Krzysztof Gojdź: Lekarz ciała i duszy

Mógł być pianistą, malarzem, a nawet księdzem. Zamiłowanie do tych zawodów sprytnie połączył w jedno i został… specem od medycyny estetycznej.

Pochodzi z małej miejscowości Dębno, z której "wyrwać" się do wielkiego świata, czy chociażby do stolicy, było tak samo łatwo, jak polecieć na Księżyc. Ale on tego dokonał.

Reklama

Mało tego - od samego początku wiedział, że osiągnie zamierzony cel. "Byłem dziwnym dzieckiem. Gdy miałem kilka lat, marudziłem mamie, żeby uczyła mnie literek", wspomina Krzysztof Gojdź w rozmowie z SHOW. Czytanie opanował już w przedszkolu i odtąd nie rozstawał się z lekturą. "Zawsze byłem grzecznym chłopcem, blondynkiem w białym garniturku, z nieodłączną książką", dodaje lekarz-celebryta.

Jego pasja do nauki trwała przez całe dzieciństwo, a w kolejnych szkołach jeszcze się wzmacniała. Jedyne, czego nie lubił, to wystąpienia publiczne. Niestety, przez intelektualną aurę, którą wokół siebie roztaczał, nauczyciele kazali mu coś deklamować na wszelkich szkolnych uroczystościach. "To był koszmar", wspomina Gojdź.

Przyszły lekarz, jako  dziecko, nie przepadał także za... wakacjami: "Nigdy nie wyjeżdżaliśmy. W lato musiałem pomagać mamie w ogródku, nienawidziłem tego. Jak na zbawienie czekałem na rok szkolny", zdradza w rozmowie. Poza nauką Krzysia ciągnęło też do muzyki. Ktoś mu nawet powiedział, że ma dłonie pianisty. Rodziny nie było jednak stać na lekcje. Dobrze malował, ale plastyka nie pochłonęła go wystarczająco.

Mama i tata wymarzyli sobie, że zostanie kapłanem: "Ksiądz w takim miasteczku miał wspaniałe życie. Jeździł najlepszym samochodem, ludzie przynosili mu kury, jajka", wyjaśnia Gojdź. Wstąpił nawet do seminarium duchownego, ale długo tam nie wytrzymał. Powód? Celibat. "To nie dla mnie", mówi i dodaje: "Postanowiłem leczyć ciała, nie dusze, zostać lekarzem". Dziś jednak po trosze robi jedno i drugie, zwłaszcza, gdy pomaga ofiarom wypadków, np. poparzeń, wrócić do normalnego życia.

Na medycynę dostał się za pierwszym razem, choć rodzice w niego nie wierzyli. Już bardziej dziadek: "Powtarzał mi: ››Wszystko, wnusiu, osiągniesz w życiu, tylko musisz ciężko pracować‹‹". Miał rację. Krzysztof został lekarzem, a ponieważ chciał dobrze zarabiać, skończył jeszcze (na "piątkę") marketing w SGH w Warszawie. I otworzył własną klinikę. Potem kolejną. Dziś ma kilka nieruchomości, mieszka na zmianę w Polsce i w USA, jeździ ferrari i wciąż pracuje, choć gdyby chciał, mógłby już nic nie robić.

Marta Uler

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje