Martyna Wojciechowska: Na własnych warunkach

Karierę zrobiła, zajmując się tematami zarezerwowanymi dla facetów. Omal nie straciła życia na Antarktydzie, gdy jej córka miała dziewięć miesięcy. Dzisiaj chce już żyć spokojniej, choć wciąż lubi dreszczyk emocji.

"Cieszę się, że pomimo szklanego ekranu, który w pewnym sensie jest barierą w relacji osoba z telewizji - widz, udało mi się wytworzyć takie przeświadczenie w ludziach, że każdy może do mnie podejść, rzucić mi się na szyję, powiedzieć, co myśli. Czasami dziwię się, kiedy ktoś mówi do mnie na »pani«. Przecież ja jestem Martyną, dziewczyną z sąsiedztwa. W życiu prywatnym, w telewizji, w radiu, gdziekolwiek indziej - zawsze jestem taka sama", mówi Martyna Wojciechowska (42) w rozmowie z portalem styl.pl.

Reklama

Swoją przygodę z telewizją zaczęła 20 lat temu, chociaż od najmłodszych lat miała na siebie zupełnie inny pomysł.

Policja czy wojsko?

Już jako mała dziewczynka wolała zabawy zarezerwowane dla chłopców. Planowała dostać się do szkoły policyjnej.

"Głównie chodziło mi jednak o to, żeby dostać się do »drogówki « i jeździć Hondą CB750, bo wtedy właśnie policja zakupiła takie motocykle", mówiła w jednym z wywiadów. Zapragnęła też sprawdzić się w wojsku.

"Marzyłam o armii amerykańskiej, o jednostkach specjalnych, bo się za dużo filmów wojennych naoglądałam! Poszłam nawet z kolegami na komisję do WKU (Wojskowa Komenda Uzupełnień - przyp. red.), by oświadczyć zgromadzonym tam majorom, że chcę iść do jednostki. Spojrzeli na mnie z politowaniem i oświadczyli, że mogę co najwyżej zostać sanitariuszką".

W końcu oddała się swojej pasji, jaką była motoryzacja i jednym palcem, na maszynie ojca, wraz z kolegami napisała scenariusz programu telewizyjnego. Wysłała go do stacji telewizyjnych. "Pewnego dnia zadzwonił telefon, odebrałam i usłyszałam »Dzień dobry, Mariusz Walter, chciałbym zaprosić panią na spotkanie «", opowiada. Tak została prowadzącą "Automaniaka".

Później doszły kolejne programy, a ostatnio widzowie najlepiej kojarzą ją z serią dokumentów "Kobieta na krańcu świata".

W tym roku Wojciechowska objęła stanowisko dyrektor programowej nowego kanału podróżniczego TVN. Z takiej spokojniejszej pracy Martyny na pewno ucieszy się jej córka Marysia (9).

Mama na krańcu świata


Wojciechowska podkreśla, że macierzyństwo bardzo ją zmieniło, ale nie od razu zrezygnowała z ekstremalnych doświadczeń. Gdy Marysia miała zaledwie dziewięć miesięcy, dziennikarka postanowiła zdobyć Masyw Vinsona na Antarktydzie. Z tej wyprawy ledwo uszła z życiem na skutek burzy śnieżnej, która na kilka dni odcięła ją od świata. "Dziś patrzę na to zupełnie inaczej. (...) drugi raz nie podjęłabym decyzji o wyjeździe", mówiła siedem lat później.

Jednak Marysi stara się przekazać, że kobieta nie musi z niczego rezygnować. "Przede wszystkim dużo rozmawiam ze swoją córką. Jest to częścią procesu wychowawczego - zaszczepianie młodej kobiecie, że ma prawo do swojej przestrzeni i wyborów, że decyzja o założeniu rodziny nie musi oznaczać, że ma zrezygnować z siebie i ze swoich pasji", mówi w rozmowie z SHOW.

Teraz Martyna musi się jednak wyciszyć. "Zdaniem lekarzy powinnam się oszczędzać i prowadzić regularny tryb życia. Nie podróżować, nie zmieniać stref czasowych i tak dalej", wyznała w ostatnim wywiadzie. Zalecenia zrealizuje na swoich warunkach. "Świat jest zbyt fascynujący, by siedzieć w miejscu, dlatego wyruszyłam dalej nagrywać program »Kobieta na krańcu świata«", mówi. Na szczęście troszczą się o nią współpracownicy. "Ze względu na mój obojczyk chłopaki nie pozwalają mi niczego dźwigać", dodaje.

Magdalena Makuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje