przetworzeniu w aparaturze, skupiały w składziku szerokie grono teatralne.

Ale największą wartością w jego życiu była rodzina. Lesię (Bolesławę Masłowską) Jurek poznał w 1962 roku. Była repatriantką z Kresów. Wynajmowała pokój u rodziny Romana Kłosowskiego, gdzie Turek był częstym gościem... Okazał się upartym adoratorem: ślub cywilny odkładali dwa razy, udało się dopiero za trzecim, 6 października 1962 roku. Młodzi nie mieli jeszcze własnego mieszkania.

Gdy Lesia zaszła w ciążę, pomogli koledzy z teatru. Na świat miały przyjść bliźnięta, więc pod Jurkiem ugięły się nogi z wrażenia. Imiona: Piotr i Paweł wybrali w drodze plebiscytu, po czym udali się całą paczką do ówczesnej Rady Narodowej. Otrzymali pierwsze własne M - na ulicy Batalionu Zośki przy Parku Sowińskiego.

Reklama


Niestety, sielankę przerwała rodzinna tragedia. Jeden z bliźniaków, Paweł, ciężko zachorował. Umarł na nowotwór, gdy miał zaledwie 13 lat. Dobrym duchem Jurka w czasie choroby syna była Kalina Jędrusik. Dużo rozmawiali, a jej mąż, Stanisław Dygat podsuwał niekonwencjonalne metody leczenia.

Po latach Jerzy wyznał: "W tym zawodzie nie jest łatwo. Jedna sprawa goni drugą. Miałem taki czas, kiedy dzieci były małe, że wszystkie urlopy miałem zajęte pracą i tego najbardziej żałuję. Wtedy myślałem, że trzeba pracować, a teraz wiem, że nie trzeba było. Lepiej było pojechać na wakacje z dziećmi".

Dorota Czerwińska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje