Marian Kociniak: Więcej mi nie trzeba

Tak mówi dziś niezapomniany Franek Dolas z filmu „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Aktor kończy 80 lat. Już nie gra, ale cieszy się z tego, co osiągnął. A jednym z osiągnięć jest jego trwałe małżeństwo.

Zagrałem tyle ról teatralnych i filmowych, a wciąż słyszę za sobą »Franek i Franek«. Już mam siwy łeb kompletnie, ale kolejne pokolenia rozpoznają mnie głównie jako Dolasa. Teraz to jednak miłe", mówi Marian Kociniak.

Reklama

Aktor właśnie skończył 80 lat. Niestety, zdrowie nie pozwala mu już pracować - w sierpniu ubiegłego roku prasa pisała, że musiał poddać się poważnej operacji. Kociniak przestał występować na deskach warszawskiego teatru Ateneum, ale nie grozi mu, że zostanie zapomniany. Wciąż ma wiernych fanów, którzy kochają go choćby za wspomnianą przezabawną rolę Franka Dolasa w filmie "Jak rozpętałem drugą wojnę światową".

Marzyłem o pełnym brzuchu

Sam podczas drugiej wojny był małym chłopcem i musiał uciekać z rodziną z okupowanej Warszawy, która podczas powstania była bezlitośnie palona przez Niemców. "Kiedy nasz dom już się palił, z rodzeństwem i rodzicami ruszyliśmy w kierunku Pyr. Ojciec w takiej starej cegielni znalazł tam dla nas schronienie. Spaliśmy na słomie, koczowaliśmy tak przynajmniej przez rok, do wyzwolenia Warszawy. Przeżyliśmy tam straszną zimę, straszną biedę. Chodziły po nas tysiące wszy. Największym moim marzeniem było, by najeść się do syta", opowiadał aktor.

Traumatyczne przeżycia zahartowały go, ale nie pozbawiły wrażliwości i fantazji - Marian był romantykiem i marzycielem. Kiedy w szkole podstawowej zakochał się w pewnej dziewczynce, postanowił uciec z nią z domu. Kierunek wybrał dość niefrasobliwie - zakochani postanowili uciekać do Związku Radzieckiego. Na szczęście plan nie wypalił i po nocy spędzonej w lesie młodą parę nakryli rodzice Kociniaka. "Dostałem kilkanaście pasów od ojca w obecności mojej dziewczyny. Nie było większej kompromitacji. Zosi już więcej nie spotkałem", opisywał aktor pierwsze porywy serca.

Ojciec Mariana miał własną ściśle określoną wizję przyszłości Mariana. Gdy chłopiec skończył podstawówkę, zapadła decyzja, że ma iść do szkoły zawodowej, by zdobyć "prawdziwy zawód". Chłopak miał szkolić się na ślusarza. Na szczęście polonistka dostrzegła w nim talent humanistyczny i wyprosiła u rodziców zmianę decyzji. Marian zamiast do zawodówki poszedł do... technikum lotniczego.

Tam jednak zapisał się do kółka teatralnego i złapał aktorskiego bakcyla. Jeszcze jako uczeń wystąpił na scenie w "Zemście" - zagrał Papkina. Jeździł ze sztuką po Polsce, a sukces pomógł mu uwierzyć w siebie i zdać egzaminy do szkoły teatralnej w Warszawie. Jego rodzice wciąż jednak nie byli zadowoleni i nie nabrali przekonania, że chłopak wie, co robi. Dlatego niemal przez całe studia Marian mógł liczyć jedynie na wsparcie kolegów z akademika.

Większość tego okresu zmagał się z poważnymi problemami finansowymi. Przełom w relacjach z rodzicami nastąpił dopiero po przedstawieniu dyplomowym. "Rodzice byli wzruszeni, matula się popłakała. Ojciec także", wspominał aktor. Niestety, państwo Kociniakowie nie doczekali wielkich sukcesów syna. Ojciec zachorował na raka kręgosłupa i zmarł po krótkiej walce z chorobą. Niedługo później odeszła też mama Mariana.

"Spałem nad sceną"

Po skończonych studiach Kociniak dostał angaż w teatrze Ateneum. Miał tam spędzić większość swojego artystycznego życia. Mimo stałego źródła dochodu początkującego aktora wciąż nie było stać na własne mieszkanie. Sypiał więc w niewielkim pomieszczeniu technicznym tuż nad sceną. Nie był tam zresztą sam. Razem z Kociniakiem pomieszkiwał w teatrze inny wielki aktor - Roman Wilhelmi.

W tym czasie Marian poznał montażystkę Grażynę Pliszczyńską, która okazała się miłością jego życia. Na randki nie było go stać, więc często kończyło się posiadówkami w teatralnej klitce. "Z Grażynką spaliśmy na teatralnych kotarach", wspomina. Aktor mógł odmienić swój los i dostać mieszkanie z przydziału, ale cena była zbyt wysoka: musiałby zapisać się do PZPR. "Mój ojciec był zaciekłym antykomunistą, nie mógłbym tego zrobić", tłumaczy Kociniak swoją niechęć do władzy ludowej.

Z pomocą przyszedł reżyser Andrzej Zaorski, który pomógł napisać oficjalne podanie o przyznanie mieszkania. Władza rozpatrzyła je pozytywnie i Kociniak dostał na własność 58 metrów kwadratowych. W tym mieszkaniu żyje z żoną do dziś. Świętowanie przydziału lokum trwało długo, szczególnie że Marian był bardzo towarzyską osobą. Nieraz wracał do domu zdecydowanie później, niż mogłaby tego oczekiwać jego żona. Często w towarzystwie swojego najlepszego kompana, aktora Leonarda Pietraszaka.

"Ile ja przykrości narobiłem mojej Grażynce. Że też ona tyle ze mną wytrzymała!", wyznał kiedyś szczerze Kociniak. Jego trwające ponad 50 lat małżeństwo jest dowodem na to, że prawdziwej miłości nic nie jest w stanie złamać. Nie zaszkodziły jej nie tylko ekscesy alkoholowe Mariana, ale też nagła popularność, jaka spadła na niego dzięki roli Franka Dolasa.

Polski Belmondo

W 1969 roku Kociniak przyjął propozycję zagrania w komedii na podstawie powieści Kazimierza Sławińskiego "Przygody kanoniera Dolasa". Nie wszyscy byli entuzjastycznie nastawieni do tego projektu. Część osób uważała, że minęło za mało czasu, aby tak żartobliwie opowiadać o wojnie. W czasie produkcji reżyser musiał stoczyć istny bój ze statystami, którzy nie chcieli... zakładać niemieckich mundurów. Mimo tych wszystkich problemów "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" okazał się gigantycznym sukcesem.

"Oglądając film Chmielewskiego trudno oprzeć się wrażeniu, że główna rola została napisana specjalnie dla Kociniaka. Jeśli tak nie było, trzeba reżyserowi pogratulować wyboru wykonawcy", pisał jeden z recenzentów. Dolasa porównywano do innej słynnej tragikomicznej postaci, jaką jest wojak Szwejk. Kociniak zgrabnie połączył cechy Polaka cwaniaka z rozbrajającą bezradnością, ale też z brawurową odwagą. Jego umiejętność grania słodkiego nicponia sprawiła, że szybko okrzyknięto go "polskim Belmondo".

"To rzeczywiście rola, która przyniosła mi olbrzymią popularność i do dziś film kilka razy w roku jest powtarzany w telewizji. W dodatku Polonia amerykańska zażyczyła sobie, żeby ten film ubarwić i jest on dziś kolorowy", mówi aktor, który nadal bardzo lubi swojego bohatera. Mistrzostwo w zbudowaniu postaci Dolasa jest niezaprzeczalne, ale przecież aktor stworzył kilkadziesiąt niezapomnianych kreacji m.in. w takich filmach jak: "Chudy i inni", "Dzięcioł", "Trójkąt Bermudzki", "Rififi po sześćdziesiątce", "Pan Tadeusz", "Ostatnia akcja".

Po pięciu latach widzowie znowu go docenili - tym razem za rolę czarnego charakteru, pechowego Murgrabiego z serialu Janosik. Uwielbiano go też za występy w audycji radiowej "60 minut na godzinę" i w Kabarecie Olgi Lipińskiej. Mimo wielkiej sławy Kociniak nigdy nie poczuł się gwiazdą. Nie lubił udzielać wywiadów - kiedyś jeden z dziennikarzy próbował przekonać aktora do rozmowy, proponując, że umyje mu okna.

Szkoda, że popularny artysta unika wywiadów, bo jego życie było bardzo barwne. Większość kolegów Kociniaka potrafi przytoczyć przynajmniej jedną anegdotę związaną z poczuciem humoru aktora. Podobno raz zjawił się na planie filmu "Ostatnia akcja" mocno spóźniony, i zataczając się, wszedł do garderoby. Kiedy zrozpaczony reżyser Michał Rogalski postanowił przerwać zdjęcia, okazało się, że Kociniak tylko żartował, żeby rozładować napięcia związane z oczekiwaniem ekipy na jego przybycie. Rozbrajająco mówi, że nie czyta książek, za to uwielbia krzyżówki. "Klasykę czytam tylko wtedy, kiedy uczę się roli", powtarza.

"Wystarcza mi na rodzinę"

Pięć lat temu obchodził jubileusz pracy twórczej, ale w ostatnich latach nie widywaliśmy go w telewizji i w kinie. Mówi, że w Polsce nie ma tak wysokich honorariów, by skłonić go do zagrania w serialu. "Jestem człowiekiem spełnionym. Więcej mi nie trzeba. Wystarcza mi na rodzinę, na wnuki, na dzieci. (...) Mam dom na wsi, sam go zaprojektowałem. Spędzam tam pół roku. Oglądam bociany, robię sesje karciane. Przyjeżdżają koledzy, pitraszę im mięsiwa na grillu, a potem tak sobie gramy. Czego nie udało mi się zrobić? Nie udało się zagrać roli amanta. Ale ja przecież na amanta się nie nadaję", mówił niedawno.

Oskar Maya

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje