Karolina Ferenstein-Kraśko: Teraz moja kolej!

O wyjściu z cienia męża, byciu kobietą pracującą i mamą na cały etat oraz nierównej walce o figurę.

Długo namawiali panią na udział w "Agencie"?

Reklama

Karolina Ferenstein-Kraśko: - Początkowo miałam wątpliwości i powiedziałam "nie". Wydawało mi się niemożliwe, żebym w moim życiowym programie zmieściła jeszcze udział w tym show. Biorąc pod uwagę fakt, że wychowuję troje dzieci, prowadzę dwie firmy i wyczynowo uprawiam sport, czasu jest naprawdę niewiele. Jakby tego było mało, w momencie, kiedy dostałam tę propozycję, pracowałam nad książką. Odmówiłam.

- Dopiero po rozmowie z Piotrem zmieniłam zdanie. To on był bodźcem, dzięki któremu pomyślałam "spróbuję". Uznałam, że czas jest dobry - skończyłam 40 lat, dzieci mam odchowane i być może nadszedł czas, żeby zrobić coś dla siebie. Coś, czego się nikt po mnie nie spodziewa. Postanowiłam, że zrobię coś odlotowego. I weszłam w tę grę na sto procent. Pamiętam, że oglądając poprzednie edycje, zastanawiałam się, skąd u uczestników takie poważne miny i obłęd w oczach - dziś już wiem (śmiech). Ja z tym obłędem chodziłam od drugiego dnia.

Co pani poczuła, zostawiając trójkę dzieci z mężem i lecąc na drugi kraniec świata?

- W momencie, kiedy zamknęły się za mną drzwi samolotu, pomyślałam: "Co ja zrobiłam? Jak oni sobie beze mnie poradzą?". Miałam poczucie, że teraz na pewno wszystko się zawali. Oczywiście tak się nie stało, świetnie sobie poradzili. Ale początek był trudny.

- Martwiłam się, że wieczorem nie dopilnuję ich przed snem, a rano nie obudzi mnie głos mojej córeczki. To niełatwe dla każdej mamy. Zwłaszcza początek w programie był trudny, bo nie mieliśmy żadnego kontaktu z rodziną. To był oczywiście element gry - chodziło o to, żeby nas psychologicznie wytrącić z równowagi, żebyśmy pękli. Ja też pękłam.

W programie, w którym chodzi o rywalizację i intrygi, można się zaprzyjaźnić?

- W dzisiejszych czasach w ogóle strasznie trudno o głębokie relacje. Bywa, że z powodu spraw biznesowych czy życiowych rozsypują się przyjaźnie, które trwały kilkanaście lat. Ten program poddaje człowieka tak stresującym bodźcom i ekstremalnym sytuacjom, że ludzie, z którymi teoretycznie walczysz, w niewytłumaczalny sposób stają się bliscy. Bo tam odbywa się sprawdzian charakteru, ludzkich zachowań i wiele można się o człowieku dowiedzieć podczas tych zadań. I chociaż strasznie się kłóciliśmy, nie odzywaliśmy się do siebie, to jednak zbliżyliśmy się. Wydaje mi się, że zawiązałam bliskie relacje w tym programie. Zobaczymy, czy przetrwają.

Czegoś się o sobie pani dowiedziała?

- Myślę, że gdy się ma 40 lat, to już wiele się o sobie wie. Utwierdziłam się tylko w przekonaniu. Choć przyznaję, że czasem były sytuacje, w których zaskakiwało mnie moje własne zachowanie. Przez tę mieszankę emocji, które buzowały w programie, miałam wrażenie, że co chwila byłam inna - raz zbyt wrażliwa, innym razem zbyt przebiegła. To, co dla mnie ważne, to fakt, że wiele rzeczy w sobie przełamałam.

- Miałam na przykład straszny problem z kamerą. Jej obecność mnie blokowała, peszyła. Cały program się z tym męczyłam. Ale po powrocie poczułam, jakby coś we mnie pękło i nagle przestałam się bać. Czuję, że otworzyłam sobie kilka furtek, które były mocno zaryglowane.

Ostatnio zachwyca pani wyglądem. To ta magiczna 40-tka, czy może trzecie dziecko sprawiło, że tak pani wypiękniała?

- Wszystko razem. Jakieś rzeczy w sobie przepracowałam. Zrobiłam sobie rachunek sumienia i wyznaczyłam priorytety. Chyba każda mama ma taki moment w życiu, że to dzieci są dla niej najważniejsze. Skupia się wtedy i myśli wyłącznie o nich, zapominając czasem o sobie. Też tak miałam. Nic dla mnie się nie liczyło poza moimi dziećmi. Teraz mam poczucie, że złapałam życiową równowagę.

- Prozaiczna sprawa: zmieniłam miejsce zamieszkania. Wreszcie mam blisko do szkoły moich synów, ale też do siłowni. I w tym moim szalonym dniu znalazłam 1,5 godziny tylko dla siebie. Kiedyś spędzałam mnóstwo czasu na dowożeniu i odwożeniu dzieci, teraz udało się to inaczej poukładać. Te 1,5 godziny spędzam na siłowni albo wsiadam na konia czy idę do fryzjera. Ten czas tylko dla siebie jest mi bardzo potrzebny. I to procentuje.

- Poza tym bardziej zaakceptowałam siebie, swoją kobiecą siłę i moc. Jestem pogodzona ze sobą. Czuję, że wiek niczego mi nie ujmuje. Przeciwnie - czuję się w nim silna i mocna. To faktycznie dobry moment w moim życiu: mam czas na wszystko, co kocham - pracę, rodzinę i pasję. Śmieję się, że mam trzy nogi zamiast dwóch (śmiech).

Widziałam na Instagramie, że została pani morsem.

- To prawda. Od jakiegoś czasu zmagam się i toczę nierówną walkę o sylwetkę. Po trójce dzieci nie jest to łatwe. Kiedy jest się już dojrzałym człowiekiem, organizm trochę zwalnia, więc próbuję go przyspieszyć (śmiech). Przy każdej ciąży sporo tyłam, bo ok. 30 kilogramów. A już będąc w trzeciej, miałam wrażenie, że moje ciało rozsypało się na tysiąc drobnych kawałków. Przez to, że długo karmiłam naturalnie, odbudowanie ciała trwało długo. Z niedowierzaniem patrzę na moje koleżanki aktorki, które wracają do formy dwa tygodnie po urodzeniu dziecka. Ja potrzebuję co najmniej dwóch lat.

- I teraz właśnie nadszedł ten czas, kiedy postanowiłam, że muszę coś zrobić, żeby mój metabolizm i mój organizm zmusić do działania. Krioterapia i kąpiel w zimnej wodzie nie dość, że daje potężny zastrzyk endorfin, to jeszcze pobudza organizm. W Warszawie w Wiśle się nie kąpię, ale w Gałkowie w Krutyni jak najbardziej. Polecam też wszystkim zimny prysznic z rana, świetnie działa. Efekty już widać.

Po Balu Dziennikarzy wszyscy mówili o pani kreacji.

- To była sukienka haute couture Gosi Baczyńskiej. Gdy tylko zobaczyłam ten fason, zakochałam się w nim. Była moją wymarzoną kreacją. Ale obawiałam się, czy ją "udźwignę", czy zaprezentuję ją dobrze. I znów pomyślałam "spróbuję". Zadzwoniłam do Gosi i zapytałam ją, co o tym myśli. Chyba nadszedł taki moment, że przestałam się wstydzić tego, czego chcę i tego, jakie mam marzenia.

Jest pani gotowa na sławę?

- Nie zastanawiam się nad tym. Nie mam poczucia, że teraz cokolwiek się w moim życiu zmieni i spłynie na mnie ogromna popularność. Poza tym jestem już dojrzałym człowiekiem, który bardzo dużo przeżył i podchodzę do takich rzeczy z przymrużeniem oka. To, o czym piszą plotkarskie portale, nie jest prawdziwym życiem. Nie traktuję tego serio.

Pamiętam pani słowa sprzed lat: "Błoto, a nie czerwony dywan, jest moim światem".

- Tak mówiłam, ale też dodawałam, że lubię równowagę i zmienność. Czasem wolę bryczesy, oficerki i naturę, a czasem, jak kameleon, chcę się zmienić, poczuć się kobieco i pięknie. Te dwa światy udaje mi się łączyć.

Jaką dziś jest pani kobietą?

- Spełnioną, dzięki balansowi, który wreszcie udało mi się odnaleźć. Miałam w życiu różne etapy. Wiele lat temu na pierwszym miejscu była moja kariera. Nie miałam wtedy rodziny, dzieci i byłam zafiksowanym sportowcem. Kiedy założyłam rodzinę, naturalnie zmieniły się moje priorytety. Cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem.

To prawda, że już podczas pierwszego spotkania Piotr wiedział, że zostanie pani jego żoną i będziecie mieli trójkę dzieci?

- Nie powiedział mi tego, ale możliwe, że tak pomyślał. (śmiech)

Jesteście razem ponad 12 lat. Jaka jest wasza recepta na szczęście?

- Nie jestem ani za ferowaniem wyroków, ani za podawaniem recept. Każdy ma swoje sposoby na to, by być szczęśliwym. Wydaje mi się, że najważniejsze w życiu to mieć dystans do siebie, do życia i iść wspólną drogą, dzieląc pasje i cele.

Jak wychowujecie swoją trójkę?

- Dajemy im wolny wybór, bo wierzę, że charaktery ludzi kształtują się nie wtedy, kiedy im narzucamy sztywne reguły, tylko wtedy, kiedy razem coś wypracowujemy. Wolę dzieci wychowywać przez sport, przez pasje, przez zaangażowanie w różne historie, jak np. w "Magiczną gwiazdkę" (akcja charytatywna zorganizowana przez Karolinę - przyp. red.).

Trzecie dziecko to rewolucja w rodzinie?

- Przy trzecim dziecku jest się już tak bardzo świadomą matką, że to już tylko pasmo przyjemności. Człowiekowi się wydaje, że ma już taką wiedzę i doświadczenie, że nie potrzebuje nawet urlopu macierzyńskiego i można wracać do pracy prosto z porodówki. Oczywiście tak nie jest. W domu jest jeszcze dwójka, która potrzebuje atencji i czasu.

- Zawodowo i fizycznie te dwa lata po urodzeniu Lary wiele mnie kosztowały. Starałam się z jednej strony nacieszyć córeczką, ale z drugiej dawać siebie w stu procentach chłopcom, żeby nic nie stracili, nie poczuli się odtrąceni. Nie mogę brać urlopu macierzyńskiego, bo jestem właścicielką dwóch firm, które dość dobrze prosperują, ale nie są duże i trudno byłoby mnie zastąpić. Fizycznie to był więc rollercoaster, ale psychicznie cudowny czas.

- Posiadanie trzeciego dziecka było najlepszą decyzją w moim życiu. Jasne, że miałam wiele wątpliwości, jak sobie poradzę - trójka dzieci to jest szaleństwo! Wiele osób mi mówiło, że to będzie już koniec życia. Słyszałam, że przy trójce dzieci nie wygrzebię się z domowych pieleszy. "Będziesz siedziała w domu i zajmowała się dziećmi", słyszałam. Tymczasem okazało się, że jeśli masz wystarczająco dużo determinacji i chęci, czas jest jak z gumy. Nie jestem dobrym organizatorem, to wszystko to twórczy szał, który jednak się sprawdza.

- Ważne w życiu, by nie przesadzać z byciem idealnym. Nikt taki nie jest i trzeba sobie z tego zdać sprawę. Ideały to pułapka i gdy się w nią wpadnie, traci się zdrowy obraz. Przy wielkiej rozkrzyczanej i roześmianej rodzinie nic nigdy nie jest pod linijkę. I nie musi być. Nie potrzebuję tego. Mam zdrowy dystans.

Jaka jest ta pani trójka?

- Każdy jest inny. Moje dzieci diametralnie się od siebie różnią. Najstarszy Konstanty jest zamknięty w sobie, nie lubi tłumu i szumu wokół siebie. Lubi dużo czytać i jest bardzo zaangażowany w sport. Uprawia kilka dziedzin, jeździ na zawody jeździeckie i tenisowe, czemu oddaje się całym sercem. Widzę, jak przekracza granice i dąży do celu, który sobie wyznaczy. Nigdy nie jest zmęczony, zawsze jest konsekwentny i ambitny. Myślę, że ma zadatki na sportowca, choć jeszcze nie zdecydował, którą dziedzinę mógłby uprawiać wyczynowo.

- Średni Aleksander ma artystyczną duszę. Jest samym urokiem, ale też spryciarzem. I odwrotnością brata - lubi zabawy, szaleństwo, towarzystwo. Do domu sprowadza całe stada kolegów. Też uprawia sport, ale nie wstydzi się powiedzieć, że dana dziedzina właśnie mu się znudziła. Gra na fortepianie i na gwiazdkę zażyczył sobie pianino. Jeździ konno i to bardzo dobrze, ale nie ma takiego zacięcia jak jego starszy brat.

- A Larcik... jest samym urokiem. (śmiech)

Córeczka mamusi czy tatusia?

- Mamusi! Nie oddam jej nikomu! (śmiech) To słodzinka i oczywiście też już jeździ konno.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje