Joanna Moro: Walczę ze słabościami

Ciężko pracuje, ale nie chce być na świeczniku. W rozmowie z SHOW zdradza, dlaczego nie pojawia się na salonach, jak wychowuje dzieci i czego w sobie nie akceptuje.

Mówiłaś, że chcesz odpocząć od seriali, a okazuje się, że wracasz do "Barw szczęścia".

Reklama

Joanna Moro: - W zeszłym roku byłam już trochę zmęczona planem zdjęciowym. Marzyłam o tym, żeby się wyciszyć medialnie i to był mój cel, który udało mi się osiągnąć. Nie było więc żadnych skandali, żadnych plotek na mój temat. Teraz wracam na plan "Barw szczęścia" i bardzo się cieszę. Darzę ten serial wielkim sentymentem, bo przecież przez chwilę w nim grałam. A pod koniec czerwca wchodzę na plan zdjęciowy do nowego projektu na podstawie hiszpańskiej sztuki teatralnej.

A teraz będziesz uwodzić Jacka Rozenka, czyli serialowego męża Kasi Zielińskiej, która odeszła z serialu.

- Dopiero wchodzę na plan. Po przeczytaniu scenariusza widzę, że mój wątek będzie się szybko rozwijał. Nie nazwałabym jednak tego uwodzeniem (śmiech). Były szef mojej bohaterki znalazł się w trudnej sytuacji i ona chce mu pomóc. Ale to tyle, co mogę zdradzić.

Oprócz tego intensywnie pracujesz w teatrze.

- Rzeczywiście, skupiłam się na teatrze, ale widzę, że to jest bardzo ciężki kawałek chleba. Do jednej sztuki przygotowujemy się cztery miesiące. Obecnie gram w trzech spektaklach: "Przekręt", "Skok w bok" w Teatrze Capitol, "Lekcja stepowania" w Och-Teatrze. To było moje marzenie, żeby się dostać do teatru Krystyny Jandy, która jest dla mnie mentorką. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a praca z nią to czysta przyjemność. Ma wielki szacunek do ludzi, co się dzisiaj bardzo rzadko zdarza.

Ale nie zobaczymy cię na tzw. ściankach?

- Nie, bo jestem zbyt zajęta. Chociaż oczywiście spróbowałam tego na początku mojej przygody z show-biznesem. Poza tym trzeba poświęcić mnóstwo czasu, żeby pięknie się zaprezentować, bo wszyscy będą oceniać to, jak wyglądam, a ja wolę, żeby oceniano mnie przede wszystkim przez pryzmat mojej pracy.

Jednak przez swój zawód jesteś wciąż wystawiana na ocenę innych. Jak sobie radzisz z krytyką, stresem?

- Im jestem starsza, tym lepiej wiem, że w takiej sytuacji trzeba otaczać się ludźmi, którzy mają pozytywną energię. Oprócz tego najlepszą odskocznią jest po prostu sport.

Właśnie, masz świetną figurę. Jak nad nią pracujesz?

- Ostatnio bardzo dużo gram w tenisa, minimum dwa razy w tygodniu. Do tego dorzucam bieganie, ale spokojne, rekreacyjne. Nie zamierzam pokonywać rekordów, po prostu chcę utrzymać swoje ciało w dobrej formie. Zimą staram się regularnie morsować, uodparniam się w ten sposób na choroby.

A dieta?

- Nie stosuję żadnej, bo uwielbiam jeść, chociaż wszyscy mówią, że wcale tego po mnie nie widać (śmiech). Natomiast dbam o to, żeby posiłek był przygotowany ze świeżych i pewnych składników. Staram się też ograniczyć mięso, ale nie rezygnuję z niego całkowicie. Za dużo go jemy, za dużo zwierząt cierpi z tego powodu, dlatego w mojej kuchni podstawą są warzywa.

Nie wierzę, że bez problemu przemycasz je synom?

- Dla dzieci jest oddzielna dieta. Widzą, że jemy dużo warzyw, ale same nie mają na nie ochoty. Dlatego czasami muszę je naprawdę mocno zachęcać, żeby zjadły chociaż jedną fasolkę szparagową (śmiech). Poza tym dzieciaki chodzą do przedszkola i tam jedzą różne rzeczy.

Kto u was w domu jest dobrym policjantem, a kto tym złym?

- Faktycznie jesteśmy z mężem bardzo różni, w związku z tym mamy często odmienne zdanie na różne tematy. Ja jestem bardziej beztroska, z cyklu "nie martwmy się na zapas i żyjmy chwilą", a mąż jest bardziej przyziemny. Z drugiej strony, dla mnie najważniejsza jest dyscyplina, tym bardziej kiedy wychowujesz synów. Zawsze powtarzam, że rodzice to świętość. Moje dziecko powinno mnie słuchać i wykonywać moje polecenia. To, co powie mama, jest święte i nie ma dyskusji. W praktyce bardzo ciężko jest to osiągnąć, zwłaszcza że w dzisiejszych czasach dzieci są bardzo wyszczekane (śmiech).

Nie ukrywasz, że czasami brakuje ci cierpliwości, ale też zawsze podkreślasz, że nie tolerujesz słabości u siebie i u innych.

- Po prostu staram się walczyć z pewnymi swoimi cechami. Nigdy na przykład nie byłam zbytnio obowiązkowa, pracowita i nie lubię tego w sobie. Nie można spocząć na laurach. Wciąż trzeba się przecież doskonalić, chcieć więcej.

Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, mówiłaś, że chciałabyś spróbować czegoś nowego, może reżyserii. Coś się w tym kierunku ruszyło?

- Cały czas o tym myślę. Czuję, że to, co robię obecnie, nie jest wystarczające. Nie chcę jednak rzucić się na głęboką wodę. Póki co, uczę się, słucham ludzi i czekam na dobry moment. Jest to związane z wyjściem ze swojej strefy komfortu, a to wymaga odwagi. Myślę jednak, że ten moment przyjdzie do mnie sam. Poza tym, żeby zrobić coś swojego, potrzebny jest czas i zaangażowanie, a ja obecnie mam sporo projektów i nie dałabym rady tego wszystkiego połączyć.

Planujecie wakacje?

- Co roku jeździmy nad Bałtyk, w moje rodzinne strony, na Litwę. To jest dla nas bardzo rodzinny czas. Mamy okazję się wszyscy spotkać.

A zdarzają się wam romantyczne wyjazdy z mężem, bez dzieci?

- To jest trudne, bo tutaj nie mamy nikogo z rodziny, kto się nimi zajmie. Poza tym synowie mają dużo różnych zajęć. W weekendy często grają mecze piłki nożnej. Ale w tym roku rzeczywiście udało się nam wybrać na pierwszy wyjazd bez dzieci i odbyliśmy podróż do Afryki. Nie można powiedzieć, że to był romantyczny wypad w towarzystwie jaszczurek i pająków, ale było fantastycznie!

Magdalena Makuch

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje