Magdalena Cielecka: Szczęśliwa femme fatale

Wie, co dla niej najlepsze. Nie lubi się do niczego zmuszać. „Przyszedł w moim życiu czas dobrego balansu”, deklaruje. Jednocześnie nie zamierza iść ani na życiowe, ani zawodowe kompromisy.

Na początku roku czuje pani presję, że trzeba zrobić postanowienia, mieć nadzwyczajne plany?

Reklama

Magdalena Cielecka: - Nowy rok nigdy nie jest dla mnie cezurą. Może przez to, że w tym zawodzie, szczególnie w teatrze, sezony liczy się trochę jak w szkole, czyli od września do czerwca. Nigdy z Nowym Rokiem nie robiłam jakiś postanowień, nie składałam obietnic, ani też nie żywiłam wielkiej nadziei. Dodatkowo nie jestem w stanie nic sobie zaplanować. U mnie jest to właśnie związane z rytmem pracy, która charakteryzuje się tym, że nie ma w niej reguł. Nigdy nie wiadomo, czy dany projekt dojdzie do skutku.

W tym roku nie da pani widzom o sobie zapomnieć...

- Rzeczywiście, kilka filmów czeka na premierę. Jeśli chodzi o teatr, to żadnej nie planuję, ale eksploatacja spektakli trwa. No i oczywiście wchodzi nowy serial "Belle Epoque", który, mam nadzieję, będziemy kontynuować. Pewnie wiosną zaczniemy kręcić drugi sezon. Bardzo bym sobie tego życzyła. Filmowe propozycje również są, ale - jak mówiłam wcześniej - na tym etapie jeszcze nie wiadomo, czy dany projekt wejdzie w etap produkcji i czy na pewno pozostanę w obsadzie.

Nie stresuje się pani, gdy ten telefon nie dzwoni albo dzieje się to rzadziej niż kiedyś?

- Na pewno się już na to uodporniłam, to jest ryzyko wpisane w zawód. Trzeba się z nim pogodzić, a nawet polubić. W momencie, gdy jest tzw. dołek w pracy, prywatnie często przychodzi górka. Wtedy człowiek ma czas na korzystanie z życia, z jego dóbr i uroków. W moim przypadku jednak nigdy nie ma zupełnej ciszy: mam teatr, który jest wymagający. Gdy jednocześnie kręcimy serial albo film, to mam wręcz poczucie nadmiaru. Jestem na takim etapie, że wolę mieć mniej propozycji, ale za to ciekawszych. Takich, które mnie naprawdę interesują. Mogę wybrać i mogę odmówić. To daje duży komfort. Potrafię zrezygnować z projektu, jeśli na przykład miałabym go robić kosztem wakacji, a akurat potrzebuję odpocząć, wyjechać. Staram się dbać o siebie. Zaplecze, które przez lata budowałam, pozwala mi decydować, co jest dla mnie lepsze.

Zaplecze finansowe, ale też prywatne?

- Jedno i drugie. Przyszedł w moim życiu czas harmonii, dobrego balansu, który pozwala mi pracować przy projektach, które mnie interesują. Jednocześnie mam z kim spędzać czas wolny.

A potrafi pani sobie odpuścić, przestać na chwilę być twardą babką, przyznać się do słabości, powiedzieć: "nie dam rady"?

- "Nie dam rady" to chyba jeszcze nie, ale potrafię powiedzieć, że po prostu nie mam na coś ochoty. Gdy mam zrobić coś, do czego nie jestem przekonana, porównuję zyski i straty. Dość szybko okazuje się, co jest dla mnie w tym momencie ważniejsze. Nie lubię się do niczego zmuszać. Wynika to między innymi z komfortu, o którym mówiłam wcześniej, ale też z możliwości wyboru. Decyduję się na to, co jest w danej chwili dla mnie lepsze. Jeżeli czuję, że potrzebuję tydzień spać, to nie mam wyrzutów sumienia związanych z tym, że daję sobie czas na leniuchowanie. Widocznie po prostu tego potrzebuję. Często, gdy żyjemy zbyt intensywnie, organizm sam nas hamuje - doznajemy jakiejś kontuzji albo chorujemy. Ciało mówi: "stop". Miewałam już takie okresy.

Ostatnio też miała pani sporo pracy. Zobaczymy panią m.in. w nowym serialu "Belle Epoque", gdzie występuje pani w wyjątkowych kostiumach.

- Jestem szczęśliwa, że stacja TVN sięgnęła do dobrych tradycji i wyprodukowała serial, który nie dzieje się tu i teraz. Wierzę, że to będzie fascynująca podróż w czasie nie tylko dla aktorów czy twórców serialu, ale także widzów. Mam nadzieję, że oglądając "Belle Epoque" przypomną sobie "Lalkę" czy "Noce i dnie". Taka produkcja to wymagający projekt, który daje nadzieję, że to, co robimy, ma sens. Chcemy opowiedzieć o pięknej epoce - eleganckich damach i wytwornych balach. Pamiętajmy jednak, że ta epoka miała wiele tajemnic i słabości.

Jaki jest udział pani bohaterki w tej mrocznej historii?

- Gram Konstancję, femme fatale epoki. Kobietę tajemniczą, niebezpieczną, pociągającą, która skrywa wiele tajemnic. Trudno zgadnąć, jakie są jej zamiary, nie można jej do końca zaufać. Moja bohaterka jest arystokratką. To dawna ukochana głównego bohatera, którego gra Paweł Małaszyński. W tej produkcji widz znajdzie więc także wątek miłosny, którego finał będzie bardzo zaskakujący...

Nie wahała się pani, podejmując decyzję o udziale w tym projekcie?

- Ani chwili! Czułam się wręcz wyróżniona. Chyba każdy aktor marzy o takim serialu. Produkcja kostiumowa ma swoje uroki, przenosimy się w czasie i wyglądamy niecodziennie, trzeba pamiętać, że przygotowanie aktorki do wejścia na plan nie trwa 40 minut, tylko trzy godziny.

Które role są pani bliższe - taka jak w "Pitbullu" czy w "Belle Epoque"?

- Każda ma swój smaczek, jest wyzwaniem. Dla każdego aktora bardzo ważny jest płodozmian. Mogę mówić o szczęściu, że mogę grać tak skrajne postaci. Dzięki temu widz ma możliwość oglądania mnie w różnych wcieleniach - nie nudzi się mną. Nie chcę być utożsamiana z jednym typem ról. Fajnie jest móc pobawić się wizerunkiem.

No właśnie, ma pani duży dystans do swojego wyglądu.

- To miłe, że nie gram tylko pięknych kobiet. Widzowie dostrzegają, że mam odwagę zrobić z siebie paskudę, zbrzydzić się na potrzeby interesującej roli.

Czy jest coś, czego nigdy nie zrobiłaby pani dla roli?

- Na pewno nie naraziłabym zdrowia w sposób, który mógłby być nieodwracalny. Nie jestem już ani najmłodsza, ani naiwna - wiem, że ciało pewnych rzeczy nie zniesie. Jeśli chodzi o wyzwania emocjonalne, to nie mam takich ograniczeń.

Ostatnio jest o pani głośno przy okazji różnych demonstracji. Ma pani gdzieś w tyle głowy, że jeśli aktor mówi otwarcie o swoich poglądach, to może się to przekładać na jego pracę?

- Mam tego świadomość i przyjmuję na siebie to ryzyko ze wszystkimi konsekwencjami. Trzeba po prostu zadać sobie pytanie, czy chce się milczeć, czy głośno mówić o tym, co nas niepokoi. Ja zdecydowałam się na to drugie rozwiązanie. Choć wiem, że będzie to miało, a nawet już ma, wpływ na moją pracę.

Ktoś pani podziękował za zaangażowanie?

- Nie wprost, ale ja podziękowałam za kilka propozycji, bo nie czułabym się dobrze legitymizując określoną grupę czy ideologię. Trzeba być wiarygodnym: jeśli bronię określonych wartości, to nie staję potem w jednym szeregu z tymi, którzy je podważają. Podział w naszym środowisku, choć niepisany, istnieje i póki co, raczej nie grozi mi dylemat: czy przyjąć propozycję ze strony tych, z którymi mi nie po drodze. Oni chyba po prostu mnie nie chcą... (śmiech).

Magdalena Makuch

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje