Kobiety wciąż nim rządziły

A on potulnie robił to, co kazała mama albo koleżanka. Długo walczył z nieśmiałością i ciągle leczył złamane serce. W końcu nabrał pewności siebie. I został gwiazdą!

Byłem jeszcze w brzuchu mamy, kiedy rodzice (mama Giovanna i tata Antonio) przeprowadzili się z rodzinnej Sycylii do Niemiec. Wyjechali za pracą, marzyli o lepszym życiu", opowiada tancerz.

Reklama

Na początku nie było im łatwo. "Rodzicom trudno było się odnaleźć w nowym miejscu, wśród ludzi o tak odmiennej mentalności. Mama bardzo cierpiała", wspomina Stefano. Kiedy miał pięć lat, na świat przyszedł jego brat Vincenzo, siedem lat później urodził się Marco.

"Dla najmłodszego brata byłem prawie jak ojciec", wspomina. Kiedy rodzice szli do pracy, to on zajmował się chłopcem. "Przewijałem go, dawałem mu mleko i bawiłem się z nim. Opiekę nad dzieckiem mam już więc opanowaną", żartuje.

Stefano był spokojnym, introwertycznym chłopcem. "Miałem swój świat. Byłem potwornie nieśmiały. Taka mała sierota. I ciągle o czymś marzyłem", mówi SHOW. O tańcu zamarzył po obejrzeniu filmu "Dirty Dancing". Miał wtedy kilka lat i chciał być jak Patrick Swayze. "Skakałem po łóżku i wyobrażałem sobie, że jestem tancerzem. Ale nigdy nawet nie pomyślałem, że to się może spełnić", mówi.

Na pasję nie miał zresztą wiele czasu, bo pochłaniały go... romanse. "Kiedy miałem sześć lat, »ożeniłem się« z Adrianą. W Marii zakochałem się na zabój, gdy miałem 15 lat. Miała burzę loków i garbaty nos. Patrzyłem na nią jak w obrazek, a ona ze mną pogrywała. Kiedy odważyłem się do niej zadzwonić, myślałem, że zemdleję. Pół godziny stałem w budce telefonicznej i planowałem, co jej powiem, a gdy już odebrała, zatkało mnie. Kilka dni później zobaczyłem ją z innym. Jak to bolało! A ja już planowałem z nią życie", opowiada Stefano.

Chcąc oderwać syna od tych myśli, rodzice zapisali go na kurs tańca. "Chcieli, żebym nabrał pewności siebie. Ale w ogóle mi się to nie spodobało! Wszystko jakieś takie sztuczne, faceci na obcasach, do tego robili dziwne miny. Nie chciałem tańczyć. Aż trafiłem na występ mistrzów i zobaczyłem magię. Potem koleżanka zażądała, żebym został jej partnerem. Zgodziłem się i nagle okazało się, że ja, cichutki, na parkiecie błyszczę.

Ale pierwszy turniej był porażką. Były tylko cztery pary, a na widowni cała moja włoska rodzina. Technicznie byliśmy najlepsi, ale ze stresu zatańczyliśmy poza rytmem. I jurorzy musieli dać nam ostatnie miejsce. Pokazali tabliczki z numerem 4 oznaczające, że zajęliśmy ostatnie, czwarte miejsce. Moja rodzina nie wiedziała, o co chodzi i zaczęli się wydzierać ze szczęścia, sądząc że wygraliśmy. Nawet jurorzy się z nas śmiali!".

Jednak Stefano szybko się zrehabilitował. Nie tylko w tańcu. Zajmował się też projektowaniem ubrań. Miał nawet własny butik! Zostawił interes, kiedy poznał Ewę Szabatin. "Żeby z nią tańczyć, z dnia na dzień rzuciłem wszystko i przyjechałem do Polski. Czuję, że to moje miejsce. Bo w Niemczech zawsze byłem tym Włochem, na Sycylii tym Niemcem, a w Polsce jestem po prostu Stefano", mówi.

Justyna Kasprzak 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje