Marta Żmuda Trzebiatowska

Ślub to niejedyna rewolucja, jaka szykuje się w życiu aktorki. Marta wyznaje nam, że marzy o dziecku. Kupuje też dom. Chce zdążyć przed trzydziestką!

Sporo się ostatnio u ciebie dzieje: film, serial, reklama.

Reklama

- To dobry moment w moim życiu pod każdym względem. Jestem przed trzydziestką, mam więc już świadomość swoich potrzeb. Podobnie w sferze zawodowej. Wyciągnęłam wnioski z błędów, które popełniłam, i teraz wiem, w którą stronę chcę pójść.

Wiele kobiet powtarza, że to najlepszy moment, by urodzić dziecko.

- O tak, ja też! A do tego moje starsze koleżanki dodają, że najlepiej rodzić przed trzydziestką, bo wtedy kobieta ma dużo cierpliwości, no i siły witalne. Szybciej też wraca do formy.

Trzy lata temu Adam zapowiedział, że planujecie dziecko za... trzy lata.

- To zabawne, on nigdy tego nie powiedział! Podczas "Tańca z gwiazdami" pracowaliśmy nad choreografią i Agustin Egurrola wymyślił, że w rogu sceny stanie kołyska. Po występie dziennikarze podbiegli do nas, pytając, czy ta kołyska coś oznacza. No i trzeba było się tłumaczyć... Co byś powiedziała? No pewnie, że kiedyś chcę mieć dzieci! Odparliśmy, że owszem, w przyszłości. W montażu wycięto moją wypowiedź i został biedny Adam, mówiący, że chciałby mieć dziecko. A wracając do pytania, to cóż, nie będziemy tego planowali z połową Polski! (śmiech).

Do kin wszedł film "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć", w którym grasz główną rolę kobiecą.

- "Hans Kloss...." to męskie kino. W filmie są tylko dwie postaci kobiece. Elza jest nieporadna i nieśmiała, ale jednocześnie temperamentna. No i szaleńczo zakochana w Klossie. Skoczyłaby za nim w ogień.

Na billboardach jesteś niemal nie do poznania.

- Bardzo lubię się zmieniać do roli. Elza nosi kostiumy z lat 40., a jej nieodłącznym rekwizytem są okulary. Sama wpadłam na ten pomysł! Elza się za nimi chowa. Moment, w którym zdejmuje okulary, jest dla niej przełomowy.

W serialu "Julia" grasz z kolei straszną zołzę. Nie boisz się, że ludzie zaczną cię obrzucać jajkami?

- Na razie spotykam się z pozytywnym odzewem. Ostatnio podszedł do mnie mężczyzna z córką. Poprosili o autograf i stwierdzili: "Woleliśmy panią w innych rolach, ale i tak nam się pani podoba". A podczas lotu do Krakowa stewardesa szepnęła mi na ucho, że jej córka mnie uwielbia. Ja, zdziwiona, mówię: "Ale chyba nie w serialu »Julia«", a ona, że właśnie w tej roli. Poprosiłam tylko, aby nie brała z Moniki Miller przykładu.

Kręcicie w Krakowie. Jak ci się tu podoba?

- To cudowne i piękne miasto, ale wolę Warszawę. Mieszkam tu od ośmiu lat i zdążyłam się zadomowić. Na Kabatach mam przyjaciół i ukochane miejsca. Oczywiście Warszawa ma też wady. Nie lubię lansu, dlatego modne knajpki omijam z daleka. Ulica Żurawia zdecydowanie odpada! (śmiech). Mam wrażenie, że tam ludzie bardzo się starają, na dwie godziny przed wyjściem myślą, w co się ubiorą. W Krakowie tego nie ma. Kiedyś znajomi zaprosili mnie na kolację. Byłam po pracy, w dresie i bez makijażu. "Przychodź tak, jak jesteś" usłyszałam. I faktycznie, nikt nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

W Krakowie pewnie nie dokuczają ci też paparazzi?

- Kilka dni temu po raz pierwszy spotkałam jednego! Byłam zaskoczona, bo zupełnie się odzwyczaiłam od ich widoku. Akurat przyjechał do mnie Adam, a ja przerażona stwierdziłam: "Adaś, ktoś mnie śledzi, ja się boję!". Wieczorem jechaliśmy na kolację ze znajomymi i Adam zauważył mojego "prześladowcę". "Martuś, to tylko paparazzi" stwierdził ze śmiechem. To musiał być krakowski paparazzo, bo gdy przez przypadek wjechaliśmy "pod zakaz", zdezorientowany zatrzymał się. Warszawski oczywiście pognałby za nami.

Co robisz w wolnym czasie?

- Uwielbiam spać. Kiedy mam wolne, nie nastawiam budzika. Potem niemal cały dzień spędzam z książką. W Krakowie szaleję po antykwariatach. Kupiłam stare wydanie "Doktora Faustusa", kilka numerów tygodnika "Kino" z 1934 roku. Coś pięknego! Mam takie marzenie: w moim przyszłym domu gabinet, a w nim mnóstwo książek. Jak wizualizuję marzenia, one się spełniają. Mam jeszcze jedno - własne kino w domu...

A duża kuchnia? Słyszałam, że jesteś mistrzynią tiramisu...

- Po zakończeniu zdjęć do serialu "Chichot losu" chciałam jakoś podziękować ekipie za wsparcie. I wymyśliłam, że zrobię tiramisu. Wysłałam Adama po sto jaj i dziesięć serków mascarpone, a potem do drugiej w nocy kręciliśmy ciasto. Rano zawiozłam na plan cztery blachy deseru. Wprawiłam wszystkich w osłupienie. Nie mogli uwierzyć, że zarwałam noc, żeby im zrobić przyjemność.

Praca z tobą to chyba sama radość!

- Tego nie wiem, ale bardzo bolą mnie plotki, że jestem trudna we współpracy.

A ciągłe plotki o rozstaniu z ukochanym? Ostatnio nie widujesz się z Adamem zbyt często...

- Pół tygodnia jestem w Krakowie, drugie pół w Warszawie, choć bywa i tak, że nie ma mnie po dwa, trzy tygodnie. Nie ukrywam: tęsknimy oboje. Ale rozłąka nie tylko niczego nie popsuła w naszym związku, ale wręcz utwierdziła nas w przekonaniu, że jest bardzo dobrze! Powroty są naprawdę cudowne (śmiech). Oczywiście bardzo mi Adama brakuje w Krakowie, bo po pracy wracam do pustego pokoju. Przyzwyczaiłam się, że on zawsze czeka na mnie w domu. On jest moim akumulatorem. Wystarczy, że się do niego przytulę i zapominam o pracy, o problemach.

Mówi się, że związek z artystą jest trudny.

- Nasz związek jest raczej harmonijny. To wynika z dojrzałości Adama. Ważne, że on jest spełnionym człowiekiem i pozwala mi się rozwijać. A to, że sam jest artystą, pomaga. Często czerpię z jego doświadczeń, bo kiedy był na początku swojej drogi zawodowej, przeżywał podobne rozterki, jak ja teraz.

Jakie masz plany po zakończeniu zdjęć do "Julii"?

- Chciałabym więcej czasu spędzać w Warszawie, żebyśmy z Adamem mogli w końcu zgrać grafiki i wyjechać na wakacje. A z takich dalszych marzeń: chciałabym żebyśmy mogli razem popracować, bo wtedy spędzilibyśmy razem tyle czasu, ile byśmy chcieli.

Dowiedz się więcej na temat: Marta Żmuda Trzebiatowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje